Uczą się same!

Niecały rok temu napisałam dla portalu “W Rodzinie” tekst o tym, że dziecko, tak samo zresztą jak dorosły, niekoniecznie potrzebuje nauczycieli czy szkół do tego, aby się uczyć.

Tekst był zatytułowany:

“Czy nauczyciel jest niezbędny do nauki?”

Właściwie wciąż nie mogę uwierzyć, że tak oczywista teza jak to, że uczymy się SAMI (jasne, potrzebujemy motywacji, inspiracji i źródeł wiedzy, ale szkoła czy nauczyciele nie mają na nie monopolu), tak bardzo odeszła w zapomnienie.

– Jak to, oni SAMI się uczą? – TY ich SAM(A) uczysz?

to standardowe pytania stawiane rodzicom praktykującym różne formy edukacji domowej.

I rzeczywiście, wielu rodziców w edukacji domowej SAMODZIELNIE UCZY swoje dzieci. UCZY – w znaczeniu: podejmuje planowe działania zmierzające do uzyskania określonych celów edukacyjnych.

Jednak jest wielu rodziców edukujących domowo, którzy praktykują tak zwany unschooling.

Co oznacza u uproszczeniu, że nie podejmują żadnych planowych działań zwanych “uczeniem” . W unschoolingu dziecko jest wolne. Samo decyduje, kiedy, czego i jak chce się uczyć. We własnym rytmie podąża za swoimi zainteresowaniami i je rozwija. Unschooling ma i gorących zwolenników, i zdeklarowanych przeciwników. Nie brakuje też takich jak ja, czyli wahających się i wątpiących, ale wciąż zwolenników.

Przyznam, że to wahanie i wątpliwości wynikają tak z utrwalonych stereotypów (że dzieci potrzebują dyscypliny, nie umieją i nie powinny decydować same o sobie), jak i z codziennych doświadczeń.

Bo naprawdę trzeba żelaznych nerwów, żeby spokojnie patrzeć na dziecko bawiące się przez całe dnie klockami lego lub czytające wielokrotnie wszystkie opowiadania o Martynce albo na prawie-nastolatka poświęcającego każdą wolną chwilę wymyślaniu nowych rozgrywek taktycznych (łamigłówek) w planszówce strategicznej. “Kurczę, pouczyłbyś się przyrody do egzaminu” – myślę wtedy (a nawet mówię dość głośno kilka razy). A kiedy znów innym razem tenże prawie-nastolatek zaczytuje się bez opamiętania w archiwalnych numerach “Świata Nauki”, wściekam się – “Kiedy będziesz robił matematykę?”. I jak tu takiej dogodzić?

Znów kiedy indziej pytam sama siebie:

“No i co, że bawi się wciąż klockami? Kiedyś z tego wyrośnie, prawda? A jeśli nie wyrośnie? To co? Widział kto kiedy dorosłego bawiącego się klockami? A tak! Widziałam wystawę Lego – to przecież nie dzieci zbudowały te wspaniałości. A może mały miłośnik klocków zostanie architektem? Kostruktorem? Projektantem nowych klocków? Przecież każdą pasję można przekuć w pracę, pod warunkiem że to prawdziwa pasja, że jesteśmy naprawdę w niej dobrzy i poświęcamy jej dużo czasu.”

Jest tak czy nie? Naprawdę da się zarobić na pasji? Chyba nie zawsze… Och, znowu wątpię…

Pięknie o roli rodziców w rozwijaniu pasji swoich dzieci napisała Magdalena Waleszczyńska w artykule “Nie bój się talentu swojego dziecka”.

A wczoraj przeczytałam w portalu Juniorowo artykuł z fragmentami książki Andre Sterna “I nigdy nie chodziłem do szkoły” (Andre Stern jest bohaterem filmu “Alfabet”, o którym pisałam tutaj.)

Ucieszyłam się, bo Andre napisał to samo co ja – mianowicie – dzieci uczą się od innych dorosłych, ale uczą się SAME w tym znaczeniu, że z własnej potrzeby i z własnej woli.

I wcale nie potrzebują być do nauki zmuszane. Zresztą – “Z niewolnika nie ma pracownika”, jak mówi stare przysłowie pszczół.

I tym PszczółkoMajowym akcentem kończę na dziś. Pa!

Aha, i jeszcze wklejam linki do moich pozostałych artykułów dla “W Rodzinie”:

“Szczęśliwe jak konie”

“Prawdziwe potrzeby czyli szkoła czarów”

Autor: Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od 2011 roku tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od 2015 do 2020 roku eksperymentowałam w naszej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Lubię robić na drutach i szydełkować. Czasami piszę (ewentualnie redaguję) artykuły i książki i śpiewam w chórze.

6 komentarzy

  1. Podoba mi się Twój dystans do samej siebie 🙂
    I poczucie humoru, które widać w każdym Twoim tekście 🙂

    1. Dziękuję! Chciałabym mieć więcej dystansu do dzieci, bo często wbrew temu co piszę na blogu, za bardzo się wszystkim przejmuję. Jak powiedziała nasza koleżanka Kasia – Co ty Kornelia – swojego bloga nie czytasz? 😉

  2. Przeczytałam już kilka postów na tym blogu, a teraz ten powyżej (a potem zakładkę “o mnie”, więc wiem już, że sama uczysz swoje dzieci). Sama chyba nie zdecydowałabym się na edukację domową, bo jednak chcę pracować zawodowo, ale kwestia uczenia mojego dziecka jest dla mnie chyba najważniejsza. Od samego początku staram się mu wszystko pokazywać, mówić o całym świecie i chociaż czasem ktoś mi zwraca uwagę, że moje dziecko jest za małe (3,5) i nie zrozumie tego, co mówię, to mi to nie przeszkadza. Zauważyłam, że jeśli dziecko nie wiem, że jest za małe żeby coś zrobić lub zapamiętać to bez większych problemów tego się uczy… A potem zapomina… I znów się uczy. A ja staram się tylko nie być zbyt dumna i nie wywierać na nim presji.
    Czasem zastanawiam się nad tym, jak to będzie w szkole. Z opowiadań teściów wiem, że jego tata w szkole był indywidualistą i nieustannie dostawał uwagi do dzienniczka, a nauczyciele albo go kochali albo byli przekonani, że jest złośliwy i go szczerze nie cierpieli. Widzę też, że nasze dziecko jest takie same i na pewno nie będzie grzecznie siedzieć w ławce czekając na to, żeby Pani go pochwaliła i dała piątkę (taka ja byłam). I tak sobie myślę, że szkoła to straszne wyzwanie… dla rodzica. pozdrawiam.

  3. Na podstawie niejakiego oczytania w literaturze przedmiotu nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że unschooling jest czymś najkorzystniejszym dla rozwoju młodego człowieka. Nie wprowadziłem jednak go (póki co), bo boję się o egzaminy. Tzn. nie o stopnie, mam je w nosie, tylko o to, żeby na skutek ich oblania nie stracić prawa do edukacji domowej. To mnie spina i trzyma przy pewnym reżimie nauki.

    1. Michale, szczerze mówiąc, oblać te egzaminy wcale nie tak łatwo. Jeśli nam bardzo na ocenach nie zależy, to na tę tróję (a na dwóję tym bardziej) zawsze się jakoś zda. Inna sprawa, że tego reżimu (który szkoła jakby nie było zapewnia) mi czasem brakuje, bo oboje z mężem nie mamy natury “matki tygrysicy” i dużo wysiłku kosztuje nas zaprowadznie jako takiego rytmu nauki. Skutek jest taki, że egzaminy zdajemy jak studenci, czyli najwięcej uczymy się (dzieci się uczą) przed samą sesją. Ale dzięki temu mają więcej czasu na swoje sprawy i hobby. A to bezcenne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.