jak-zrezygnowac-z-edukacji-domowej

Jak zrezygnować z edukacji domowej?

Im bliżej końca wakacji, a początku roku szkolnego, tym więcej czytelników pyta mnie, jak zrezygnować z edukacji domowej.

Bo mają dość dzieci i nastolatków śpiących do 10.00, snujących się leniwie (albo galopujących jak wariaci) po domu w piżamie i bez (znaczy w ubraniu), czytających i grających w planszówki po nocach (i dniach), ewentualnie jęczących, że się nudzą. Albo, żeby z nimi w coś zagrać, pobawić się, upichcić, poczytać, obejrzeć. Zrobić coś razem.

Pytają, jak zrezygnować z edukacji domowej, bo chcą już wreszcie odpocząć od tego wszystkiego. Bo boją się, że jak przyjdzie rok szkolny, to nie pomoże nowy zestaw podręczników i rozkład zajęć w pobliskim domu kultury i klubie sportowym. Boją się, że już tak im zostanie, tym dzieciom i nastolatkom. To zgnuśnienie i lenistwo.

Chcą wysłać do szkoły, żeby ktoś wziął ich do galopu. Żeby zaczęli wstawać rano i pędzić na lekcje, na których będą się uczyć pilnie przez całe ranki, a i popołudnia też. Bo lekcje trzeba będzie odrobić. I już nie będzie czytania po nocach i dniach. Jęczenia, żeby w coś razem zagrać, upichcić i tak dalej.

Chcą wysłać ich do szkoły, bo już nie mają na to wszystko siły. Na to branie do galopu, budzenie rano, pilnowanie, coby lekcje zrobili i na zajęcia poszli, i jeszcze obowiązki domowe wypełniali. Nie mają już siły na to granie, bawienie się, pichcenie, gadanie, robienie czegoś razem.

Chcą wysłać ich do szkoły, żeby mieć te parę godzin spokoju. Żeby w ciszy pobyć. Myśli swe usłyszeć. Ogarnąć chałupę, i siebie, i swoje sprawy. Napisać bloga, książkę. Na rower iść. Samemu.

Chcą wysłać ich do szkoły, żeby zdjąć ze swoich barków ten słodki ciężar. Pożyć własnym życiem. Popracować sobie poza domem. A co! Może nawet w jakimś biurze? W biurze, gdzie nie trzeba patrzeć na bałagan ani go sprzątać, gdzie nie trzeba wysłuchiwać dzikich wrzasków Indian goniących bizony ani ratować mieszkania przed demolką wojny na poduszki albo gotowania przez dzieci obiadu.

Chcą wysłać ich do szkoły, żeby przestać być szkołą i domem w jednym. Przestać wymyślać, organizować, inspirować, dowozić, zawozić, wysyłać, namawiać, poganiać, przypominać…

Czyżby dopadło ich wypalenie zawodowe?

No więc pytają mnie, jak zrezygnować z edukacji domowej.
Normalnie, odpowiadam. Iść do szkoły, zapisać dzieci. Szkoła się ucieszy. Chyba.


Ekhm. Wiecie? Miałam taki sen, że ludzie pytali mnie, jak zrezygnować z edukacji domowej! Że chcieliby, ale się boją. Że mają wątpliwości, jak to będzie z socjalizacją, czy dzieci się czegoś w szkole w ogóle nauczą, a jeśli tak, to CZEGO? Że KTO ich będzie tam uczył? Że jak sobie poradzą z problemami szkolnymi, odrabianiem lekcji, pomaganiem dzieciom w pisaniu wypracowań i w rozwiązywaniu zadań z matmy, fizyki i chemii i w ogóle.

No naprawdę, miałam taki sen. Ale się obudziłam.

I nikt mnie nie pyta jak zrezygnować z edukacji domowej. Szczerze mówiąc, czasem ktoś mówi, że zastanawia się, rozważa, czy by jednak nie zrezygnować. Prosi mnie o radę.

I wiecie co? Z tą rezygnacją jest tak, że ja chcę rezygnować co drugi dzień. Co drugi dzień myślę sobie: A może by tak posłać ICH do szkół?
Może oni nie doceniają tej wolności, swobody, samodzielności? Może żeby ją w pełni docenili, powinni ją na jakiś czas utracić? A może powinni zasmakować szkoły po to choćby, żeby ją poznać. Żeby zobaczyć, jak wygląda, funkcjonuje. Żeby świadomie wybrać.

Które? I jedno, i drugie. W końcu nie taki diabeł straszny jak go malują.

Decyzja jest trudna. I w jedną i w drugą stronę. Ale na szczęście obie decyzje są odwracalne. Dość łatwo w dzisiejszych czasach i o przejście do edukacji domowej i o powrót do edukacji szkolnej. Może nie warto się więc tak nimi przejmować? Może czasem trzeba podjąć to ryzyko?

Edukacja domowa jest trochę jak modne ostatnio workation. Czyli work vacation, czyli wakacje, na których pracujemy. Leżymy pod palmą, popijamy bezalkoholowy koktajl z parasolką i opracowujemy nową, odjechaną, niesamowitą, rozwalającą system strategię biznesową.

Ktoś, kto tego próbował, wie, że to i cudowne i straszne zarazem. Bo trzeba umieć oddzielić pracę od odpoczynku, a to nie takie oczywiste. Bo trzeba umieć mądrze korzystać z wolności.

Natomiast szkoła, edukacja szkolna to praca w korporacji. To rytm, plan, punktualność, sprawdziany, zebrania. To podporządkowanie się zasadom instytucji, akceptacja hierarchii. Co w sumie ułatwia i porządkuje niektóre sprawy, ale czasem bywa kulą u nogi. Złotą, a może raczej żelazną klatką.

Pytanie, czego potrzebujemy? Może w różnych momentach życia potrzebujemy raz tego, raz tamtego? Przecież nie ma idealnej, uniwersalnej recepty na życie dobrej dla wszystkich. Jest tyle zmiennych. Szkoły są różne. Duże i małe, wymagające i luzackie. Nauczyciele też są różni. A w edukacji domowej? Też bywa różnie. Nikt nie jest idealny i nikt nie zapewni idealnych warunków do rozwoju swoich dzieci. Zresztą, to nie o to chodzi. Nie o ideały, tylko o realia. W każdych trzeba umieć się odnaleźć.

To jak? Rezygnujemy z edukacji domowej?

My zostajemy kolejny rok w edukacji domowej. Większość naszych znajomych też. Ale owszem, niektórzy odeszli do szkół. Do liceum, technikum. Do podstawówki. Bo chcieli spróbować czegoś innego, bo uznali że tak będzie im łatwiej, lepiej. Bo okoliczności życiowe wymusiły na przykład mniejszą dyspozycyjność rodziców. Bo… z różnych powodów.

Ale szczerze mówiąc, nie słyszałam, żeby ktoś rezygnował z edukacji domowej z powodu wypalenia zawodowego rodzica. Więc ten sen to naprawdę ściema była. Kto to w ogóle wymyśla te sny?!


Swoją drogą, wypalenie zawodowe jest poważną groźbą.

Mnie już dopadło, ale ratuje mnie mąż, którego z kolei dopadło wypalenie zawodowe w innej pracy, więc teraz on zajmuje się domem i edukacją domową (póki co – wakacyjną edukacją domową), dzięki czemu ja mogę zająć się innymi projektami. Takimi jak na przykład e-book pod jakże wymownym tytułem: Jak być mamą w edukacji domowej i nie dać się zwariować.

Początkowo miał to być krótki, jednostronicowy poradnik typu Osiem rad dla mam, jak nie zwariować w edukacji domowej, jednak im dłużej nad nim pracuję, tym bardziej się rozrasta i tym bardziej widzę, jak wiele aspektów muszę poruszyć. I choć miałam cichą nadzieję opublikować go przed pierwszym września, to jednak nie opublikuję.

I nie będę mieć już żadnych cichych ani głośnych nadziei, tylko po prostu będę go pisać. A kiedy będzie gotowy? Wtedy, kiedy będzie gotowy. Proste, prawda?

A tymczasem wyjeżdżam z mężem na Mazury na żagle. Bez dzieci. To znaczy bez swoich dzieci, bo cudze i owszem, zabieramy. Tydzień bez dzieci (swoich!) raz na kilka miesięcy to jest absolutne minimum dla mamy w edukacji domowej! Inaczej zwariuje!

Aha. I nie myślcie sobie, że nie kocham naszych dzieci. Kocham ich nad życie, ale czasem mam ich dość. To DOŚĆ normalne, prawda?

2 komentarze

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *