Edukacja domowa w praktyce – jak to wygląda u nas?

Edukacja domowa w praktyce – jak to wygląda u nas?

Dzisiaj zajrzymy do kuchni. Czyli sprawdzimy jak to naprawdę wygląda. Ta mityczna, osławiona, wspaniała, a zarazem podejrzana, dziwaczna i nieco zarozumiała edukacja domowa.

Zanim przejdę do rzeczy, winna Wam jestem parę słów wyjaśnienia.

Bo… trochę namieszałam z tym moim cyklem artykułów o edukacji domowej dla początkujących. Najpierw napisałam trylogię na temat najczęstszych wątpliwości dotyczących edukacji domowej: O socjalizacji, podstawie programowej i podręcznikach, O godzeniu z ED pracy zawodowej i obowiązków domowych oraz przekonywaniu do ED męża, żony, teściowej, oraz o tym, Jak organizować dzieciom czas i znajdywać przyjaciół.

Potem uzmysłowiłam sobie, że brakuje na blogu artykułu wyjaśniającego bardziej „technicznie” czym jest edukacja domowa i jak ją rozpocząć. Napisałam zatem taki artykuł: Co to jest edukacja domowa? Prawo i formalności.

I właśnie w tym artykule napisałam, że będzie to pierwsza z dwóch części poradnika „Edukacja domowa dla początkujących” (drugi będzie o edukacji domowej w praktyce), po czym prawie natychmiast o tym zapomniałam (za mało tranu? krzyżówek?) i zrobiłam sobie na blogu zakładkę pod tytułem „Edukacja domowa dla początkujących”, do której wrzuciłam i trylogię, i wspomniany artykuł…

Dobrze. Już się streszczam. Efekt jest taki, że cykl „Edukacja domowa dla początkujących” obejmuje cztery artykuły, a nie dwa (w tym jeden nienapisany, a właściwie piszący się w tym właśnie momencie), zaś docelowo będzie składał się z pięciu (a może nawet sześciu czy siedmiu, bo to temat rzeka) artykułów! Teraz już wszystko jasne, prawda?

Bardzo Was w tym miejscu przepraszam za to zamieszanie i obiecanki cacanki, których nie spełniam jak należy.

Wracam do tematu. Edukacja domowa w praktyce. Jak to wygląda od kuchni?

Cóż. Szczerze mówiąc, wszystkie moje artykuły na temat edukacji domowej (oprócz jednego, tego wspomnianego wyżej, „technicznego”) są o tym!

Jednak TEN artykuł niechaj będzie kompendium dla tych z Was, którzy jeszcze temat edukacji domowej rozważają lub są po prostu ciekawi.

Spróbuję opisać, jak edukacja domowa wygląda u nas w domu i jak wyglądała kiedyś. Czym JEST edukacja domowa (i w ogóle edukacja) dla nas, a czym NIE JEST. Co w edukacji domowej jest wspaniałe, a co trudne. Co nam się udaje, a nad czym jeszcze pracujemy. Jakie mamy cele? Jakie widzimy zagrożenia?

Jak widzicie, siłą rzeczy opis ten będzie subiektywny. Opis edukacji domowej w praktyce będzie opisem NASZEJ edukacji domowej w praktyce, bo przecież innej edukacji domowej nie znamy. To znaczy… znamy z widzenia i słyszenia, więc parę słów napiszę i o tym. Napiszę też o stylach edukacji domowej, szeroko rozumianej jako „spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą”.

Mam świadomość, i chcę, żebyście Wy także mieli, że edukacja domowa to przygoda. To ciągłe zmiany, ewolucje (czasem nawet rewolucje).

Dlatego wiele z tego, o czym napisałam, piszę czy będę pisać, może się zdezaktualizować.

Dzieci rosną, zmieniają się, zmieniają się ich potrzeby, zainteresowania, zmieniają się problemy, wyzwania. Zmienia się nasza edukacja domowa. My, rodzice, też się zmieniamy (o! jak bardzo się zmieniamy!). Zmieniamy nasze metody, zmieniamy podejście (tu i ówdzie wrzucamy na luz, a tam i owam dokręcamy śrubę).

Dlatego nie traktujcie, proszę, moich wywodów jako prawd objawionych, lecz jako świadectwo.

O! Proszę. Nawet nie zauważyłam, że napisałam przed chwilą o tym, czym jest edukacja domowa w praktyce.

Edukacja domowa to przygoda. To ciągłe zmiany, ewolucje (czasem nawet rewolucje).

Właśnie. Edukacja domowa to droga w nieznane, napisała mi kiedyś Pani Iza Budajczak, gdy zapytałam ją listownie o radę w sprawie edukacji domowej Najstarszego.

Decyzję w końcu podjęliśmy i zabraliśmy Nastarszego ze szkoły. Skończył wówczas „zerówkę”. Rodzynek w tym czasie zahaczył o przedszkole, zanim w styczniu urodziła się Gwiazda. Zatem edukację domową rozpoczęliśmy w momencie, gdy nasze dzieci miały 7 lat (Najstarszy), 3 lata (Rodzynek) oraz 7 miesięcy (Gwiazda).

Najstarszy chodził do szkoły przez rok, a Rodzynek i Gwiazda – nigdy.

Jak wygląda nasza edukacja domowa? 

Tak jak napisałam wcześniej, edukacja domowa zmienia się wraz z dziećmi, i dopiero teraz pisząc te słowa, uświadomiłam sobie, jak bardzo zmieniła się nasza rzeczywistość edukacyjno-domowa od czasu, kiedy zaczynaliśmy.

Zmieniła się tak bardzo, jak bardzo różni się rodzina z trójką dzieci w wieku lat siedmiu, czterech plus noworodek od rodziny z trójką dzieci w wieku lat trzynastu, dziesięciu i sześciu.

Przeszliśmy drogę od totalnego chaosu związanego z połogiem, karmieniem piersią, zazdrosnym i udającym noworodka czterolatkiem oraz rozkrzyczanym, rozśpiewanym i rozbieganym, niemiłosiernie bałaganiącym siedmiolatkiem do w miarę spokojnego i dość zorganizowanego chaosu (tak! paradoksy są możliwe!), w którym dzieci są samodzielne, współpracują, świetnie się razem bawią bez robienia totalnej rozpier… w całym domu i nawet trochę mi pomagają (choć moim zdaniem wciąż za mało…).

No dobrze – zapytacie – ale gdzie w tym wszystkim nauka?! Edukacja?!

No dobrze – odpowiem Wam – edukacja domowa to przede wszystkim WYCHOWANIE i BYCIE RAZEM.

Edukacja jest w to „bycie w domu” wpleciona jakoś tak niezauważalnie, że trudno mi powiedzieć, że się uczymy. Czy… że dzieci się uczą.

Owszem, uczymy się razem. Razem czytamy, razem uczymy się angielskiego, chodzimy na zajęcia. Organizuję dzieciom czas na tak zwaną pracę cichą, przy stole, kiedy każdy ma za zadanie popracować z podręcznikami i ćwiczeniami pisemnymi.

Ale muszę uczciwie powiedzieć, że taka nauka „przy stole” nie odbywa się u nas regularnie.

Nie mamy planu lekcji domowych (w ogóle nie mamy lekcji domowych!), nie mamy stałego planu dnia. Plan lekcji obejmuje tylko popołudniową szkołę muzyczną (chłopcy), lekcje skrzypiec i balet (Gwiazda) oraz treningi sportowe (Rodzynek – zapasy i Najstarszy – łucznictwo).

Do tego dochodzą poranne zajęcia z innymi dziećmi w edukacji domowej.

W tym roku są to: historia sztuki raz na dwa tygodnie, chemia raz (a może i dwa razy, jeszcze nie wiem) na tydzień, edukacja przygodowa raz czy dwa w miesiącu.

Sporo zajęć organizuje nam nasza szkoła Benedykta – nie na wszystkie chodzimy, bo brak miejsc, ale może uda nam się załapać na zajęcia przyrodnicze i na lekcje w Muzeum Narodowym. Być może od tego roku nasze dzieci zaczną chodzić do szkoły językowej. Jestem w trakcie załatwiania.

Co jakiś czas ktoś znajomy proponuje coś ekstra – a to eksperymenty, a to spotkanie z ciekawą osobą. W miarę regularnie (mniej więcej raz w tygodniu) staramy się umożliwić dzieciom spotkania towarzyskie, co oznacza, że albo my jedziemy do kogoś na pół dnia (zazwyczaj sa to rodziny z co najmniej trójką dzieci), albo ktoś przyjeżdża do nas. Ostatnio zdarza się coraz częściej, że chłopcy jeżdżą do swoich kolegów sami. Ich koledzy przyjeżdżają też do nas. Gwiazda znajduje koleżanki na podwórku i na placu zabaw. Jest bardzo towarzyska.

Mówiąc szczerze, edukacja domowa to często edukacja poza domem.

Mamy to szczęście (a może nieszczęście? wieś ma wiele zalet!), że mieszkamy w Warszawie, gdzie jest multum zajęć, bo są i muzea, w których organizowaliśmy (lub ktoś ze znajomych organizował) lekcje, i domy kultury, i ogniska pracy pozaszkolnej, i Centrum Nauki Kopernik, i teatry, opery, a przede wszystkim dużo kreatywnych rodziców w edukacji domowej, z których co i rusz ktoś wpada na pomysł jakichś nowych zajęć (a to kaligrafia, a to wycieczka ornitologiczna lub varsavianistyczna, a to lekcja w ZOO, a to warsztaty teatralne, a to koncerty domowe, …).

Pisałam o tym kiedyś z niejakim rozgoryczeniem („Czy minimalizm w edukacji domowej jest potrzebny?”), bo w pewnym momencie byłam naprawdę zmęczona tym „lataniem” na różne zajęcia. Marzyłam o spokojnym byciu z dziećmi w domu, o graniu w gry planszowe, których mamy tak dużo, a nawet o zrobieniu tej niezbyt lubianej przez dzieci „cichej pracy” przy stole (m.in. o tym pisałam w artykule „Zalety szkoły”), czy bardziej lubianej przez nas wszystkich lekcji angielskiego.

Zawsze miałam „fisia” na punkcie spacerów, wycieczek w plener, ogólnie – ruchu na świeżym powietrzu.

Kiedy dzieci były małe, szło się na dwie godziny na plac zabaw i już. Problemem było tylko to, że nie mogłam już patrzeć na plac zabaw  (wiecie, te mamusie rozmawiające o dzieciach, brrr… podczas kiedy ty marzysz o poczytaniu „Magii Sprzątania” albo innej „Magii”…), dlatego wymyślałam różne alternatywy – parki, ogrody zoologiczne czy wyprawy na inne place zabaw… i umawianie się z innymi rodzinami, żeby był dopływ „świeżej krwi” do zabawy.

Teraz, kiedy starszaki prawie wyrosły z placów zabaw, jeżdżą gdzie się tylko da na rowerach i hulajnogach.

Na zakupy, na zajęcia, do parku. Fajnie jest też, kiedy odwiedzamy zaprzyjaźnioną rodzinę mieszkającą w domu z ogrodem. Albo gdy to nas odwiedza zaprzyjaźniona rodzina i nagle okazuje się, że do pobliskiego parku nie muszę wyganiać dzieci kijem, tylko sami łapią za kije i biegną bawić się w rycerzy jedi.

Wrócę jeszcze do naszej „cichej pracy”, czyli nauki w domu.

Nie organizuję specjalnie tej nauki, po prostu dzieci biorą każdy swoje podręczniki i ćwiczenia i robią jakieś zadania. Zazwyczaj pozwalam im wybierać, co chcą zrobić. Nie musi być po kolei, to nie szkoła. Wyjątek stanowi matematyka i angielski, tutaj już trzeba robić zadania „po kolei”, co nie znaczy też, że wszystkie. Matma i angielski to zresztą dwa przedmioty, które najczęściej są robione w czasie tej „cichej pracy”.

Te zadania pisemne robimy głównie po to, by dzieci nauczyły się w miarę płynnie pisać (matma to inna sprawa). 

Nawiasem mówiąc, chłopaków trzeba do pisania „gonić”, natomiast Gwiazda jest miłośniczką wszelkich prac manualnych – rysowania, wycinania, wyklejania, kolorowania. Wymarzona szkolna uczennica!

Uważam, że do zdobycia wiedzy zadania pisemne nie są niezbędne. Chyba że chodzi o matematykę, czy język obcy i jego pisownię. Chyba że ktoś jest typem, który najlepiej zapamiętuje pisząc właśnie. A są przecież typy, którym wystarczy przeczytać. Albo zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, zrobić.

Dlatego tych zorganizowanych pisemnych godzin „cichej pracy” mają nasze dzieci naprawdę bardzo mało.

Są dni i tygodnie, kiedy albo nie mamy na to czasu – bo zajęcia, albo ochoty – bo dzieci są pochłonięte przez inne projekty, takie jak dzień planszówek, planowanie urodzin, pisanie listów do św. Mikołaja, Babci i Cioci, wymyślanie nowego fantastycznego świata, grafiki i mechaniki do nowej gry, budowanie laboratorium z klocków lego… czy po prostu czytanie. Książek, czasopism, a nawet… podręczników! Dawniej dzieci pasjami słuchały też bajek-grajek i audiobooków.

Gdybym chciała jednym zdaniem podsumować naszą edukację domową, napisałabym, że praktykujemy unschooling.

Pisałam o nim między innymi w artykułach „Uczą się same!”„Alfabet”. Nie jest te jednak prawdziwy, odszkolniony unschooling, bo jesteśmy zobowiązani do zdawania egzaminów. O egzaminach pisałam niedawno, w artykule „Egzaminy czas zacząć”.

Oprócz wspomnianego „fisia” na punkcie ruchu na świeżym powietrzu, mam go też na punkcie zabawy.

Zawsze uważałam, że zabawa jest dla dziecka tym, czym praca dla dorosłych. Z tą różnicą, że praca niestety nie zawsze daje radość. Więc… zabawa jest tą fantastyczną, cudowną formą pracy dającej radość! Zabawa angażuje emocje, uczy zachowań społecznych, rozwija wyobraźnię…

Jeśli czytanie – bo na pewnym etapie uczymy się głównie czytając – jest dla dziecka zabawą, a nie przykrym obowiązkiem, to… będzie się uczyło, bawiąc.

Nie chciałabym, żeby nauka stała się dla dzieci przykrym obowiązkiem.

To smutne, kiedy dziecko mówi: „Muszę się nauczyć.” Bo lepiej jest: „Chcę się nauczyć.” Albo: „Potrzebuję się nauczyć.”

Jak przypominam sobie swoją naukę w szkole czy na studiach, to bardzo często odbywała się ona na zasadzie „3Z”: Zakuć, Zdać, Zapomnieć.

Były jednak rzeczy, którymi się fascynowałam, których bardzo potrzebowałam bądź chciałam umieć, i te umiem do dziś.

Cóż… to o czym piszę, to oczywistości. Ale wiecie co? Czasem najciemniej jest pod latarnią.

No dobrze, na jeden artykuł wystarczy, prawda? Wiecie już, jak edukacja domowa wygląda u nas teraz, kiedy dzieci są już dość duże i samodzielne. Kiedy uwolniłam się od strachu, że jak nie „przerobimy podręcznika”, to… No właśnie. To co? Dzieci będą głupsze? Dostaną dwóje?

(Żadne z tych strasznych rzeczy nie miały miejsca. Podręcznik się jakoś przerabiał sam. Dzięki dziecięcej wrodzonej ciekawości świata i książek.)

A ponieważ obwieściłam na początku, że napiszę o naszych początkach z edukacją domową, o tym, czym JEST, a czym NIE JEST dla nas edukacja domowa, o naszych trudnościach i radościach, a także o znanych z widzenia bądź słyszenia stylach edukacji domowej, to…

…napiszę o tym wszystkim w kolejnym (kolejnych?!) artykułach. Chcecie?

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.