O tym, czego używam i co polecam plus przepis na gofry!

O tym, czego używam i co polecam plus przepis na gofry!

Gdzieniegdzie na blogu polecam różne rzeczy i usługi.

To normalne. Takie wiecie, „jedna baba drugiej babie…” Poczta pantoflowa – mówiło się na to dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze internetu. Ale teraz, moi drodzy, jest internet i są linki afiliacyjne, programy partnerskie i takie tam ustrojstwa. Ustrojstwa, które mają sprawić, że bloger stanie się nie tylko sławny (tak jak ja), ale i bogaty (tak, jestem bogata, ale nie za sprawą bloga).

Jednak skoro polecam coś, co dzięki mojemu poleceniu zacznie się lepiej sprzedawać (daj Boże!), to przecież mogę mieć z tego parę groszy? Zwłaszcza, że na blogu to już nie jest „jedna baba drugiej babie”, tylko „jedna baba stu babom”!

Dlatego niektóre z linków polecających (tych porozrzucanych „gdzieniegdzie na blogu”) prowadzą do serwisu Ceneo. Kiedy na nie klikacie, na moje „konto” leci kilka groszy (dosłownie kilka groszy). Jeśli kupicie coś za pośrednictwem tych linków, leci trochę więcej groszy.

A ponieważ na blogu Pani Strzelec zobaczyłam coś, co wydało mi się genialne w swojej prostocie i oczywistości, czyli „Sklep” (Ula, dziękuję Ci za nieustające inspiracje w dziedzinie upraszczania życia i nie tylko!), postanowiłam zrobić dla Was zestawienie kilku fajnych usług i produktów, które z czystym sumieniem polecam.

I jeśli kupicie je za pośrednictwem poniższych linków, dostanę prowizję! Jak w prawdziwym sklepie, juhu! A na koniec, nawet jeśli nic nie kupicie, dostaniecie przepis na gofry mojej mamy.

No to jedziemy!

Jedziemy. Z Booking.com.

W przenośni i dosłownie, bo serwis Booking.com służy do wyjeżdżania, oczywiście.

Ja na Booking.com mam już status „Genius”, a to za sprawą moich samotnych wyjazdów dla poratowania udręczonej duszy i umęczonego ciała matki polki w edukacji domowej. Wszystkie te samotne wypady rezerwowałam za pośrednictwem tego serwisu. Oczywiście rezerwujemy też na nim nasze wakacyjne noclegi w naszych ulubionych miejscach – w Jastarni i w Połądze na Litwie, oraz gdzie tylko dusza zamarzy. Bo nam się nie zamarzają wakacje z biurami podróży. Wolimy sami.

Wiecie, za co lubię Booking.com? Za prostotę i wygodę, i za to, że mogę zerknąć na opinie innych. Opinie to rzecz bezcenna, i powiem Wam, że tylko raz się zawiodłam. Napisałam o tym w artykule o naszych wakacjach. (Chodziło o wakacje w Pucku.)

Jeśli zarezerwujecie sobie noclegi za pośrednictwem tego i powyższego linka, otrzymacie 50 zł nagrody, a w dodatku ja też otrzymam 50 zł nagrody. Niezłe, nie?

Czytamy. W Legimi.pl.

Na papierze, ale i na czytniku, smartfonie, tablecie czy laptopie. Mnie Legimi poleciła koleżanka (Julka, dziękuję!) i jestem zachwycona!

Legimi to wielka wirtualna księgarnia, w której kupujemy e-booki i audiobooki, ale do której możemy kupić sobie też abonament. My zaczęliśmy od dwumiesięcznego pakietu próbnego, darmowego, potem przeszliśmy na najmniejszy ale szybko okazało się, ze na nasze potrzeby to za mało. Teraz mamy abonament pt.: „ebooki i audiobooki bez limitu” i to jest strzał w dziesiątkę.

Bo mimo że jestem tradycjonalistką i kocham papierowe książki, to względy praktyczno-ekologiczne przekonują mnie, że warto mieć Legimi. Ściągam i czytam książek ile wlezie, a jak nie mam czasu czytać, to włączam audiobooki, np. w samochodzie. A chłopcy są szczęśliwi, bo mają swoje Baśnobory, Drużyny, Percy Jacksony i Felixy Nety i Niki w ilościach nieograniczonych.

A jeśli jeszcze Was nie przekonałam, to powiem tak. Wyrzucacie ze smartfona ikonkę Fb, Insta cz innego pożeracza czasu, w to miejsce wrzucacie ikonkę Legimi i już! Oto zastąpiliście nawyk szkodliwy nawykiem pożytecznym!

Uczymy się. Z Panią Swojego Czasu.

Zarządzać czasem. Ups! Nie! Pani Swojego Czasu przypomina, że czasem nie damy rady zarządzać. My zarządzamy SOBĄ w czasie. Jesteśmy Paniami Swojego Czasu, a Czas Jest Na Naszych Usługach.

No cóż, z tym ostatnim to różnie bywa, ale warto zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest sprawienie, żeby czas był na NASZYCH usługach. Możnaby pomyśleć, że PSC wzywa do egoizmu, i pewnie tak jest. Do rozsądnego egoizmu. Wzywa do tego, żeby to jak spędzamy czas, było naszym (w miarę) wolnym wyborem.

Jestem szczęśliwą posiadaczką książki Pani Swojego Czasu, jestem też kursantką na kursie „Zorganizuj się w 21 dni”. Kurs wykupiłam już dawno, dawno temu, i mam do niego dożywotni dostęp. Dlatego wciąż czuję się kursantką, a nie absolwentką. Bo powiem Wam w tajemnicy, że nie przerobiłam tego kursu tak dokładnie, jak by to należało.

Niemniej baaardzo dużo z niego skorzystałam. Przede wszystkim nauczyłam się, że dobra organizacja nie oznacza, że mamy robić więcej i więcej w coraz krótszym czasie. Co oznacza dobra organizacja?

Poczytajcie sobie na blogu Pani Swojego Czasu! Strasznie lubię tego bloga, lubię jak PSC używa słowa „dupa” i lubię jak daje przysłowiowego „kopa w dupę”! Ola Budzyńska jest naprawdę świetna w motywowaniu. (Inna sprawa, że ja jestem naprawdę świetna w opieraniu się tym motywacjom.)

I wiecie co? Ola Budzyńska jest też świetna w sprzedawaniu. Co zresztą jest przyczynkiem do krytyki wszelakiej. Że się lansuje, że ciągle coś sprzedaje, że drogo, że to, że tamto… A prawda jest taka, że Ola Budzyńska uczciwie pracuje! Że nie prowadzi swojego bloga hobbistycznie (tak jak ja, hehe), ale po prostu prowadzi biznes! A biznes is biznes, sorry Winnetou, prawda?

I prawda jest taka, że jej biznes jest świetny. Bo robi to, w czym jest dobra i robi doskonałą robotę, pomagając kobietom wyrwać się ze stereotypów zarządzania czasem. No więc to, że zarabia na tym, jest chyba naturalne i jasne jak słońce.

Och. Podjarałam się, bo godzinę temu nadrobiłam zaległości na blogu Oli.

A oto link do sklepiku, w którym kupicie kursy, książkę, planery i inne gadżety PSC: sklep Pani Swojego Czasu.

Oszczędzamy. Z książką Finansowy Ninja Michała Szafrańskiego.

Może wezwanie do oszczędzania w miejscu, które zachęca do kupowania wygląda niezręcznie, ale… zaraz, zaraz, czy ja zachęcam do kupowania? Nie! Ja tylko przedstawiam to, z czego korzystamy. Bynajmniej nie chcę, żebyście się czuli ZACHĘCENI DO KUPOWANIA! Ale jeśli znajdziecie się w sytuacji, kiedy będziecie potrzebowali czegoś, o czym tu piszę – proszę bardzo! Korzystajcie z mojego doświadczenia. Win-win.

Książkę „Finansowy ninja” Michała Szafrańskiego, autora świetnego bloga jakoszczedzacpieniadze.pl kupił naszym dzieciom św. Mikołaj w zeszłym roku. Tak na wszelki wypadek, bo chociaż prowadzimy w miarę (nie)rozrzutne życie, to uważam, że warto, by dzieci miały taką lekturę jak „Finansowy ninja” pod ręką i przed wyjściem w samodzielne życie zapoznały się z nią. Obowiązkowo!

Edukacja finansowa to temat w Polsce bardzo zaniedbany, i jeśli ktoś nie wyniesie dobrych nawyków z domu, to może mieć problemy. Znam osobiście kilka osób, które wpadły w kredyty (tak! nazywajmy rzecz po imieniu: WPADŁY), czy to z powodu swojej naiwności, czy nieumiejętności rezygnacji z różnych rzeczy (np. wakacji za granicą!) w imię bezpieczeństwa finansowego.

Mnie uczono, że trzeba mieć „poduszkę finansową”, że trzeba oszczędzać. Nauczyła mnie tego Mama, która wychowywała nas samotnie (Tata zmarł, gdy miałam pięć lat), i która umiała zawsze wyjść na swoje. Fakt, była zaradna i pracowita, ale przy tym oszczędna. Czasem aż do przesady, ale dzięki temu jest świetnie zabezpieczona na „stare lata”.

Obecnie zbyt lekkomyślnie lansuje się podejście „raz się żyje”, „trzeba korzystać z życia” i tym podobne. W dłuższej perspektywie korzystają na tym banki i inni zdziercy.

Michał Szafrański robi dobrą robotę, propagując zdrowy finansowy tryb życia.

Pieczemy! Gofry!

Gofry! Najlepsze na świecie gofry pieczemy od zawsze w gofrownicy Dezal. Moja Mama ma Dezala sprzed trzydziestu lat i jeszcze działa. Jest zajechany jak nie wiem co, ale działa. Był czas, kiedy naszą gofrownicę pożyczało pół rodziny w Gołdapi (a spora jest)!

Sądzimy, że tajemnica dobrości tych gofrów tkwi w mocy sprzętu. Dezal ma jakieś 1200W. Dlatego gofry wychodzą jak gofry, a nie jak naleśniki.

My mamy model 301.5, to jest średnia kratka, taka tradycyjna.

A oto przepis na „Gofry mojej Mamy”. Wypróbowywałam różne przepisy, ale moja rodzina twierdzi, że z tego przepisu wychodzą najlepsze.

Potrzebujemy:

5 jajek, 0,5 kg mąki, 800 ml mleka, 2 łyżeczki cukru, 2 szczypty soli, 3 łyżki oleju.

Żółtka oddzielamy od białek, białka ubijamy, a resztę miksujemy w osobnej misce. Do wymieszanej masy dodajemy białka i delikatnie mieszamy, najlepiej drewnianą łyżką.

Rozgrzewamy gofrownicę (ok 4 min.), nalewamy ciasto, ale nie za dużo, bo „ucieknie” (na pierwsze gofry najlepiej nalać trochę za mało, żeby wyczuć jaka jest ta właściwa ilość) i pieczemy ok 4 min.

Po wyjęciu z gofrownicy (drewnianymi patyczkami, żeby nie uszkodzić powłoki) ustawiamy gofry pionowo do wystygnięcia. Ja robię tak, że na środku dużego talerza ustawiam szklankę do góry dnem i o nią opieram gorące gofry. To jest ważne, bo jak będziemy kłaść poziomo, gorące, jedne na drugich, to zmiękną i nie będą chrupiące. No chyba że lubicie niechrupiące.

Gofry szamiemy z cukrem pudrem, z białym serkiem, bitą śmietaną, marmoladą i czym dusza zapragnie.

Ja czasem modyfikuję przepis mojej mamy, dając mąkę pełnoziarnistą, albo gdy nie chce mi się ubijać osobno piany, to dodaję do ciasta pół łyżeczki sody oczyszczonej i łyżkę octu. Wychodzą trochę inne, ale też znikają migiem.

Smacznego!

A tutaj porównacie sobie ceny gofrownic DEZAL:

na Ceneo.pl     w sklepie OleOle.pl     w sklepie Media Expert

 

To na razie tyle. Wystarczy na początek. Coby nie było, że Was do rezygnacji z minimalizmu i zero waste namawiam.

Aha, byłabym zapomniała. Jeśli macie albo planujecie mieć bloga i chcecie spróbować go troszkę zmonetyzować, to mam dla Was link polecający do platformy Convertiser. Co prawda dopiero zaczynam z nimi przygodę, więc o zarobkach nic nie powiem, ale powiem, że obsługa tej platformy jest bardzo przyjemna i intuicyjna, a do tego sympatyczni konsultanci są zawsze gotowi do pomocy w razie problemów.

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.