Minimalizm mnie goni, ratunku! Zabrał mi smartfona!

Minimalizm mnie goni, ratunku! Zabrał mi smartfona!

Czy wiecie, że pamiętam czasy, gdy dzwoniło się z budki telefonicznej? Łał! Jakie to było nowoczesne, kiedy Tepsa wprowadziła karty telefoniczne zamiast monet!

A czy wiecie, że pamiętam czasy, kiedy w telewizji były tylko dwa programy (wtedy mówiło się programy na kanały, bo kanały to były pod ziemią)?

Czy możecie sobie wyobrazić, że wychowałam się w domu, w którym nie było komputera, a moim pierwszym tekstem napisanym na komputerze była praca magisterska, którą napisałam odręcznie, a na komputerze tylko przepisałam?!

Czy wyobrażacie sobie, że jestem z pokolenia, które połowę życia przewegetowała bez internetu??!!!

No i wreszcie, czy imaginujecie sobie, że właścicielką smartfona jestem dopiero od niecałych dwóch lat? (Tak sobie cichutko myślę, znając Was trochę, czytelnicy, że bardzo Was to nie dziwi, a co więcej, może nawet są wśród Was tacy, którzy smartfonów dotąd nie mają!)

Ale czy wiecie, dlaczego o tym piszę?

Ano dlatego, że wciąż nie mogę się nadziwić, jak bardzo to ustrojstwo zmieniło moje życie. Zrazu człek się cieszy: wszystko pod ręką! Dzwoni toto, zdjęcia i filmy robi, internet ma, gmaila, Instagrama, Facebooka, Bloglovin, Legimi, Nozbe, pogodynkę, budzik, nawet latarkę i lusterko (!), a do tego tyle innych praktycznych aplikacji można sobie zainstalować. W dodatku takie fajne motywy! Można siedzieć i godzinami oglądać i zmieniać i testować!

Ale coś zgrzyta. Nagle okazuje się, że nie mogę spokojnie przeczytać gazety. Bo ręka świerzbi do ustrojstwa. Nagle okazuje się, że nie mogę spokojnie iść spać. Bo co prawda mąż śpi, dzieci śpią, ciemno wszędzie i głucho wszędzie, ale… przecież mam smartfona, który sam świeci! I mogę poczytać w internecie to i owo. Tak. TO i OWO to dobre określenie.

Coś zgrzyta, bo choć to takie wygodne dla blogera mieć te wszystkie instagramy i fejsbuki pod ręką, szybko coś wrzucić, szybko odpisać, coby ruch na społecznościówkach był… nagle okazuje się, że przed chwilą zjedliśmy śniadanie, czas obiad robić, a ja? Nie wiem gdzie podział się ten czas pomiędzy!

Coś cholernie zgrzyta. Zgrzyta coś pomiędzy smartfonem a światem realnym. Zgrzyta coś, co sprawia, że świat realny zszarzał, zbladł, zmizerniał i skurczył się dziwnie. Jakby do rozmiarów ekranika (nie e-kranika!, tylko ekranika, takiego małego ekranu).

Wiem, mądrzy ludzie mówią, żeby nie dać się wciągnąć. Żeby ustalić sobie granice, blablabla….

Jasne, mądrzy ludzie mówią, żeby ustrojstwo wyłączać wieczorem, żeby wywalać większość aplikacji. Żeby nie zaczynać dnia od sprawdzania na ustrojstwie poczty i społecznościówek. Żeby instalować aplikacje, które zliczają nam czas, jaki spędzamy w internecie na różnych urządzeniach, a potem coś z tym zrobić. Ustalić te granice, na przykład. Hm. Tylko dlaczego mam dziwne wrażenie, że cokolwiek byśmy nie robili, to „cokolwiek” wciąż pożera nasz czas i energię?

Włącz – wyłącz, zainstaluj – odinstaluj, sprawdzaj – nie sprawdzaj.
A przede wszystkim – pilnuj się, żeby nie spędzać za dużo czasu w internecie!

O ileż prościej (było)by nie mieć tego wszystkiego na głowie. O tak! W kontekście nowego wspaniałego świata mediów internetowych coraz większą minimalistką pragnę zostać.

Nie musieć ogarniać stu pięćdziesięciu siedmiu kanałów komunikacji, tylko jeden. No, góra dwa. Telefon plus mejl. Ale przecież świat (nowy wspaniały, a jakże!) idzie do przodu! Trzeba nadążać!

Trzeba nadążać, ale… czasami trzeba się zatrzymać. Siła wyższa.

Początek roku 2018 zapisze się chyba w mojej pamięci po pierwsze jako obuch w głowę w postaci choroby męża i jego pobytu w szpitalu, a po drugie – jako czas postu internetowo-blogowego. I oto niesłychane rzeczy! Mój świat realny odzyskał kolory i proporcje, a ja zyskałam CZAS i SPOKÓJ.

Bo chyba nie do końca uświadamiamy sobie, że abonament telefoniczno-internetowy na ustrojstwo to pakt z diabłem. Że w zamian za rozkosze wszechwiedzy i wszechrozrywek online dostajemy permamentny NIEPOKÓJ. Dostajemy w pakiecie telefoniczno-internetowe ADHD.

A ponieważ moje zwyczajne ADHD w zupełności mi wystarczy, zdecydowałam się na podjęcie zdecydowanych kroków. Konkretnych decyzji.

Oczywiście najlepiej i najprościej byłoby pozbyć się ustrojstwa. Ale nie zrobię tego ze względu na nawigację, bez której żyć już nie umiem.

Oto co zdecydowałam: 

1. Na Facebooka będę zaglądać raz w tygodniu. Na razie ustaliłam, że będzie to piątek. Sprawdzę co w trawie, czyli na najważniejszych grupach piszczy, poinformuję moich fanów z fanpage’a co słychać na blogu i zmykam.

2. Głównym medium społecznościowym bloga uczynię Instagrama. Tam będę zaglądać kilka razy w tygodniu.

3. Tylko raz dziennie (jeszcze jakieś kilka lat temu normalny człowiek sprawdzał pocztę mejlową raz na tydzień!), przy pomocy komputera, a nie ustrojstwa, sprawdzać będę pocztę mejlową.

4. Konto na Pintereście usunę. I tak prawie nic tam nie wrzucam, a czerpanie inspiracji, których nie mam czasu wprowadzać w życie (bo straciłam go na czerpanie inspiracji…) nie ma sensu.

5. Z ustrojstwa usunę Facebooka (kiedyś już usunęłam…), gmaila, Nozbe, Evernote, a czego nie da się usunąć, pochowam najgłębiej jak się da.

6. Ustrojstwa używać będę (tylko?) do telefonowania, nawigacji, robienia notatek, zdjęć, nagrywania dzwięku oraz korzystania z kilku aplikacji: Legimi, Bloglovin’ i Instagrama. Z chęcią pozbyłabym się Messengera, ale nie wiem jak to zrobić bez usuwania konta na Fb…

7. I wiecie co? Wiecie co właśnie w tym momencie zrobiłam?! Wywaliłam z ustrojstwa wyszukiwarkę Google! Nie wierzę, że to zrobiłam! Serio. A to był tylko jeden ruch palcem. Nie bolało nic a nic.

Ekhym. Zobaczymy. I pomyśleć, że jeszcze niedawno zachwalałam aplikację Nozbe. Bo rzeczywiście fajna. Można robić projekty, zapisywać ważne sprawy, pomysły, daty, spotkania, zajęcia, a wszystko pogrupowane na kategorie. Potem można sprawdzać, ile czasu na to wszystko przewidzieliśmy, ile nam się zmieści w danym dniu i tak dalej, mówię Wam, zabawa że hej! Tylko że… tak jakby pożera czas. Poza tym tak naprawdę wolę robić listy zadań w zeszycie. To jedyne, co piszę odręcznie moim kochanym wiecznym piórem. I mam się tego pozbawiać?!

Ekhym, ekhym. Wiem doskonale, że jako bloger strzelam sobie w stopę. Że jako bloger powinnam wyskakiwać z każdej lodówki i promować się na wszystkich mediach społecznościowych. Ale wiecie co? Dojrzałam do tego, żeby mieć to w nosie. Nie ilość czytelników, ale ich jakość się liczy! O!

Nie da się ukryć. Minimalizm mnie goni i ponieważ z naszym mieszkaniem mu za bardzo nie wyszło, dopadł mojego smartfona. 

A pewne niezależne ode mnie czynniki sprawiły, że minimalizm dopadł też bloga, bo usunęłam z niego wtyczkę do Instagrama i do Bloglovin’. Po prostu się zepsuły, nie umiałam ich naprawić więc fru – poleciały! Ale to i tak nic w porównaniu z tym, że widziałam ostatnio kilka blogów, które nie mają włączonych komentarzy! To jest dopiero minimalizm!

Przed nami Wielki Tydzień.

Mam zamiar zrobić Wielki Rachunek Sumienia i popaść w Wielkie Wyciszenie. Pomimo Nieuniknionego Wielkiego Planowania I Szykowania Świątecznego.

Trzymajcie za mnie kciuki, proszę! Za mój internetowo-smartfonowy post i za to wszystko inne, co napisałam Wielkimi Literami.

A ja życzę Wam zwyczajnie, banalnie ale z całego serca:

Spokojnych i zdrowych Świąt Wielkanocnych!

 

P.s. Artykuł na ten temat chodził mi po głowie już od dawna, jednak bezpośrednim impulsem do napisania go była lektura tego artykułu Uli z bloga Pani Strzelec. I żeby nie było: nasze dzieci też nie mają smartfonów!

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.