Jak żyć? Jak żyć bez Facebooka?

Jak żyć? Jak żyć bez Facebooka?

Wyobraź sobie, że wszystko padło. Nastąpiła ogólnoświatowa awaria internetu.

Uff! Na szczęście telefony działają! O rany, całe szczęście, że masz numer do swojej najlepszej przyjaciółki i do ukochanej krawcowej! (Ups, czy ktoś jeszcze szyje ubrania u krawcowej?!)

Ale… Ja cię kręcę! Matko jedyna! Rety kotlety! Co ja teraz zrobię! Przecież straciłam kontakt z moimi 674 znajomymi na Facebooku! A do tego, do tego wszystkiego… z 812 folołersami na Instagramie, 326 na Twitterze i 143 na Linkedinie. W dodatku skąd ja teraz wezmę inspiracje na sałatki, diety, ubrania, książki i pouczające zabawy dla dzieci, nie mówiąc o codziennym, zwykłym kopie motywacyjnym w postaci zabawnych i pobudzających do działania cytatów na Pintereście!

Jak żyć? Jak żyć, nie wiedząc, gdzie pojechał na wakacje, co dziś robi bądź myśli (!) któryś z moich 674 znajomych z Facebooka?

Jak żyć, nie wiedząc, co wrzuciło dziś na bloga piętnastu moich ulubionych blogerów?! Co napisali znajomi na wszystkich ulubionych dwunastu grupach fejsbukowych?

Ale co tam blogi i znajomi ze społecznościówek! Przecież jak nie ma internetu, to nie będę wiedziała co dzieje się na świecie! Gdzie rozbił się samolot, gdzie jakieś kolejne protesty na ulicach, gdzie jakaś aktorka pokazała za mały dekolt albo za dużą… inteligencję!

Ech… trudno. Jakoś trzeba żyć dalej.

No dobra. Spokojnie. Luz. W końcu jeszcze niespełna dwadzieścia lat temu (a miałam wtedy dwadzieścia lat!) internet dostępny był tylko niewielkiej garstce specjalistów.

Co prawda nie miałam tysiąca znajomych rozsianych po różnych portalach i grupach dyskusyjnych, a żeby dowiedzieć się co słychać w dalekim (i bliższym) świecie, musiałam włączyć telewizor (którego nie miałam ani w internacie w szkole średniej, ani w akademiku na studiach), radio bądź kupić gazetę, ale za to ile książek czytałam!

Już od dłuższego czasu marzyłam o tym (!!!), żeby usunąć konto na Facebooku. Tak, to jedno z tych marzeń, wiecie, typu gruntowne wysprzątanie mieszkania metodą Marie Kondo albo wyprowadzka w Bieszczady.

Co prawda to prawda. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale mam jeszcze wśród krewnych i znajomych królika osoby, które nie mają kont w wymienionych wyżej mediach społecznościowych i czytając moje wynurzenia zastanawiają się, WTF?! (Jeśli ktoś nie wie co to znaczy, to tym lepiej dla niego i dla mnie.)

W każdym razie ja konto na Facebooku jeszcze mam. I na Instagramie. I na Google+. Resztę już pousuwałam, o czym pisałam prawie rok temu w artykule zatytułowanym „Dlaczego (prawie) usunęłam konto na Facebooku?”.

I chociaż wiem doskonale, że idę pod prąd i że popełniam blogowe harakiri – usuwam też konto na fejsie. (Bo wiecie, z tym magicznym sprzątaniem i ucieczką w Bieszczady to nie tak hop siup.)

Usuwam też mojego fan page, o którego przez ostanie dwa lata tak dbałam. Grupę „Rok bez marnotrawstwa” zarchiwizowałam, ale nie wiem co się z nią stanie, jeśli dezaktywuję swoje konto.

Dlaczego to robię? No cóż. Przyczyna jest prosta. Kiedy zafundowałam sobie dietę informacyjną, o której pisałam ponad dwa miesiące temu, poczułam się tak lekko i beztrosko, że… no wiecie. Bez poczucia, że „muszę” zajrzeć na fejsbuka, czuję się o wiele szczęśliwsza, spokojniejsza i co najważniejsze – mam więcej czasu!

Podsumowując – obniżenie statystyk na blogu jest ceną, którą jestem skłonna zapłacić za spokój umysłu i duszy. Za odzyskanie traconego dotąd czasu. Nawet 15 minut dziennie daje nam… 5475 minut w skali roku. 5475 minut To 91 godzin. Czyli prawie cztery dni.

Takie obliczenia mogą się wydawać bezsensowne, ale ostatnio zrobiłyśmy je z Patrycją, szacując, jakie efekty mogłybyśmy osiągnąć, ćwicząc regularnie na skrzypcach, CODZIENNIE przez choćby 15 minut. No i… te 91 godzin zrobiło na nas wrażenie! 91 godzin ćwiczenia na skrzypcach!

Wracając do mojej diety informacyjnej. Zrobiłam sobie wtedy siedem postanowień. Nie wszystkie udało mi się spełnić.

Z Faceboookiem i Instagramem poszło bez problemu. Tego pierwszego odinstalowałam z telefonu i zaglądałam do niego raz na tydzień albo i rzadziej. Instagram mam nadal w telefonie, bo postanowiłam, że będzie moim głównym medium społecznościowym na potrzeby bloga. (Tak, tak, jeśli nie masz jeszcze konta na Instagramie, biegusiem zakładaj! Ups, co ja gadam, nic nie zakładaj tylko zaglądaj tutaj!)

Gorzej było z mejlem, bo nie dało się tego odinstalować ze smartfona (mam gmail, a wszystkie googlowe aplikacje są nie do odinstalowania; witajcie w świecie totalitaryzmu mediowego!), więc mnie kusiło i zaglądałam wciąż kilka razy dziennie, zamiast raz dziennie. Z Pinteresta się wypisałam, i chociaż czasem mi go brakuje, jednak zdania nie zmienię.

Evernote’a usunęłam całkiem, bo nie jest mi potrzebny. Nozbe mam nadal, bo jest mi potrzebny. Wyszukiwarkę Google przywróciłam na ekran telefonu, bo też była mi potrzebna. Zaczęłam częściej używać Legimi i Bloglovin’.

I wiecie co? Uparcie i pod prąd wierzę w moc słowa pisanego. W moc tekstów dłuższych niż notka (nazywana szpetnie postem, wpisem czy, o zgrozo! – statusem) w mediach społecznościowych. W moc tekstów nieokraszonych kolorowymi buźkami i innymi infantylnymi rysuneczkami.

I jeśli ktoś mi na Facebooku pisze, że łatwiej jest mu zajrzeć do mnie na bloga za pośrednictwem Facebooka właśnie, to jest mi tego kogoś żal. Bo osoba ta pozwala sobie na to, by to Facebook dyktował jej, co ma czytać i oglądać.

A przecież może sobie sama zdecydować. Zaglądać tam, gdzie lubi. Czekać na nowe artykuły na ulubionym blogu (wiadomo że na moim). Serio. Mam kilka takich ulubionych blogów, na które zaglądam i z niecierpliwością czekam na nowe artykuły i nie potrzebuję do tego żadnych pośredników ani informatorów!

O. A teraz lecę pisać notki i wrzucać kolorowe buźki i inne infantylne rysuneczki na Instagramie, bo przecież nie będę pisać bloga do szuflady! Gdzieś przecież muszę się promować!

Powiązane wpisy

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.