Dlaczego warto poznać swój typ osobowości i swoje talenty?

Czy warto poznać swój typ osobowości by Kornelia Orwat

I dlaczego przydaje się to mamie w edukacji domowej?

Przyznam, że nigdy się specjalnie nie zastanawiałam nad swoim typem osobowości czy talentami. Wiedziałam na przykład, że mam tak zwane dobre podejście do dzieci, talent muzyczny, że jestem dość towarzyska i wygadana, mam lekkie pióro i poczucie humoru. Że jestem pogodną, energiczną optymistką i lubię zmiany, nowości.

Zdawałam sobie też sprawę, że łatwo się dekoncentruję, co wynika z mojej wrażliwości na bodźce zewnętrzne i skłonności do myślenia o milionie rzeczy naraz (a także – o zgrozo – do robienia miliona rzeczy naraz).

Mój mąż mówi, że jestem chodzącym generatorem pomysłów, mam tendencje do nadmiernej ekscytacji, a przy tym mogę gadać na jednym oddechu przez godzinę (o wygenerowanych pomysłach, rzecz jasna, też).

Oczywiście, wszystko to trochę mi się z wiekiem zmienia.

Moja towarzyskość spada na łeb na szyję, odkąd – od dziesięciu lat! – jestem mamą w edukacji domowej (zagęszczenie dzieci na metr kwadratowy mieszkania dziwnie rośnie, choć jest ich niezmiennie troje).

Wygadanie udoskonaliłam szczególnie w obszarach dotyczących różnych rodzicielskich odzywek typu „nie garb się”, „nie wtrącaj się”, „daj powiedzieć”, „ciszej bądźcie”, „idźcie na dwór”, „posprzątaj stół”, „wynieś śmieci”, zrób zmywarkę”, „poodkurzaj”, „umyj zęby” i tak dalej.

Moje podejście do dzieci jest może i dobre, ale dość chaotyczne i niekonsekwentne (to akurat niezmienne od lat), co się dzieciom całkiem podoba, bo kto by nie chciał, żeby mama ogłaszała amnestie od kar i zapominała o tym, żeby egzekwować wykonywanie obowiązków.

Z pogodą ducha i optymizmem różnie ostatnio bywa, przy czym „różnie” oznacza huśtawkę nastrojów od hurraoptymizmu i entuzjazmu (kiedy wpadam na nowe pomysły) do zniechęcenia i nieprzepartej ochoty rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady. Szczególnie, gdy okazuje się, że realizacja nowych pomysłów byłaby możliwa jedynie wtedy, gdybym… rzuciła to wszystko i wyjechała w Bieszczady. Sama.

Lekkie pióro… owszem, wygląda na lekkie, ale tak naprawdę to jest ciężkie od potu i łez (no, może troszeczkę przesadzam). Lekkość wymaga skupienia, natchnienia, czasu, ciszy, spokoju i… morza cierpliwości, gdy któregoś z wyżej wymienionych brak. Co zdarza się nagminnie, co znów sprawia, że mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać. Wiesz gdzie. Mogą być Beskidy, wszystko jedno. Albo Mazury.

Co się tyczy mojego zamiłowania do zmian i nowości, to gdyby nie mąż i dzieci, przeprowadzałabym się pewnie co dwa lata (w Bieszczady? Beskidy? na Mazury?), a tak, to tylko przemeblowuję mieszkanie. Jestem też jak sroka, jeśli chodzi o różne poradniki, podręczniki, kursy i nowinki lajfstajlowe, typu zero waste, dieta paleo, magia sprzątania, hygge, minimalizm, biznesy online, rozwój osobisty i tak dalej.

To właśnie moja miłość do zmian i nowości sprawia też, że co chwilę coś zmieniam i „ulepszam” na blogu, że nie potrafię trzymać się planu publikacji i dotrzymywać różnych obiecanek, że wymyślam co i rusz nowe projekty (choćby Odśmiecownia, Zawijasne), które po pewnym czasie porzucam (no bo coś trzeba wybrać – doba ma wszak tylko 24 godziny).

I tutaj właśnie przychodzi na pomoc znajomość własnych talentów czy typu osobowości.

Bo – jak myślisz – co słyszy i myśli na swój temat w dzieciństwie i młodości osoba taka jak jak ja? Że jest trzpiotka, śmieszka, zapominalska, że chodzi z głową w chmurach, sama nie wie czego chce, wymyśla, ma słomiany zapał, łapie pięć srok za ogon. No same pejoratywy, kurczę blade!
Już pół biedy, jak mówią na ciebie artystka. Artystyczny nieład też brzmi lepiej niż bałagan, nieprawdaż?

Więc ja tak o sobie myślałam. Że jestem artystką z głową w chmurach i artystycznym nieładzie. Przy czym fakt, że zakochałam się w facecie, który nie przejdzie przez ulicę w miejscu nie oznaczonym jako przejście dla pieszych i który nie zagadnięty, milczy – więc fakt, że związałam się z facetem będącym moim zupełnym przeciwieństwem, z jednej strony ratuje mi d… życie, a z drugiej sprawia, że moje wyżej wymienione cechy charakteru nabierają rumieńców. I vice versa. Czyli że jego cechy też. Nabierają tych rumieńców.
Mówiąc po ludzku – to, że jesteśmy tak różni, sprawia, że czasem się nie możemy dogadać.

Bo najbardziej ryzykowne połączenie to niebieski z żółtym.

Posłuchaj:

Żółty rzuci się do pracy, nie mając pojęcia co ma zrobić, ani jak się do tego zabrać. Nie zajrzał do żadnych instrukcji ani nie słuchał, kiedy tłumaczono, o co chodzi. Za to będzie się rozwodził nad tym, jakie wspaniałe zadanie mu powierzono. Tymczasem niebieski szczegółowo zapozna się ze wszystkimi możliwymi materiałami, poszuka jeszcze dodatkowych źródeł informacji. Ust nie otworzy, tylko siedzi. Prawie bez ruchu. I myśli.
Żółty uzna, że ma do czynienie z najnudniejszym tępakiem pod słońcem. Niebieskiemu z kolei zacznie przeszkadzać to, że żółty biega na wszystkie strony i ciągle sieje zamęt. Zacznie się gotować w środku na samą myśl o bezustannym zamieszaniu. Pomyśli, że żółty to niepoważny postrzeleniec, niezasługujący na uwagę. Kiedy żółty zauważy, że nie zjednał sobie niebieskiego, jedynie wzmoży swoją aktywność. W najgorszym razie będzie się starał oczarować niebieskiego, a to prosta druga ku przepaści. Wreszcie każdy z nich zaszyje się w swoim kącie i będą siedzieli z kwaśnymi minami, chociaż z zupełnie różnych powodów.

Thomas Erikson „Otoczeni przez idiotów”

Taaak. Mój mąż twierdzi, że nie jest niebieski. Oczywiście – nie jest całkiem niebieski i tylko niebieski, tak jak i ja nie jestem całkiem żółta i tylko żółta, bo nie ma ludzi „jednokolorowych”. Jednak wyżej przytoczony opis dość dobrze oddaje, że tak powiem, klimat. W sposób przerysowany, ale dlatego zabawny. Jeśli zaś o nas – o mnie i męża – chodzi, to my się wcale nie „zaszywamy każdy w swoim kącie” (no, może czasami), tylko dążymy do porozumienia. I trzeba przyznać, że się nieźle uzupełniamy; właśnie dzięki różnicom charakteru.

Nie przesadzę, jeśli powiem, że to książka „Otoczeni przez idiotów” miała duży wpływ na to, że zaakceptowałam te różnice.

Czytałam ją i co chwila wybuchałam śmiechem, a dzieci przybiegały do mnie wołając: „Mamo! A z czego się śmiejesz?”. Wszyscy (oprócz męża, którego zdiagnozowaliśmy jako dość niebieskiego, a który woli inne rozrywki niż jakieś głupie przezywanie się kolorami) prześcigaliśmy się w rozpoznawaniu „naszych” kolorów. Ja żółta, trochę zielonkawa, czasem czerwona. Patrycja żółto-zielona, jak ja. Cyryl niebiesko-zielony. Sergiusz czerwono-niebieski z domieszką żółtego.

Jak się pewnie domyślasz, wymyślony przez Thomasa Eriksona kolorowy podział typów osobowości to stary dobry, hipokratesowski podział na sangwiników (żółty), melancholików (niebieski), flegmatyków (zielony) i choleryków (czerwony).

A wracając do tego, w czym przychodzi nam na pomoc znajomość talentów czy typu osobowości.

Otóż moim zdaniem pozwala ona spojrzeć na swoje cechy charakteru po prostu jak na cechy, a nie jak na wady i zalety. Uświadamia, że nie jesteśmy wadliwi, gorsi, nieudani. Uświadamia, że jesteśmy zwyczajni, że osób takich jak my, o podobnym typie osobowości, jest bardzo wiele.

Otóż moim zdaniem pozwala ona spojrzeć na swoje cechy charakteru po prostu jak na cechy, a nie jak na wady i zalety. Uświadamia, że nie jesteśmy wadliwi, gorsi, nieudani. Uświadamia, że jesteśmy zwyczajni, że osób takich jak my, o podobnym typie osobowości, jest bardzo wiele.

Kiedy zrobiłam sobie test osobowości 16 osobowości oparty na kwestionariuszu Myers-Briggs i przeczytałam opis swojego typu (ENFP – ekstrawersja, intuicja, uczucia, spontaniczność), zdumiałam się, jak bardzo jest to o mnie! Przy czym mocne i słabe strony są tam tak opisane, że nie odbieramy ich jako zalety i wady, ale jako dwie strony tego samego medalu. Widzimy, jak są ze sobą powiązane, jak jedne wynikają z drugich.

Opiszę ci na moim przykładzie. Jestem typem ENFP, zwanym Działaczem.

Ciekawość i spostrzegawczość popychają mnie do interesowania się nowinkami, snucia planów i wymyślania różnych projektów, w które rzucam się z energią i entuzjazmem, nierzadko bez głębszego zastanowienia się, spontanicznie. Niestety, jak przychodzi co do czego, okazuje się, że dałam się ponieść nadmiernemu optymizmowi i przeceniłam swoje możliwości, a przy tym gubię się w szczegółach (tutaj kłania się cecha zwana z angielska overthinking) i mam trudności w skoncentrowaniu się na celu, bo bardziej fascynuje mnie proces niż efekt.

To wszystko sprawia, że często swoje projekty porzucam. Mimo to (a może dzięki temu?) umiem cieszyć się życiem i nigdy się nie nudzę.

Jestem dobra w kontaktach z ludźmi i jestem lubiana, jednak łatwo mnie zestresować, bo jestem wrażliwa na krytykę i mało asertywna. Mam silne poczucie niezależności, które sprawia, że… jestem zosią samosią, no i kółko się zamyka: Nie kończę projektów, stresuję się, ale i tak jest dobrze, bo przecież życie jest za krótkie, by dało się zrealizować wszystkie pomysły, a poza tym najważniejsze są relacje i rodzina.

Oto cała (prawie cała) ja.

Jak się to ma do naszej edukacji domowej?

Otóż teraz, jak sobie te swoje cechy nazwałam i opisałam na potrzeby tego artykułu, to widzę wyraźnie, jaki wpływ wywierają na kształt naszej edukacji domowej i naszego życia rodzinnego w ogóle.

Widzę, skąd bierze się moje poczucie – poparte twardymi faktami, a jakże – że nie ogarniam organizacyjnie. Wiem, dlaczego spędzam długie godziny na dyskusjach z dziećmi na tematy wszelakie, nie stroniąc bynajmniej od tych związanych z emocjami. Wiem, dlaczego na pierwszym miejscu w edukacji dzieci stawiam rozwijanie ich kreatywności (nuda i zabawa są najważniejsze!) i budowanie relacji w rodzinie i dlaczego tak bliska jest mi idea unschoolingu (wolność, niezależność, spontaniczność to jest to!).

Wiem, dlaczego mam problemy z dyscypliną, stawianiem i pilnowaniem granic, dlaczego jestem rodzicem niekonsekwentnym, ale za to fajnym i wesołym, choć zdarza mi się krzyczeć na dzieci i robić im dzikie awantury.
Na szczęście umiem z nimi rozmawiać o problemach, czytamy i dyskutujemy o różnych cechach charakteru, o typach osobowości, o talentach. To pozwala nam się lepiej rozumieć: i siebie nawzajem, i siebie samych. I to też jest ważny element edukacji, nie tylko domowej.

Jakie jeszcze testy robiłam, oprócz testu 16 osobowości?

Zainspirowana Magazynem KREDA o talentach, postanowiłam zrobić sobie jakiś test i znalazłam test talentów VIA Character, po którym dowiedziałam się, że moja pierwsza piątka talentów to:

  1. Humor
  2. Kreatywność
  3. Miłość do uczenia się
  4. Ciekawość
  5. Docenianie piękna i doskonałości

Test bazuje na 24 cechach (talentach), które ustawiane są dla nas w „rankingu”. Dostajemy zgrabny raporcik (raport jest po angielsku, choć sam test możemy, a nawet powinniśmy zrobić po polsku) w którym wszystkie te cechy są dla nas uszeregowane w kolejności od naszych najmocniejszych do najsłabszych. U mnie najsłabiej jest z cechami takimi jak przywództwo, ostrożność, wytrwałość, odwaga i samoregulacja.

Co prawda to prawda. Choć co do wytrwałości, to w sprawach, na których mi bardzo zależy, potrafię być wytrwała jak nie wiem co. Ale może chodzi tu też o tę zmienność rzeczy i spraw, na których mi zależy?

Test VIA Character z podstawowym wynikiem, czyli wspomnianym raporcikiem jest bezpłatny, dopiero bardziej szczegółowe raporty są płatne.

Kolejnym testem, na który trafiłam niedawno przez bloga Moniki Juniewicz, jest test High 5.

Jest on ponoć bardzo podobny do testu Instytutu Gallupa. Można, a wręcz należy wykonać go po polsku i w podstawowej wersji jest bezpłatny (płacimy dopiero wtedy, gdy zamówimy szczegółowe raporty na temat naszych cech). Oto co mi wyszło jako moje High 5, czyli pierwsza piąteczka:

  1. Optymizm (Optymist)
  2. Talent do burzy mózgów (Brainstormer)
  3. Empatia (Empathizer)
  4. Talent do opowiadania historii (Storyteller)
  5. Miłość do uczenia się (Philomath)
W sumie dochodzę do wniosku, że mój zestaw talentów (z obu testów) to całkiem niezły pakiet dla mam w edukacji domowej!

Bo mamie przydaje się i humor (coby nie oszalała), i optymizm (coby w przyszłość ufnie patrzała), i kreatywność i emaptia (wiadomo), i talent do burzy mózgów (aby się umiejętnie kłócić) tudzież do opowiadania historii (by dzieciom pogadanki edukacyjno-wychowawcze strzelać), i miłość do uczenia się (żeby się za dzieci uczyć, tfu, przepraszam – żeby się uczyć makramy lub rzeźbienia w mydle, tak dla odskoczni i niezwariowania w edukacji domowej).

Bo mamie przydaje się i humor (coby nie oszalała), i optymizm (coby w przyszłość ufnie patrzała), i kreatywność i emaptia (wiadomo), i talent do burzy mózgów (aby się umiejętnie kłócić) tudzież do opowiadania historii (by dzieciom pogadanki edukacyjno-wychowawcze strzelać), i miłość do uczenia się (żeby się za dzieci uczyć, tfu, przepraszam – żeby się uczyć makramy lub rzeźbienia w mydle, tak dla odskoczni i niezwariowania w edukacji domowej).

Jeszcze króciutko wspomnę o dwóch testach na archetypy.

Archetypy finansowe, czyli twój stosunek do pieniędzy.

W teście u Justyny Kwiatkowskiej (Zadbana Finansowo) wyszło mi, że moje trzy podstawowe archetypy finansowe to Karmicielka, MarzycielkaKolekcjonerka. Test jest bezpłatny, Justyna organizuje też systematycznie świetne bezpłatne warsztaty (zwane też wyzwaniami), a w jej płatnej ofercie są e-booki, kurs online i programy coachingowe. Ciekawostką jest fakt, że Justyna w tym roku dołączyła do grona mam w edukacji domowej.

Archetypy marki, czyli czy jesteś władczynią, idealistką czy równą babką?

Test na archetyp marki zrobiłam u Moniki Filarowskiej, którą znalazłam przez przypadek, czyli reklamę. Zrobiłam test na archetyp marki (jestem Poszukująca, a jakże!). Później wysłuchałam jeszcze bezpłatnego szkolenia Moniki na temat tworzenia marki zgodnie ze swoim archetypem. Bardzo mi się u Moniki podoba, że po teście dostajemy (bezpłatnie!) PDF-a z opisem swojego archetypu i praktycznymi wskazówkami do zastosowania w swojej komunikacji marki.

I po co mi to wszystko?

Osobiście lubię takie „zabawy”, co zresztą testy talentów potwierdziły (miłość do uczenia się i ciekawość!). Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie spójność ich wyników. Ładnie mi się wszystko układa w jedną całość. Rozpoznaję się w tym. Sama siebie lepiej rozumiem. To już coś. Co z tym dalej zrobię? Jeszcze nie wiem na pewno. Czy będę pracować nad słabościami? Czy zastanowię się, jak jeszcze lepiej wykorzystać swoje talenty? Czy jedno i drugie?

Co o tym sądzisz? Znasz testy, o których napisałam?

PS Przypominam, że jeśli chcesz o coś zapytać, jeśli chodzi o edukację domową, to możesz umówić się na bezpłatną, piętnastominutową konsultację (telefoniczną lub online) – zapraszam!

Zapraszam Cię też w poniedziałek 8 marca 2021 roku na mój Instagram lub Facebook na Poniedziałkowe Pogaduszki o talentach:

Autor: Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Dziewiąty rok tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową i od czterech lat eksperymentuję w naszej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

7 komentarzy

    1. Cześć Marto, Enneagram zrobiłam na jakiejś dziwnej stronie, nie podobało mi się, ale zaintrygował mnie. Będę jeszcze szukać. Co mnie uderzyło to że jak w innych testach wychodzi “optymista” to w Enneagramie stoi “fantasta” 🙂 i niektóre cechy są raczej pokazane jako negatywne, ale jak mówię, nie wyczytałam się. A Ty znasz Enneagram? Może coś mi podpowiesz?

  1. Czytałam Twoje posty wcześniej i myślałam sobie, że jesteśmy podobne, ale po tym wpisie to aż muszę skomentować.
    Też rzucano w moim kierunku różne pejoratywy i dopiero po zrobieniu tych różnych testów okazało się, że jestem fajnym człowiekiem (nie uparta, tylko wytrwała; nie chodząca z głową w chmurach, tylko wulkan pomysłów; nie trzpiotka, tylko zjednująca ludzi, zabawna).
    Robimy sobie testy osobowości i śmiejemy się a czasem płaczemy z miłości do siebie.
    Uzupełniać się w małżeństwie jest wspaniale. U nas pewnie też tak jest, ale trochę inaczej. Bo wyobraź sobie dom z sześciorgiem sangwiników. W edukacji domowej. W pracy zdalnej. Na 80 metrach kwadratowych. Jeden bobas.
    Pozdrawiam serdecznie i wczytuję się dalej w bloga, bo daje mi siłę DO i dumę Z bycia homeschoolerką.

    1. Oj wyobrażam sobie! A raczej… nie wyobrażam 🙂 I trzymam za Was kciuki!
      A swoją drogą to ciekawe tak spotkać osobę podobną do siebie, no i ta świadomość swojej osobowości… Trzeba przyznać że dodaje sił, nie?
      Dziękuję Asiu za komentarz! Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.