decyzja o edukacji domowej

Decyzja o edukacji domowej, czyli o trudnościach

Kiedy zastanawiamy się nad edukacją domową, nasuwa nam się mnóstwo pytań.

Co będzie lepsze dla dzieci? Edukacja w domu czy w szkole? Co będzie lepsze dla nas, jako rodziny? Czy damy radę udźwignąć odpowiedzialność za egzaminy? Czy sobie poradzimy? Czy dzieci sobie poradzą? Co powiedzą ludzie? Jak będziemy się uczyć? Czy czegoś nie przeoczymy? Czy dzieci nie zostaną samotnikami? Nieukami? Czy dostaną się do liceum? Na studia? Czy znajdą pracę?

A do tego pytania, których sobie może teraz nie zadacie, a które Wam podsuwam jako stary wyjadacz, jako matka w edukacji domowej od ośmiu lat: Czy wytrzymam z dziećmi cały ten czas? A one ze mną? Czy nie sprzykrzymy się sobie nawzajem? Czy nie sprzykrzy mi się bycie kurą domową, nauczycielem i policjantem jednocześnie?

Na część z tych pytań już odpowiadałam (między innymi w cyklu ED Dla Zielonych), na inne jeszcze będę odpowiadać w kolejnych artykułach z niniejszego cyklu: Co Jest Trudne w ED. A dziś pobawię się w Sokratesa, czyli zamiast odpowiadać na pytania, zadam Wam kolejne.

Na początek sprostowanie.

Napisałam kiedyś, że w edukacji domowej trudne jest wszystko. Ale po namyśle stwierdzam, że to nieprawda. Bo… to zależy. Od czego? Od naszego podejścia do życia. Naszego nastawienia. Ambicji. Od tego, czego oczekujemy od edukacji domowej. Czego oczekujemy od siebie w niej. I czego oczekujemy od naszych dzieci.

Bo to, co dla jednych jest trudne, dla innych będzie łatwe. Bo ludzie są różni (i całe szczęście!). Są tacy, którzy wszędzie widzą pułapki i trudności, a są i tacy, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. Są tacy, dla których szklanka jest do połowy pusta, a są i tacy, dla których jest w połowie pełna. I zależy to od osobowości, od pewności siebie, od wiary we własne możliwości, w możliwości swoich dzieci, od zaufania do nich, a wreszcie – jeśli ktoś wierzy w Boga – od zaufania Bogu.

I wiecie co? Ci ufający Bogu mają chyba łatwiej. Kiedy rozmawiałam z Calebem – amerykaninem, dwudziestolatkiem po edukacji domowej, wychowanym w wielodzietnej rodzinie katolickiej – uderzyło mnie, jak powiedział, że dla jego rodziców najważniejsze w edukacji było przekazanie dzieciom wartości chrześcijańskich. Bóg na pierwszym miejscu. A reszta? Luz. Rodzice Caleba za cel postawili sobie przede wszystkim wychowanie dzieci na ludzi dobrych, kochających Boga i kierujących się w życiu Słowem Bożym.

Bo ta reszta, to wiecie… Bóg dał, Bóg zabiera – jak mawiały nasze Babcie.

Bo co nam po dobrych ocenach, osiągnięciach, wiedzy, władzy, sławie, bogactwie… jeśli nie będziemy ludźmi Bożymi? Albo po prostu, po świecku mówiąc – ludźmi dobrymi, szczęśliwymi, żyjącymi w zgodzie ze sobą.

A teraz pozwólcie, że rozwinę to, co napisałam na początku, w sprostowaniu. Czy edukacja domowa i decyzja o jej podjęciu są trudne? To zależy od nas i od naszego podejścia.

Po pierwsze, od naszego podejścia do życia w ogóle.

Chodzi o tę przysłowiową szklankę w połowie pełną… albo pustą. O bycie rozważną albo romantyczną. O bycie przebojowym i odważnym albo nieśmiałym i lękliwym. Chodzi też o to, czy kierujemy się w swoich decyzjach bardziej rozumem, czy intuicją. Co wygrywa? Czy jesteśmy na tyle odważni, albo jak kto woli – szaleni – by podjąć ryzyko? Ale właściwie jakie ryzyko? Ryzyko, że nam się nie spodoba? Że nie będziemy się czuć dobrze w edukacji domowej? Że nie poradzimy sobie? Ale z czym sobie nie poradzimy?

W ogóle – czy radzimy sobie w życiu? Ze wszystkim? (Jeśli tak, to gratulacje! Jeśli nie, to witamy w klubie realistów.) A da się radzić sobie ze wszystkim? I właściwie czy o to chodzi? Bo… czy chodzi o to, żeby złapać króliczka, czy żeby go gonić? A jeśli dogonimy go dopiero za dwadzieścia lat? To skąd mamy wiedzieć, czy w dobrą stronę za nim biegniemy? I skąd będziemy wiedzieli, że już go dogoniliśmy?

Po drugie, trzecie, czwarte i piąte… Od naszego nastawienia i naszych ambicji. Od tego, czego oczekujemy od edukacji domowej. Czego oczekujemy od siebie. I czego oczekujemy od naszych dzieci.

Innymi słowy – od tego, jak sobie wyobrażamy edukację domową.

Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że jesteście już w edukacji domowej. Jak wygląda Wasz dzień? O której wstajecie? Co robicie? Gdzie i jak jecie posiłki? Jak dbacie o dom? O siebie, swoje małżeństwo? Jak pracujecie i zarabiacie? Jak dzieci się uczą? Same? Z Waszą pomocą? Z pomocą nauczycieli? Zajęć dodatkowych w szkole czy na mieście? Z pomocą komputera, internetu? (To jest naprawdę potęga! Nie bójmy się tego, ale bądźmy czujni na zagrożenia i uzależnienia!)

Pomyślcie, dlaczego rozważacie edukację domową? Co Wam się nie podoba w szkole, jeśli już jej posmakowaliście? Co chcecie zyskać, przechodząc na edukację domową? Jakie życie chcecie prowadzić? Jakiego życia chcecie dla swoich dzieci, teraz i w przyszłości? Jakiego życia chcą one same (o ile są już na tyle duże, że mają na ten temat swoje zdanie)?

Zastanówcie się, czy bardziej zależy Wam na kwestiach wychowawczych, czy edukacyjnych? Czy chcecie dzieciom przekazać wartości, czy wiedzę? No dobrze, wiem, że i jedno, i drugie, ale wydaje mi się, że warto wybrać to NAJWAŻNIEJSZE i na tym się skupić. Nie popadać w skrajności, ale też nie miotać się od jednego do drugiego.

Czy chcecie budować relacje oparte na wspólnym spędzaniu czasu, byciu razem, byciu rodzicem wspierającym i motywującym? Czy raczej chcecie dzieciom zafundować edukację domową po to, by miały lepiej, więcej i ambitniej niż w szkole? A jeśli tak, to w jakim celu? Czy tym celem jest szczęście waszych dzieci, teraz i w przyszłości? Lepsza praca? Lepsze zarobki? Ciekawsze życie? Lepsza praca i zarobki to niekoniecznie szczęśliwe i ciekawsze życie. A zresztą, co to znaczy szczęśliwe i ciekawsze życie? Ciekawsze od czego? Od jakiego życia?

Tyle pytań! Jak na nie odpowiedzieć? Czy w ogóle się da?

Nie wiem. Trzeba próbować, zastanawiać się, ale jednocześnie nie zatracić się w tym. Pamiętać, że wszystkiego rozumem nie obejmiemy. Nie zrozumiemy. Nie możemy przewidzieć przyszłości. Nie mamy dwóch wersji życia do przeżycia i sprawdzenia, co zadziała lepiej – szkoła czy edukacja domowa. Ale możemy spróbować i tego, i tego.

Wiele rodzin tak robi. Chcieliby edukacji domowej, ale boją się, wahają. Wysyłają dzieci do szkoły, po czym albo są zadowoleni i zostają ze szkołą, albo nie są zadowoleni i próbują edukacji domowej. Po jakimś czasie ich dzieci wracają do szkoły. Po czym znów do edukacji domowej. Bo dlaczego nie?

Jeśli na różnych etapach życia dzieci i rodzice mają różne potrzeby, dlaczego mają nie stosować systemu kombinowanego? Jeśli im się to sprawdza, to nic w tym złego. Trzeba tylko umieć odczytywać potrzeby dziecka i nie robić mu krzywdy zabierając go nagle ze szkoły, w której czuje się jak ryba w wodzie. Albo odwrotnie – wysłać do szkoły dziecko, które czuje się w szkole źle. Bo na przykład jest introwertykiem i męczy się w środowisku szkolnym, premiującym zachowania ekstrawertyczne.

A co z ryzykiem?

Ryzyko niepowodzeń (i edukacyjnych, i wychowawczych, i innych) istnieje zawsze. Niezależnie od tego, czy dziecko idzie do szkoły, czy zostaje uczyć się w domu. Przyszłości nie możemy przewidzieć i nigdy nie mamy całkowitej kontroli nad tym, co stanie się z naszymi dziećmi. Ani z nami. Ani z całym światem. Podejmijmy decyzję, jakakolwiek by nie była, i po prostu róbmy swoje. Ufajmy (Bogu). Miejmy nadzieję. Obdarzajmy miłością.

3 komentarze

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *