Po co mi to było?

Po co mi to było by Kornelia Orwat

Czasem słyszę od mam zajmujących się dziećmi na pełen etat, że ktoś im robi wyrzuty: “Tyle lat się uczyłaś, studiowałaś, i co? Teraz dzieci bawisz. Po co ci to było?”

I mądre mamy odpowiadają: “Jak to po co? Żeby moje dzieci miały mądrą, wykształconą mamę!”

Bo zawsze wszystko jest po coś. Wszystko, czego się uczymy, rozwija nas. Nie warto rozpaczać, że coś nam się nie przydaje, że czegoś się nauczyliśmy na darmo.

I kto to mówi?

I kto to mówi? Zwolenniczka edukacji domowej i przeciwniczka obowiązkowych programów nauczania, która jest zdania, że szkoły uczą wielu niepotrzebnych, a wręcz szkodliwych rzeczy, takich jak manipulowanie ludźmi, wykręty, niezdrowa rywalizacja itp.

I kto to mówi? Osoba, która pokończyła kursy uczące rozwijania kont w social mediach, po to tylko, by dojść do wniosku, że są szkodliwe, bałamutne i… manipulują ludźmi.

Osoba, która skończyła kurs uczący rozwijania biznesu i marketingu online po to tylko, by dojść do wniosku, że… to manipulowanie ludźmi i sprzedawanie marzeń.

Osoba, która napisała manifest, deklarację swojej blogowo-biznesowej misji po to tylko, by po pewnym czasie zrozumieć, że jednak nie tędy droga i jej najważniejsza, prawdziwa misja nie ma nic wspólnego ani z biznesem, ani z blogiem.

Osoba, która skończyła różne szkoły i studia i przepracowała osiem lat w zawodach “wyuczonym” i “niewyuczonym” po to tylko, by – jak wspomniane na początku mamy – zostać etatową mamą i żoną.

Osoba, która przez sześć lat prowadziła bloga, a nawet dwa po to tylko, by dojść do wniosku, że co prawda nadal kocha pisać, ale nie może robić tego kosztem swojej prawdziwej misji życiowej i powołania.

Jakiś filozof powiedział, że błądzić jest rzeczą ludzką. Ja bym powiedziała, że uczyć się jest rzeczą ludzką.

Robiłam różne rzeczy, uczyłam się, próbowałam. Jak przystało na Działacza (mój typ osobowości). Nie narzekam, że straciłam czas, że nauczyłam się tego czy tamtego na darmo. Cieszę się z tego, czego się nauczyłam! Nauczyłam się, zrozumiałam, poznałam pewne mechanizmy. To jest ważna wiedza. W dodatku – czego nigdy nie ukrywałam – prowadzenie bloga było zawsze dla mnie odskocznią, ratunkiem przed zwariowaniem w roli mamy w edukacji domowej. Bardzo cenne jest też to, że poznałam wielu wspaniałych ludzi! Od nich, od Was – czytelników – też się wiele nauczyłam!

Ale teraz czuję, że muszę iść dalej.

A żeby iść dalej, to muszę się zatrzymać i odpocząć. Przepakować walizki. Dlatego – choć trudno mi przyznać się do tego zarówno przed samą sobą, jak i przed Wami – czuję, że nadszedł czas, by pożegnać się z pisaniem bloga. Wypierałam to ze świadomości już dość długo. Próbowałam się ratować: robiłam warsztaty, lajwy, szukałam odmiany, szukałam sposobów na to, by uzasadnić trwonienie czasu na bloga zyskiem finansowym, czyli – mówiąc wprost – próbowałam na tym zarobić.

Jednak widzę, że zarabianie na blogu to nie moja droga. I nie chodzi o to, że na tym się nie da zarobić, bo pewnie się da. Ale ja nie chcę. Już nie chcę. I w dodatku nie potrzebuję.

Chcę i potrzebuję być bardziej obecna tu i teraz, dla mojej rodziny i dla samej siebie.

Blogowanie i związana z nim obecność w social mediach przytłacza mnie. Osacza i nie pozwala odetchnąć. Bo – choć tego nie widać – blogowanie to ciężka praca. To praca na cały (tak!) etat. A nie mogę i nie chcę pracować na cały etat tylko dla przyjemności.

Ale przecież – powie ktoś – możesz nadal traktować bloga jako odskocznię, przyjemność, hobby. Tak. Też tak sądziłam. Jednak pisanie bloga wiąże się z podejmowaniem zobowiązań wobec czytelników. Nawet jeśli ich nie wyrażę wprost, to czuję je w sobie. A to – nie oszukujmy się – jest obciążeniem. Blog to uzależnienie i zobowiązanie, z którego w tym momencie życia potrzebuję się uwolnić. Ach! Dodatkowym balastem jest natchnienie, które wciąż podsuwa nowe pomysły na artykuły! Wciąż je zapisuję, wciąż mam nadzieję, mam plany, że napiszę!

Na razie nie napiszę. Nie mam na to czasu.

Mój czas jest potrzebny mojej rodzinie, mojemu domowi. Bo dzieci, choć już duże, wciąż potrzebują mamy. Mamy obecnej nie tylko ciałem, ale i duchem, bardziej nawet niż wtedy, gdy były małe. Taki paradoks. Myślimy, że jak nam dzieci urosną, to będziemy mieć więcej czasu dla siebie. I owszem, dzieci nie wiszą u spódnicy ani u piersi, ale… u głowy.

Wiem, że mogłabym stąd odejść bez słowa, po prostu ucichnąć i nie tłumaczyć się, jak to zrobiłam w Odśmiecowni (swoją drogą wciąż mi to leży na sumieniu, i wciąż mam zamiar napisać tam tekst podsumowujący, pożegnalny).

Wiem, że niniejszym tekstem wzbudzam sensację, prowokuję do pożegnań, że to jest definitywne, emocjonalne, może niepotrzebne (mój mąż zawsze mi powtarza, że nie muszę się tłumaczyć). Wiem też, że może znów kiedyś najdzie mnie ochota na prowadzenie bloga. No i dobrze. To zacznę znów go prowadzić.

Żegnam się z pisaniem bloga Kornelia O… Ale nie żegnam się z pisaniem.

Chcę nadal pisać, pracować ze słowami. Wiem, że to mój żywioł i dlatego cieszę się, że mogę od czasu do czasu napisać coś dla “Magazynu KREDA“. Od marca uczę się nowego zawodu (!) na kursie korekty tekstu u Ewy Popielarz. Wciąż prowadzę dwie małe grupy spotkań online dla mam w edukacji domowej. Snuję też inne plany związane z pisaniem, o których pewnie jeszcze tutaj poinformuję, bo ta strona będzie wciąż dostępna.

Nie żegnam się też z Wami, czytelnikami.

Będę tu jeszcze zaglądać, poprawiać, naprawiać, aktualizować. Moje koleżanki (na pewno zrobię tu zakładkę z podziękowaniem dla Was, dziewczyny!) z kursu korekty tekstu będą wygładzać “Kornelię O…” w ramach praktyk zawodowych, więc będzie tu coraz ładniej (mam nadzieję). Jednak nie będę już pisać nowych artykułów. Nie będę miała na to czasu. Poza tym… człowiek chyba z wiekiem pokornieje. Wraca do korzeni.

Zaczęłam prowadzić dziennik w zeszycie. Chcę pisać więcej sama dla siebie, żeby poznać samą siebie i podszlifować styl. Bez spiny, bez szukania zdjęć, słów kluczowych, główkowania nad – nomen omen – nagłówkami, szlifowania tekstu w nieskończoność (by na koniec stwierdzić, że nieeee… to się nie nadaje do publikacji…). Bez udostępniania na fejsbukach i zabiegania o publiczność. Chcę wyluzować w pisaniu.

(Myślałam przez chwilę, że tak się da na blogu – wrócić do początków blogowania, pisać na luzie, jak w pamiętniku – ale jednak nie. Nie da się. Nie umiem. Albo szlifujesz, Kornelia, albo kasujesz. Nawet teraz, pisząc te słowa, mam ochotę to wszystko skasować i napisać jedno zdanie: “Cześć, kończę pisanie bloga! Bye, bye!” Hm, rozum podpowiada, że tak byłoby lepiej, ale serce mówi co innego. Więc słucham serca i piszę ten najdłuższy nawias świata. Sorry Winnetou.)

Co chcę robić w ramach odskoczni, kiedy przestanę prowadzić bloga?

Chcę więcej czytać i ruszać się, chcę szydełkować, robić na drutach, szyć. Chcę pomóc Sergiuszowi w wydaniu pierwszej części jego powieści, bo już pisze kolejne.

Myślę, że za jakiś czas się odezwę, żeby dać znać, co u mnie. Może stworzę nową stronę – wizytówkę, kiedy zacznę szukać zleceń na korektę, redakcję tekstów czy transkrypcje podcastów, webinarów i filmów na YT. Może napiszę kolejnego e-booka. Może…

Zobaczymy. Na razie wracam do rodziny, do innych obowiązków i do siebie samej. A z Wami – jak powiedziałam – nie żegnam się. Zostawiam Wam tutaj pokaźny (231!) zbiór tekstów mniej lub bardziej poważnych, mniej lub bardziej merytorycznie cennych, zostawiam Wam moje Poniedziałkowe Pogaduszki (24 odcinki). No, trochę tego jest!

Możecie też do mnie pisać na kontakt@korneliaorwat.pl albo na kornelia.orwat@gmail.com. Zawsze chętnie wysłucham, pomogę, pogadam, coś podpowiem, nie tylko w kwestiach edukacji domowej! Moja misja wspierania mam w edukacji domowej wcale się nie kończy!

A więc, po co mi to było?

Właśnie po to. Po to, żebym mogła Wam to wszystko tutaj zostawić. Żeby do tego miejsca mogli zaglądać rodzice w edukacji domowej, którzy szukają wsparcia, informacji. Którzy chcą wiedzieć, co i jak. Którzy są ciekawi, jak to wygląda w innych rodzinach. W ten sposób moja misja wspierania mam (i ojców) w edukacji domowej wciąż będzie się wypełniała. Nawet bez mojego aktywnego udziału. I to jest piękne!

A teraz szybciutko – wrzucam ten wpis, zanim go przeczytam po raz dziesiąty i skasuję.

Pa! Kochani czytelnicy! Dziękuję za to, że jesteście i życzę Wam dużo radości z edukacji domowej i z życia w ogóle. No i wciąż… Miłej lektury!

Aha, i jeszcze jedno: w internetach możecie mnie spotkać na InstagramieFacebooku. Nie przesiaduję tam non stop, ale będę obecna.

Pa! Jeszcze raz!

Kornelia Orwat

PS Sklepik jeszcze działa, ale tylko do końca kwietnia. Więc jeśli chcecie coś nabyć – zapraszam! Na wszystko zrobiłam promocję -15%. Później moje e-booki będą dostępne najprawdopodobniej w serwisie Ridero.

Autor: Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Dziewiąty rok tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową i od czterech lat eksperymentuję w naszej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

12 komentarzy

  1. I to jest piękne – mieć odwagę otworzyć nowy rozdział, a nie kontynuować coś, czego się (już) nie czuje albo co się wypaliło, “bo tak wypada, bo tyle czasu, bo to moja ścieżka i muszę”.
    Tylko odpocznij sobie naprawdę zanim wejdziesz w kolejny rozdział! Świeżości, zapału życzę 🙂
    A ten akapit o nagłówkach itp. – mam te same przemyślenia.

    1. Ula! Dziękuję bardzo! Nieraz się zadręczałam że mam małe statystyki ale zawsze wiedziałam że czytelników mam świetnych! Wiedziałam że mnie zrozumieją 🙂 A te nagłówki i całe to SEO to może zepsuć radość z pisania, nie ma co.
      Odpoczywać będę, ale chyba “inaczej”, bo remont nam się szykuje. W sumie to będzie dobry sposób na wietrzenie głowy (i mieszkania).
      Do zobaczenia u Ciebie na blogu i na żywo!

  2. Kornelia, dziękuję za ten wpis. To jeden z bardziej inspirujących dla mnie tekstów. Właściwe to jest świadectwo życia… przemawia do mnie. Umieć zrezygnować i odważyć się na ryzyko nowego… Dziękuję!

    1. Iwono, dziękuję za komentarz! Wiesz, nie spodziewałam się że ten wpis będzie inspirujący 🙂 Cieszę się, że nie zostawiam czytelników z niczym 🙂 Pozdrawiam ciepło!

  3. Ojej, a ja się popłakałam.. Pewnie sobie nie wyobrażam jak wiele pracy kosztowało Ciebie pisanie tego bloga, ale to mój ulubiony blog w sieci! I gratuluję decyzji i życzę wszystkiego najlepszego w dalszej twórczości i w ogóle w życiu…jednakże jest mi smutno..że to koniec. Będę Ciebie spotykać w Kredzie i może jeszcze gdzieś- to jakaś pociecha. W każdym razie dziękuję za Twoje wsparcie,mądre rady, zdrowy rozsądek oraz dzielenie się swoim doświadczenie. Z całego serca Bóg zapłać!

    Mama Monika w edukacji domowej.

    1. Moniko, bardzo mi miło czytać te słowa, to znaczy nie chciałam żebyście płakały oczywiście, ale wzruszenie to ludzka i piękna rzecz! Miło że byłam pomocna, i miło że dziękujesz i życzysz mi wszystkiego dobrego! Tyle dobrych słów od Was dostaję na pożegnanie że ach! Dziękuję bardzo i ściskam wirtualnie!

  4. Bardzo dziękuję za cały ten tekst! Miałam tyle różnych myśli na raz czytając całość, że teraz nawet ciężko mi to wszystko ubrać w słowa. Wpis jest bardzo motywujący! Ja się łapię często na tym, że a co ktoś pomyśli itd… przez to mam wręcz „przymus” wewnętrzny, aby wszystko było zrobione dobrze, bez błędów, idealnie za pierwszym razem. Nonsens! To tylko sprawia, że boję się podejmować działania!
    Świetny jest ten wpis! Rezygnując z bloga, pokazujesz mi, że po prostu można zmienić zdanie. Życie się zmienia, to i nasze działanie w danym czasie będzie inne niż kiedyś. To jest właśnie ta mądrość! Jak dla mnie w ogóle nie odczytuję końca blogowania jako coś negatywnego, ale właśnie jako Twój wzrost! Idziesz dalej! I jeszcze dajesz przy tym motywację innym do działania! A cały wpis wyjaśniający jest bardzo dojrzały i piękny. Dziękuję za niego:)

    1. Monia! Dziękuję pięknie! Tak mi otuchy dodają te słowa i tak ładnie reagujecie na moją decyzję o zaniechaniu blogowania. To niby nic takiego, tyle blogów pojawia się w sieci i znika bez słowa i wydaje się, że nikogo to nie obchodzi… A jednak za każdym blogerem stoją czytelnicy, i nawet jeśli jest ich niewielu, to oni TAM SĄ! I cieszę się, że moimi są TAKIE dziewczyny jak wy wszystkie 🙂
      Pozdrawiam i ściskam 🙂

  5. Droga Kornelio, dziękuję za Twoje treści! Całkowicie Cię rozumiem ponieważ sama jakiś czas temu też Zamknęłam bloga i miałam podobne rozkminy i dylematy. Ja nie jestem blogowym zwierzęciem jednak. I nawet nie napisałam pożegnalnego posta (z powodu o którym nie chce pisać publicznie) więc bardzo doceniam wyłożenie kawy na ławę. Przez to nie będę się drapać w głowę i zastanawiać się co się stało z kolejnym blogiem. Bardzo uczciwe podejście. Życzę znalezienia własnej przestrzeni i w sieci i w realu 🙂
    Spokoju, wytrwałości i sił. Pozdrawiam ciepło

    1. Olcho, dziękuję Ci za te słowa! No widzisz, każda sytuacja jest inna. Ale faktycznie prowadzenie bloga “na poważnie” to ciężka (i często dość niewdzięczna) praca. Wiedzą o tym ci, którzy spróbowali 🙂 Niemniej satysfakcja też jest, no i jak się kocha pisać to jest fajnie. Mnie najbardziej męczy promocja, lans i ścianki, hehe 🙂 To też nie moja bajka. Ale rzeczywistość jest taka, że czy jako bloger, czy jako inny fachowiec – często po prostu musimy być w sieci obecni i się promować, takie czasy. Grunt to znaleźć złoty środek i swoją ścieżkę. Pozdrawiam Cię ciepło!

  6. Powodzenia!!!
    Cieszę się, że ten blog powstał – dużo korzystałam z Twoich porad, ale jeszcze bardziej cieszę się, że szukasz i znajdujesz swoją drogę. Jeszcze raz – powodzenia.

    1. Ruda! Iza! A jednak jesteś! Ty moja komentatorko najaktywniejsza! 🙂 Dziękuję! Bez Ciebie i was wszystkich z “tej drugiej strony” ekranu nie byłoby bloga przecież! Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.