Do tych, co marzą o zarabianiu na blogu – studium przypadku

Do tych, co marzą o zarabianiu na blogu – studium przypadku

Tekst zatytułowany „Dla tych, co marzą o zarabianiu na blogu” napisałam w styczniu.

A na czwarte urodziny bloga (8 marca) planowałam go opublikować, uruchamiając przy tym zakładkę Wsparcie bloga.

Jednak nie uruchomiłam tej zakładki aż do przedwczoraj. Dlaczego? Bo się bałam. Bo myślałam, że to głupie. Że poniżające, że nie wypada, że i tak nikt nie zapłaci. Że czytelnicy będą się czuć zobowiązani, nagabywani… Milion wątpliwości, wymówek, strachów.

Ale zaraz zaraz. Czy sprzedawca jabłek na bazarku ma takie wątpliwości, wymówki i strachy?

Nie ma. Bo jest rzeczą naturalną, że za swoją pracę, usługę czy towar żąda zapłaty. Bo sprzedawca to zawód. A bloger? Bloger staje się zawodem dopiero wtedy, gdy zaczynają mu za blogowanie płacić. A jak mają płacić, skoro o to nie prosi?

Cóż. Niektórzy sądzą, że bloger nie powinien zarabiać na swoich blogowych tekstach, tylko wykombinować jakąś okołoblogową działalność pozwalającą mu na zarabianie. Na tym blogu. Albo, że powinien pozyskiwać reklamodawców. Na bloga.

No to parę słów o tym, jak to działa u mnie. Ta reklama i zarabianie na niej.

Hm. Taką jestem sprytną blogerką, że już dwa promocyjne artykuły opublikowałam za darmo. Bo dałam się nabrać na tekst „Czy możemy zamieścić artykuł gościnny?”. Nabrałam się i więcej nie nabiorę, bo artykuł gościnny (czyli za darmo) to może u mnie zamieścić koleżanka blogerka (zapraszam, serio!), a nie copywriter firmy X.

Po wpadce z „gościnnymi” popytałam, poczytałam, i zaczęłam po artykułach rozsiewać (i nadal rozsiewam) linki afiliacyjne do serwisu Ceneo. Zaczęłam rozsiewać we wrześniu 2017 roku i do tej pory zamieściłam 252 linki (!). I wiecie, ile na nich zarobiłam? 70,93 zł. Tak! Brakuje mi już tylko niecałe 30 zł do tego, by Ceneo wypłaciło mi moją prowizję (wypłacają od 100 zł)!

Dopisek z 23 sierpnia 2019 roku: Pierwszy raz w historii bloga zamieściłam tak zwane rotatory Ceneo, w których wyświetlają się wybrane przeze mnie produkty. Zobaczę jak się sprawdzą, czy będą klikane przez czytelników?

No dobrze, ziarnko do ziarnka, uzbiera się miarka. Nie ma co narzekać, tylko trzeba poczekać. W międzyczasie obczaiłam inne programy partnerskie i zrobiłam sobie na blogu stronę pt.: Polecajki. Bo jednak z różnych fajnych rzeczy korzystam, więc mogę je polecić, to normalne. I wiecie, ile zarobiłam na polecaniu? 0. Zero.

Jak widać, taka ze mnie blogerka jak z koziej … trąba. Taki z tego wniosek. Ale wciąż się nie poddaję. Zrobiłam sobie stronę pt.: Kontakt i współpraca, gdzie jest nawet link do Cennika. Tak mnie natchnęło z tym cennikiem po lekturze książki Michała Szafrańskiego „Zaufanie, czyli waluta przyszłości” (zalinkowałabym do Ceneo, ale nie ma tam tej pozycji…) w której opisuje, jak przeszedł drogę od blogera-zera do milionera.

I co? I nic. To znaczy – owszem, dostaję propozycje typu:

– Czy chciałaby Pani napisać artykuł promujący naszą nową rewelacyjną pastę do butów?
– Nie, dziękuję.

albo

– Czy możemy przesłać Pani książkę do recenzji?
– Tak, moja cena za recenzję wynosi 200 zł brutto.
– Niestety, nie płacimy blogerom za recenzje, praktykujemy barter, czyli dajemy Pani książkę.
– Aha. To dziękuję, nie skorzystam.

Barter. Barter! Barter? Książka, która kosztuje około 30 zł ma być zapłatą za artykuł, nad którym będę pracowała minimum cztery godziny. Plus czas na przeczytanie książki. Świetny dil, nieprawdaż?

Cóż. książki to ja mam na Legimi (o, tym razem mogę zalinkować do programu afiliacyjnego Buybox). Albo kupię sobie w księgarni. I jak mi się spodoba, i poczuję że muszę, ale to naprawdę muszę się podzielić wrażeniami z lektury z moimi z czytelnikami, to napiszę artykuł. Albo nie.

Swoją drogą, w Buyboxie mają bardzo sympatycznych i pomocnych konsultantów, którzy przygotowują spersonalizowane buyboxy (takie tabelki, w których wyświetlają się linki do różnych sklepów) do zamieszczenia na stronę. Mi też pomogli i przygotowali, ale… jeszcze nie miałam czasu zająć się ich zamieszczaniem, rozmieszczaniem i tak dalej, a w dodatku mam wątpliwości, czy je w ogóle zamieszczać.

Bo ja tu – a szczególnie w Odśmiecowni – przecież namawiam do minimalizmu i oszczędzania! To jak? Mam namawiać do kupowania?

A propos barteru. Dostałam niedawno dość ciekawą propozycję od firmy sprzedającej prezenty-eventy, ale nie chcę zapeszać.

Ja rozumiem, że istnieją blogerzy, dla których blogowanie to taka odskocznia od pracy zawodowej, hobby. I cieszą, się, że dostaną książkę do przeczytania, i co im szkodzi napisać recenzję. Ale to jest (kochane koleżanki blogerki – nie gniewajcie się!) psucie rynku. Bo idzie fama, że blogerom za recenzje się nie płaci. A bloger hobbistyczny w pewnym momencie, chcąc nie chcąc, zawsze staje się blogerem zawodowym, jeśli bloguje dostatecznie długo i regularnie. I jak jest zawodowym, bo bloguje długo i regularnie, to chciałby mieć z tego tytułu trochę brzęczących monet.

I tak, mam z pisania bloga brzęczące monety, a to dlatego, że dzięki blogowi poznałam dziewczyny z podcastu Więcej niż Edukacja, które to dziewczyny współtworzą teraz Magazyn Kreda, do którego to Magazynu mam zaszczyt pisywać artykuły i robić wywiady. O. I za to mi płacą! Domyślacie się, jaka to radość?

Tak już jest człek skonstruowany, że lubi, jak mu czasem za dobrą robotę zapłacą. A pisarz (bloger) lubi, gdy mu płacą za pisanie, za teksty, a nie za reklamę.

Hm. Mógłby ktoś powiedzieć, że głupia baba, narzeka, a to przecież jej praca, tej blogerki – to zdobywanie reklamodawców, zabieganie o statystyki, wyskakiwanie z każdej szafy, szukanie programów partnerskich i tak dalej. No, że to część tego zawodu, zwanego blogerem.

A ja się będę upierać, że bloger to przede wszystkim ten, co pisze fajne teksty, żeby ludzie mogli sobie poczytać, pośmiać się, dowiedzieć czegoś. Bloger to nie słup ogłoszeniowy. Bloger to nie copyrwriter. Bloger to nie model (chyba że akurat szafiarka) ani nie cyrkowiec (który się wygłupia na soszialach).

I dlatego bardzo jestem wdzięczna Uli Archer, Pani Strzelec, za jej tekst, (przeczytajcie koniecznie!) który zmobilizował mnie do napisania tekstu niniejszego, i do zamieszczenia w końcu na blogu zakładki „Wsparcie”. Ula, podpisuję się pod tym, co napisałaś, obiema rękami. I wzywam Was, kochani blogerzy:

Nie dajcie sobie wmówić, że macie być słupami ogłoszeniowymi. Nie dajcie sobie wmówić, że macie zabiegać o popularność, wyskakiwać z każdego jutiuba i pokazywać gołe… swoje dzieci, żeby zarobić na blogu. Pozostańcie niezależni. Niszowi. Spontaniczni. Autentyczni.

Piszcie, a nie pokazujcie.

A teraz będzie wspomniany na początku tekst, który napisałam w styczniu. Wybaczcie powtórzenia, ale nie chciałam go zmieniać. (Trochę się zdezaktualizował, bo moje pomysły na „biznesy wacikowe”, takie jak sprzedaż e-booków czy rękodzieła powolutku zaczynam jednak realizować.)

Oto felieton dla tych, co marzą o zarabianiu na blogu. Widzisz, Ula? Chodziło nam po głowach to samo!

Dla tych, co marzą o zarabianiu na blogu.

Był czas, że dużo myślałam o tym, jak połączyć blogowanie z zarabianiem. Wiecie, chodzi o to modne marzenie, żeby robić to co się kocha i jeszcze żeby za to płacili.

W gruncie rzeczy… na co dzień robię to co kocham (ok, akurat sprzatania i prania nie kocham) i w jakiś pośredni sposób mi za to płacą, ale ten pośredni sposób jest taki właśnie bardzo pośredni i dlatego nie zawsze satysfakcjonujący. Zwłaszcza gdy ktoś pyta: „A gdzie ty właściwie pracujesz?”, ja odpowiadam: „W domu” i zastanawiam się, czy powinnam dodać coś więcej.

Poza tym, ja duszą przedsiębiorczą jestem (niektórzy nazywają to „osobowość startup-owa”) i całe życie (prawdę mówiąc, to odkąd rzuciłam pracę w korpo i urodziłam dzieci) kombinuję, jakie bym mogła biznesy zrobić. No więc jak tylko zaczęłam pisać bloga, zaraz zaczęłam kombinować, jak by tu go przekuć na biznes.

Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Blog to nie biznes. Chlubne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę.

Blog to hobby. Blog to nałóg. Blog to pot, krew i łzy.

Blogi, które są biznesami, nie są tak naprawdę blogami. Są dodatkami do biznesu, który kręci się poza blogiem.

Prawdziwe blogi to pisanie dla pisania. Sztuka dla sztuki, a czasem – na szczęście – i dla ludzi!

To, że mój blog nie będzie biznesem, uświadomiłam sobie, kiedy zastanawiałam się, jakie by tu gadżety zacząć sprzedawać na blogu, coby nieco zarobić na jego utrzymanie. Sprawy techniczne, motyw i jego support (który na chwilę obecną nie działa, psia kość, bo mi licznik odsłon stanął w miejscu i nie ma komu naprawić), hosting i to wszystko, czego nie widać, a kosztuje.

Rozważałam zrobienie i sprzedawanie kilku e-booków, zawierających zbiory opublikowanych już artykułów o edukacji domowej albo o zero waste. Rozważałam napisanie książki i sprzedawanie jej za pośrednictwem bloga. Zrobienie kursu on-line. Rozważałam wyprodukowanie gadżetów – kubków, koszulek – ze śmiesznymi rysunkami i tekstami naszych dzieci. Sprzedawanie własnych wyrobów szydełkowych i/lub tutoriali szydełkowania. Szycie z tkanin z odzysku toreb, serwetek, woreczków na zakupy i sprzedawanie ich na blogu. Otwarcie sklepiku zero waste.

Ale wiecie co? Wszystkie te pomysły sprowadzały się do tego, że nagle musiałabym zacząć robić zupełnie coś innego, niż… pisanie bloga!

A przecież kocham blogowanie właśnie dlatego, że polega na pisaniu! I słusznie chyba podejrzewam, że czytelnicy przychodzą na mojego bloga nie po to, by kupować jakieś gadżety, tylko by czytać to, co napisałam!

Owszem, mogę zamieszczać reklamy i linki partnerskie i sponsorowane. Otóż prawda wygląda tak, że w reklamy nikt nie klika, zaś jeśli chodzi o linki – część z nich to jakaś kpina, a część wymaga pisania artykułów pod produkt, co kłóci się w moim odczuciu z ideą prawdziwego, autentycznego bloga. Podobnie z artykułami sponsorowanymi, których kilka, ponieważ jestem sławną, ale nieco naiwną blogerką, udało mi się nawet napisać za darmo.

Wobec tego uznałam, że nie będę ściemniać. Uznałam, że mogę zwyczajnie powiedzieć czytelnikom, że jeśli czytają, lubią, i chcą, to proszę bardzo, mogą (ale nie muszą, naturalnie!) wrzucić mi parę złotych do kapelusza, czyli paypal-a.

Ja wiem, że w internetach wszystko jest za darmo. Ale wiem też, że tak naprawdę nic nie jest za darmo.

I wiem, że wiele świetnych blogów znika z sieci dlatego, że ich autorom w pewnym momencie zaczyna brakować motywacji. A wiadomo – nic tak nie motywuje jak brzęczące monety. No, oprócz komentarzy i listów od czytelników – te są na pierwszym miejscu!

Taaaa.

Tak wygląda właśnie droga „osobowości startup-owej” od przedsiębiorcy do żebraka. Albo inaczej mówiąc – od niedoszłej bizneswomen do baby-dziada (od słowa „dziadować”). No comments.

Tak. Teraz można się śmiać. Albo klikać u góry zakładkę wsparcie. Albo i jedno, i drugie.

Napisałam właśnie 290 (dwieście dziewięćdziesiąty) tekst na blogu.

Do zobaczenia za tydzień! Będzie o zerołejście, a za kolejny tydzień – kolejny odcinek o tym, co trudne w edukacji domowej (albo – bo jeszcze nie zdecydowałam – druga część o naszej domowej biblioteczce, jej popularnonaukowej części).

tagi:

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

3 komentarze

  1. Dziękuję za ten tekst tak bardzo!!! Powodzenia kochana!

    1. Dziękuję bardzo! I Tobie też życzę powodzenia!

  2. Bardzo ciekawe refleksje. Zwłaszcza dla początkującego blogera

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.