Obrazek wyróżniający do wpisu „Alfabet”: unschooling według Andre Sterna

„Alfabet”: unschooling według Andre Sterna

kategoria:
Czas czytania: 3 minuty

Unschooling za mną chodzi

Aktualnie czytam Ostatnie dziecko lasu Richarda Louva. Niedawno przeczytałam Jak być wolnym Toma Hodgkinsona, jakiś rok wcześniej Być rodzicem i nie skonać oraz Jak być leniwym tegoż autora, a jeszcze wcześniej Pod presją Carla Honore. Jeszcze, jeszcze wcześniej było Zamiast edukacji Johna Holta.

A dzisiaj obejrzałam znakomity film dokumentalny Alfabet Erwina Wagenhofera.

Dlaczego chwalę się tymi lekturami i filmem? Bo karmi się nimi i napawa moja anarchistyczna, przekorna i wolna (hmm, powiedzmy, że wolna…) dusza.

Unschooling to nasza baza

Bo te lektury (i film) są fundamentem naszej decyzji o edukacji domowej. To dzięki nim nie mam wyrzutów sumienia z powodu tego, że nasze dzieci nie siedzą godzinami nad ćwiczeniami kaligrafii, matematyki i języków obcych. Dzięki nim cieszę się, że spędzają czas na czytaniu, wymyślaniu fantastycznych historii, rozwiązywaniu łamigłówek, graniu w gry, budowaniu z klocków, rysowaniu, śpiewaniu, bujaniu się na trapezie i słuchaniu na okrągło tych samych Bajek Grajek czy audiobooków. Cieszę się, że biegają po owoce na bazarek czy po mąkę do płaza. Że zajmują się młodszym rodzeństwem, smażą naleśniki, odkurzają i wieszają pranie. I znów – nie mam wyrzutów sumienia, że każemy im iść do parku i nie wracać przed upływem godziny.

Ha! A dlaczego musimy im to nakazać? Ano właśnie – odpowiedzi udziela książka Ostatnie dziecko lasu. Nawiasem mówiąc, dowiedziałam się z niej o badaniach naukowych, które wykazały, że dzieci chętniej bawią się w miejscach dzikich niż zaaranżowanych, jakimi są najczęściej parki.

Unschooling to prostota

Te wymienione na początku lektury oraz film Alfabet, mimo różnorodności poruszanej tematyki, układają się w mojej głowie w całościowy obraz pewnej filozofii życiowej. Jest ona przeciwieństwem konsumpcjonizmu, konformizmu, ambicjonizmu (chyba wymyśliłam nowe słowo), perfekcjonizmu, unifikacji, owczego pędu, globalizmu i odejścia od natury. To filozofia życiowa, która ma swój wyraz w stylu wychowania i edukacji, zwanym przez niektórych demokratycznym, a przeze mnie – naturalnym.

Ta filozofia to w gruncie rzeczy żadna filozofia, tylko zwyczajny powrót do samowystarczalności i prostoty. Również w kwestii edukacji dzieci.

Unschooling to odpowiedzialność

I nie chodzi mi o to, że rodzice biorą na siebie odpowiedzialność za edukację, zamiast oddawać ją szkole. Chodzi o to, że oddają tę odpowiedzialność dzieciom.

Brzmi wywrotowo, wiem, ale właściwie dlaczego nie mielibyśmy zaufać własnym dzieciom w kwestii tego, czym chcą się zajmować i w czym rozwijać? Jeśli chcą godzinami układać klocki Lego, to co?! Nic! Może za kilka lat zechcą godzinami układać układy scalone albo algorytmy! A jeśli chcą godzinami słuchać bajek lub czytać? To może za kilka lat zechcą godzinami pisać własne historie? A co jeśli nie zechcą? Jak to? Nie zechcą? Czego nie zechcą? Niczego nie zechcą?!

Unschooling to wolność

Jakoś nie umiem sobie wyobrazić, żeby człowiekowi, zwłaszcza młodemu, nie chciało się nic robić. Chyba że pozbawimy go wolności i czasu. Wolności wyboru tego, co chce robić, i czasu na robienie tego. A to właśnie czyni szkoła i – nierzadko – pełni dobrych chęci rodzice.

Opowiadają o tym wspomniane książki i film Alfabet. Opowiadają też o dramatycznych nieraz konsekwencjach pozbawienia dzieci wolności i czasu. Ostatnie dziecko lasu – również o konsekwencjach pozbawienia dzieci kontaktu z przyrodą.

Dzieci nie potrzebują ocen, klasówek, testów i kursów językowych.

Potrzebują wolności.

I lasu.


Post scriptum po latach:

Dziś, w 2025 roku, dziesięć lat po napisaniu tego tekstu, mam wiele przemyśleń na temat wolności – i tej naszej, i tej oddawanej dzieciom. Nie sposób nie pomyśleć, nie wspomnieć tu o rewolucjach, które wywracają nasze życie do góry nogami (może powinnam powiedzieć raczej, że odbierają nam nasze człowieczeństwo?): rewolucji smartfonowej i rewolucji AI. Obie są uzależniające. Obie są jak czarne dziury, które nas zasysają. Ogarnia mnie smutek i złość, że tak łatwo i wręcz ochoczo daliśmy sobie odebrać wolność. Sobie i naszym dzieciom. Och, będę się bardzo starać, żeby nie być ostatnim dzieckiem lasu! Mam nadzieję, że moje już prawie dorosłe dzieci pójdą w moje ślady.

Mam też taką ważną – z perspektywy czasu – refleksję na temat dawiania wolności dzieciom: Chcę podkreślić, jak potrzebne jest tutaj mądre wsparcie rodziców. Uważne towarzyszenie, uważna rozmowa, dostrzeganie potrzeb i wychodzenie im naprzeciw. Do tego praca nad sobą i nad swoją własną relacją (?) z wolnością.

Inną sprawą jest unschooling – to, jak jest dziś rozumiany w środowiskach bliskich edukacji domowej. Wiele osób rozumie go jako całkowitą wolność i niezależność od szkoły, od państwowego systemu edukacji. A ponieważ mamy w polskiej edukacji domowej obowiązek realizacji podstawy programowej, to – wedle tych osób – unschooling w Polsce jest niemożliwy. Ja jednak rozumiem go jako pewną ideę, nazwę wolnościowego stylu edukacji domowej. Po polsku nazywamy to czasami odszkolnieniem.

Pozdrawiam!


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *