Co to jest wychodne i dlaczego jest takie ważne?

Czytaliście „Mary Poppins”? Ile miała godzin wychodnego w tygodniu?

– Co trzeci czwartek – powiedziała pani Banks – od drugiej do piątej.
Mary Poppins spojrzała na nią surowo.
– Lepsi państwo, proszę pani – zauważyła – dają wychodne co drugi czwartek, i od pierwszej do szóstej; albo tak będzie, albo…

„Mary Poppins”, Pamela L. Travers

Co drugi czwartek od pierwszej do szóstej! I to „lepsi państwo”! Nie sądzicie, że to skandalicznie mało? Co za wyzysk pracownika! Całe dnie i noce z dziećmi, a wychodne tylko raz na dwa tygodnie! Pięć godzin wolnego raz na dwa tygodnie?

Ale… przecież ja też! Ja też jestem takim wstrętnym wyzyskiwaczem! W dodatku – o zgrozo! jak to możliwe? – wyzyskuję samą siebie! Sama sobie nie umiem zagwarantować wychodnego przynajmniej raz w tygodniu!
W określonym dniu, w określonym czasie, kilka godzin tylko do mojej własnej dyspozycji. Gdzie one są? Dlaczego nie są zaplanowane? Regularne, stałe, pewne. Wychodne. Poza domem. Sama. Gdzie oczy i nogi poniosą.

Pewnie, że z dziećmi nic nie jest – nomen omen – pewne, zwłaszcza z małymi, ale… Jak robiła to Mary Poppins?! Jej pracodawczyni, pani Banks jakoś to przecież organizowała. Prawdopodobnie sama zajmowała się swoimi dziećmi w czasie, gdy Mary Poppins miała wychodne.

Och, jak musiało być jej ciężko zajmować się własnymi dziećmi przez te pięć godzin w tygodniu, gdy Mary miała wychodne, nieprawdaż?!

Ale nie będziemy pastwić się nad biedną panią Banks, która przecież miała na głowie cały dom i służbę, czyli wychowawczynię (Mary we własnej osobie), kucharkę (Jakubową), służącą (Helenkę) oraz służącego (Maciusia). No, ale nie miała pralki, zmywarki, odkurzacza i komputera.

Nie będę więc już zadawać bezsensownego pytania: Czy w TAMTYCH czasach, w TAMTYCH realiach było łatwiej? Zapytam tylko: Czy w TAMTYCH czasach i realiach łatwiej było zorganizować wychodne wychowawczyni dzieci niż teraz?
Dlaczego my, wychowawczynie, mamy małych dzieci albo dzieci w edukacji domowej mamy kłopot, żeby zorganizować samym sobie wychodne? Czy to dlatego, że jesteśmy nadambitne? Zbyt zosiosamosiowate i nieufne, że ktoś inny (może nawet ktoś obcy) może zająć się naszymi dziećmi wystarczająco dobrze? Czy jesteśmy zbyt osamotnione w swoim macierzyństwie? Obarczone kredytami na trzydzieści lat albo innymi kłopotami finansowymi, co sprawia, że nie możemy pozwolić sobie na opiekunkę do dzieci? A może obarczone przekonaniami mówiącymi nam, że my, mamy, mamy się poświęcać, oddawać całe, być na sto procent?

A co, jeśli Wam powiem, że w końcu i tak nie będziemy na sto, tylko najwyżej na pięć procent, bo padniemy, stracimy serce, cierpliwość i zdrowie? Że musimy ładować swoje baterie, tak jak ładuje się baterie w smartfonach?

Co to jest wychodne? Czym jest wychodne u nas w domu?

W naszej rodzinie często używamy staroświeckiego słowa „wychodne”. Niekoniecznie tylko w tym staroświeckim znaczeniu. Wychodne to u nas randka mamy z córką, mamy z synem, mamy z tatą, taty z synem, taty z córką… Wychodne to u nas wyjście gdzieś „jeden na jeden”. To dla dzieci atrakcja, święto, radość z posiadania mamy czy taty tylko dla siebie przez kilka godzin.

Jakie są kryteria wychodnego?

Ale wychodne jest wychodnym tylko wtedy, kiedy rodzic powie: „Idziemy na wychodne!” Wtedy oznacza to atrakcję: wspólne wyjście do cukierni, restauracji, na lody lub na basen. „Zwykłe” wyjście na rower, spacer po parku albo zakupy nie zasługuje na to szczytne miano. Przy czym, co zrozumiałe, dla każdego z naszych dzieci te kryteria „wychodności wychodnego” są inne.

Dla mnie oczywiście też. Dla mnie wychodnym kiedyś, gdy dzieci były małe, było samotne (bo normalnie to zakupy robiłam z dziećmi) wyjście na zakupy do supermarketu. Ach! Te świetlówkowe mrugające światełka, ta supermarketowa muzyczka, ten obojętny, anonimowy tłum, z którego nawet jak czasem słychać jakieś „Mamooo!”, to przecież nie do mnie! Ach, nie do mnie! O! To były czasy!

Teraz, gdy nasze dzieci sa w miarę duże, moje wymagania co do wychodnego wzrosły. Najbardziej lubię wychodne kilkudniowe (no ba!), sama albo tylko z mężem. Ale to luksus rzadki. Więc… lubię iść sama na długi spacer bez celu i bez zakupów. Lubię iść sama do kina. Lubię gdzieś wybyć na pół dnia. Zaszyć się w kawiarni czy restauracji (jak teraz, gdy piszę te słowa) i popisać coś w spokoju. We względnym spokoju. Bo licho (ani najmłodsze dziecię, ani telefon) nie śpi i dzwoni, i pyta: – Mamo, a kiedy wrócisz? Bo chcę się przytulić!

I zastanawiam się (bom świeżo po lekturze „Pięciu języków miłości” Garego Chapmana), czy te zbiorniki na miłość naszych dzieci są, kurczę blade, bez dna?

A może jeszcze nie znam języków miłości naszych dzieci i dlatego odpowiednio nie zapełniam ich zbiorników na miłość? Bo przecież – zdawałoby się – powinny być zapchane pod pokrywkę! Przecież jestem z nimi niemalże na okrągło! Spędzamy razem prawie cały czas! A im wciąż mało, wciąż chcą jeszcze i jeszcze. Mamo patrz, mamo przytul, mamo chodź, mamo brzuch, mamo boli, mamo nie mam siły, mamo zimno, mamo smutno…

Co prawda, to prawda – też mam takie dni, zwłaszcza jesienią i zimą, że i zimno, i smutno, i przytul. Więc rozumiem. W dodatku wiem, że dzieci z tego wyrastają. A raczej nie tyle wyrastają ze smutków i trudności, ile z mamy. Mamę zastąpi kiedyś ktoś inny. Mam nadzieję, że dobry mąż i dobra żona.

Co więc z tymi zbiornikami na miłość? Dlaczego nie są pełne? A może to to, że jesteśmy cały czas razem, WSZYSCY razem, sprawia, że opróżniają się tak szybko?

Za dużo czasu spędzamy razem?

W moim pierwszym artykule na blogu odnosiłam się do zarzutów co do edukacji domowej. Między innymi do tego, że dzieci spędzają za dużo czasu z nami. Że co? Zazdrościcie?

W istocie problemem nie jest to, że dzieci spędzają z nami za dużo czasu.

Problemem jest to, że spędzamy dużo czasu WSZYSCY razem, na tak zwanej brzydko kupie. Że siedzimy sobie na głowie. (Jedno drugiego nie wyklucza.) Że wszyscy mówią jednocześnie. Że wszyscy mają jakiś problem jednocześnie (każdy inny, rzecz jasna). Że wszyscy chcą do toalety jednocześnie (to a propos kupy). Że wszyscy chcą wszystko słyszeć, widzieć, oglądać („Z czego się śmiałaś, mamo?!”). Że wszyscy nie chcą odrabiać pisemnych zadań z podręcznika. Że wszyscy nie chcą na podwórko. Że jak już jeden wyjdzie, to drugi musi coś zjeść, a trzeci chce ku… No wiadomo. Że jak już ten drugi zje i wyjdzie, to ten pierwszy wraca. I też musi coś zjeść. A trzeci? Przepadł jak kamień w wodę. A! Nie przepadł. Czyta! I zapomniał, że miał wyjść na podwórko. A teraz, to nie może iść, bo chciał z tym pierwszym, a skoro ten pierwszy wrócił, to on już nie chce.

Za to ja, czyli mama, chcę wyjść na podwórko, o jak bardzo chcę! Chcę wyjść i nie wracać przez dwie godziny.

Więc sami rozumiecie, że wychodne to jest to, co ratuje nas przed „przekleństwem” bycia cały czas razem.

I żeby dobrze napełnić zbiorniki na miłość naszych dzieci, potrzebujemy z nimi spędzać czas sam na sam. Bo potrzebują naszej uwagi tylko dla nich. Nie uwagi dzielonej pomiędzy troje dzieci i męża (bo mąż też w domu teraz pracuje), pomiędzy obiad, smartfon i notatniko-planer. Uwagi tylko dla niej, tylko dla niego. Jednej, jednego. Bo chcą usłyszeć „ty”, zamiast „wy”. Chcą być liczbą pojedynczą, nie mnogą. Chcą, by ich głos został usłyszany, bo jest na co dzień zagłuszany przez pozostałych członków rodziny (i obiad, i smartfona, i notatniko-planer). Chcą, by mama czy tata byli z nimi, a nie tylko przy nich. Bo można być razem i ale jednocześnie osobno. Obok siebie.

I nie mówię, że to jest zupełnie złe. Owszem – sądzę, że to i tak lepsze od bycia całe dnie osobno. Bo nawet gdy jesteśmy obok siebie i każdy zajęty jest sobą i swoimi sprawami, to jednak pozostajemy w gotowości do tego, by poświęcić uwagę sobie nawzajem, gdy pojawi się taka potrzeba. Ale ta stała gotowość bywa dla nas, rodziców, niesamowicie męcząca. I dlatego potrzebujemy wychodnego. Sam na sam. Żeby nie dzielić uwagi. Żeby skupić się na jednym dziecku naraz. Na jednej żonie czy mężu naraz (?!).

Potrzebujemy też oczywiście wychodnego sam na sam ze sobą, żeby skupić się na sobie i usłyszeć własne myśli.

Jedna ze znajomych mam w edukacji domowej powiedziała mi kiedyś, że od czasu gdy jej dzieci są w edukacji domowej, stała się bardziej pobożna, bo zaczęła chodzić na adorację Najświętszego Sakramentu. Adoracja pozwala jej się wyciszyć i dodaje sił. Ona po prostu robi sobie wychodne z Panem Bogiem. I dobrze.

Bo widzicie, dzieci o napełnianie swoich zbiorników z miłością dopominają się głośno i stanowczo. Stosują metodę zdartej płyty. Stają się marudne. Nie w sosie. Wstają lewą nogą.
A my? My, mimo że mamy poczucie wstania lewą nogą, myślimy że to wina pogody, „takiego” dnia i innych dziwnych rzeczy, a nie wpadnie nam do głowy, że nasze zbiorniki na miłość (w tym miłość do samych siebie) świecą pustkami. Więc proszę – nie udawajmy, tylko napełniajmy. Organizujmy wychodne z samym sobą, ze swoimi mężami, żonami, dziećmi, przyjaciółmi, Panem Bogiem… Ze wszystkimi, którzy napełnią nasze zbiorniki, a przy okazji i swoje.

Co jest najlepsze w edukacji domowej, a co najgorsze?

Kilka już razy przytaczałam tutaj na blogu ten przykład, bo bardzo go lubię. Chodzi o słowa Kaleba, amerykańskiego homeschoolersa, z którym zrobiłam kiedyś wywiad. Na pytanie, co najbardziej podoba mu się w edukacji domowej, odpowiedział (innymi słowami, ale sens był taki): – To, że jest się cały czas ze swoją rodziną. Na kolejne pytanie: – A co ci się najmniej podoba w edukacji domowej? – odpowiedział – To, że jest się cały czas ze swoją rodziną.

Pa! Miłego weekendu z rodziną!

(A nie zapomnijcie o przytulaniu! Właśnie przeczytałam w najnowszej „Wiedzy i Życiu”, że na świecie, m.in. w Kanadzie, powstają firmy oferujące usługi przytulania za pieniądze. Godzina przytulania kosztuje 85 dolarów! Korzystajcie więc, dopóki macie za darmo.)

***

Czy wiesz, że napisałam e-booka o tym, jak nie (dać się) zwariować będąc mamą w edukacji domowej? Możesz teraz pobrać jego bezpłatną próbkę.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Pola wymagane zaznaczone są *