Dlaczego dążę do minimalizmu i jaki ma to związek z edukacją domową

Dlaczego dążę do minimalizmu by Kornelia Orwat

Już wiem, skąd moje dążenie do minimalizmu. Mam ADHD.

Tak. Tabelka mówi wyraźnie – mam ADHD. Tabelka w książce o ADHD dorosłych tak mówi. I w ogóle wiele rzeczy w tej książce mi mówi. Przeczytałam i wiem. Mam. ADHD.

Ale… czy na pewno?

Zacznę od tego, że – jak napisałam kiedyś w jednym z artykułów w Magazynie Kreda – kocham minimalizm bez wzajemności. To znaczy ja go kocham, a on mnie unika.

W pewnym sensie jest to naturalne (zważywszy na prawo entropii, o którym wspominam w artykule na temat sprzątania), ale też trzeba przyznać, że dzisiejszy świat jest urządzony wyjątkowo nieminimalistycznie. Jesteśmy codziennie bombardowani taką ilością bodźców, jaką człowiek w tak zwanych „dawnych czasach” (wybaczcie brak precyzji) otrzymywał przez całe życie! Piszą o tym na przykład na portalu Focus. Jesteśmy też otoczeni nadmierną ilością przedmiotów, a niektórzy z nas, rodziców w edukacji domowej – nadmierną ilością dzieci na metr kwadratowy mieszkania. I nie idzie tu o to, że metraż jest za mały lub dzieci za dużo, lecz o to, że dzieci lubią tłoczyć się blisko rodziców. Co oczywiście samo w sobie jest urocze, rozwijające i prorodzinne, ale też i męczące. (Kiedyś mówiło się na to „słodki ciężar”).

Patrząc na kwestię dzieci szerzej, poza nasz edukacyjno-domowy grajdołek, to nie one są przyczyną przebodźcowania współczesnych obywateli tak zwanego cywilizowanego świata, o nie.

Jeśli o mnie chodzi, moje dążenie do minimalizmu wynika z potrzeby wyciszenia i spokoju, bo bez nich mam kłopoty z koncentracją.

I teraz pytanie: Czy moje rzekome ADHD jest przyczyną, czy skutkiem? Czy mam ADHD (a najprowdopodobniej ADD, czyli deficyt uwagi bez nadpobudliwości ruchowej) dlatego, że mój mózg łatwo ulega rozproszeniom, czy mam je dlatego, że tych rozproszeń jest za dużo?

Uwagę na to zwróciła mi moja przyjaciółka (och, nigdy nie mówiłam tak na moje koleżanki, ale jest w tym określeniu coś, co pozwala odróżnić zwykłą znajomość od znajomości, w której nie obawiamy się zwierzeń i rozmów na tematy osobiste) mówiąc, że to nie moja wina, że czytam po kilka książek na raz i nie mogę się zdecydować, którą kiedy czytać, i w ogóle mam manię ściągania na Legimi masy interesujących mnie tytułów z zamiarem przeczytania ich „kiedyś tam”, a potem się frustruję, że to „kiedyś tam” nigdy nie nastąpi, bo przecież tych interesujących mnie tytułów będzie coraz to więcej i więcej… A w ogóle to miałam żyć chwilą bieżącą, nie pragnąć niczego, co nie jest konieczne i ćwiczyć uważność, a nie myśleć o „kiedyś tam” i zagracać półki swojej wirtualnej biblioteczki!

Dzięki mojej przyjaciółce zrozumiałam, że to nie moja wina, że tonę w nadmiarze możliwości wyboru i gubię się w nadmiarze decyzji do podjęcia (tutaj warto przypomnieć klasyka, czyli tatę Calvina z 9. tomu komiksu Calvin i Hobbes Billa Wattersona – patrz zdjęcie).

Dzięki niej zdałam sobie sprawę, że to nie ja mam ADHD. To świat ma ADHD!

Na początku oponowałam. Ależ – mówię do niej – ta tabelka w książce, ta książka mówi mi, że mam ADHD. Ale – odpowiada mi przyjaciółka – przecież na chorobach najlepiej się zarabia.

Ach, więc to o to chodzi! Więc a jakże, wmówmy społeczeństwu, że ma ADHD, spektrum autyzmu, depresję, problemy z koncentracją, że jest wysokowrażliwe i co tam jeszcze chcecie czy macie. Wmówmy chorobę i sprzedajmy na nią lekarstwa (i poradniki). Czy nie tak to działa?

Niestety, właśnie tak to działa. Zrozumiałam.

Nie chodzi o negowanie istnienia zaburzeń i chorob, a także neuroróżnorodności, różnic osobowości i różnic w „okablowaniu” tudzież „oprogramowaniu” mózgu. Chodzi o to, żeby nie przesadzać. Nie przesadzać, czyli nie rozszerzać w nieskończoność kryteriów tych zaburzeń i chorób, gdyż doszło do tego, że – jak to się mówi – każdy z nas COŚ ma, tylko nie każdy został zdiagnozowany.

Nie przesadzać, to znaczy też nie zrzucać winy na siebie. Innymi słowy – nie leczmy siebie, leczmy świat. Jeszcze innymi słowy – dostosujmy swój świat tak, by nie wpędzał nas w zaburzenia czy choroby.

I nie chcę nikogo zachęcać do odrzucania terapii (również farmakologicznej) w przypadkach, kiedy ratuje życie. Chcę zachęcić siebie i Was do tego, żebyśmy nie dopatrywali się w sobie zaburzeń czy chorób tylko dlatego, że nie pasujemy do środowiska czy okoliczności, które nie są dla nas ani naturalne, ani zdrowe.

Przecież my, ludzie, jako gatunek, dłużej żyliśmy na sawannie, w lesie, w polu, blisko natury, niż w warunkach cywilizacji przemysłowej. Ewolucyjnie rzecz biorąc, nie przystosowaliśmy się jeszcze do życia w bezruchu, stłoczeniu i hałasie, w krajobrazie z betonu i szkła, ścigani przez dyszące smrodem mechaniczne potwory i bombardowani niesłychaną ilością informacji wizualnych i słuchowych.

Jeśli o mnie chodzi, dochodzę do wniosku, że skoro nie mogę wyprowadzić się do lasu i odciąć od cywilizacyjnego szumu, muszę nauczyć się chodzić jak najczęściej do lasu, a szum eliminować. (To drugie wychodzi mi już całkiem dobrze).

W tym miejscu miałam Wam napisać, jak dostosowałam swój smartfon tak, by nie wpędzał mnie w ADHD i nie uzależniał (tak, tak, moje uzależnienie od smartfonu jest faktem, któremu stawiam czoła i wobec którego stanęłam w prawdzie jasno jak słońce, że wyrażę się językiem komentatorów sportowych z pixarowskich Aut; faktem jest też, że smartfony – tak samo jak alkohol czy papierosy – są ZROBIONE PO TO, by uzależniały), ale przyszło mi teraz do głowy coś bardziej istotnego, o czym napiszę najpierw.

Otóż napiszę, że zabieranie dzieci ze szkoły do edukacji domowej jest właśnie wspomnianym wyżej dostosowaniem świata (czy też, jak kto woli – otoczenia) do dzieci. Do dzieci, które są przecież różne, podczas gdy warunki szkolne – jednakowe dla wszystkich.

O tym, że system szkolny jest jak walec, który wszystko chce wyrównać, choć twierdzi coś wręcz przeciwnego, napisano już wiele, ale jeśli chcecie więcej, to przychodzi mi do głowy taka oto cukiernicza (może dlatego, że piekłam ostatnio ciasta na urodziny męża) metafora.

Wyobraźmy sobie, że dzieci są… ciastem. Jedno jest sernikiem (tak, piekłam sernik, bardzo dobry), drugie torcikiem mascarpone (mascarpone, a raczej biszkopty do niego też piekłam), a trzecie – piernikiem (będę piekła na Boże Narodzenie).

Czy da się upiec te trzy różne ciasta, korzystając z jednego i tego samego przepisu? No coż. Żeby nie wiem co, to jeśli będziemy korzystać z jednego przepisu, dajmy na to – na sernik – zawsze wyjdzie nam sernik. Raz zakalec, raz puch, ale sernik.

Czy ktoś na sali lubi serniki? A czy ktoś na sali chciałby jeść TYLKO i WYŁĄCZNIE, przez całe życie, serniki?

Wracając do ADHD, które w naszej metaforze mogłoby być tortem malinowo-śmietankowo-czekoladowym z polewą macepanową i posypką orzechową (aż mi ślinka leci, co niestety może być oznaką, że to ADHD jednak mam).

I wracając do minimalizmu. ADHD może być zaburzeniem (jeśli przyjmiemy założenie, że świat jest skrojony pod ludzi spokojnych, zrównoważonych, poukładanych i niewruszonych), ale może też być typem osobowości, zbiorem cech charakteru (jeśli przyjmiemy, że świat jest skrojony pod ludzi RÓŻNYCH). Minimalizm zaś może być ratunkiem dla ludzi, którzy nie zawsze są spokojni, zrównoważeni, poukładani i niewzruszeni. Nie zawsze, czyli w warunkach premanentnego przebodźcowania i niemożliwości (nieumiejętności) ucieczki przed nim.

Na koniec jeszcze pochwalę się, jak uciekłam od przebodźcowania i uzależnienia smartfonowego.

Albo nie. Opowiem Wam o tym następnym razem. Do zobaczenia!


Wpis ten dedykuję Klaudii 🙂


Komentarze nadal (od wpisu na temat social mediów, z 30 maja 2022 roku), są wyłączone. Jeśli chcesz, możesz do mnie napisać na adres kontakt@korneliaorwat.pl

Zdjęcie: moje (Tatry Wysokie)

Zdjęcie: moje

Autor: Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od 2011 roku tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową. Lubię pisać, spacerować, szydełkować. Uczę się korekty tekstu i bycia minimalistką. Czasami śpiewam w chórze. W 2021 roku napisałam książkę „Droga w nieznane? Edukacja domowa dla początkujących”.