Idź do lasu. Albo na łąkę.

Idź do lasu. Albo na łąkę.

Idź do lasu. Albo na łąkę.

Tylko tyle i aż tyle.

To mówię ja, mieszczuch. Warszawianka, zakochana w swojej kanapie, książkach, smartfonie, laptopie i szydełku. Mieszczuch, który nawet mięty w doniczce nie potrafi utrzymać przy życiu. Mieszczuch, który co prawda do lasu ma jakieś pięć kilometrów, ale za to kilka pięknych parków na wyciągnięcie nóg, których to nóg nie chce mu się wyciągać. Z tej kanapy.

Ja, mieszczuch, zakochany w polskiej wsi, polach i łąkach.

Mieszczuch, który dzieciństwo spędził w Gołdapi u stóp Puszczy Rominckiej i w Janowie koło Sokółki, niedaleko Puszczy Knyszyńskiej, ale obie Puszcze znał bardziej ze słyszenia niż z widzenia, nie licząc kilku (a może kilkunastu?) wypadów na jagody i maliny, bo w lekarstwa trzeba się było na zimę zaopatrzyć.

A, i nie licząc kilku wypraw do lasu z wujkami-myśliwymi, którzy zabierali nas na robienie liściarki. Zbieraliśmy młode pędy malin, wiązaliśmy je w pęczki, które po wysuszeniu miały służyć zwierzynie jako zapasy na ciężką zimę. My, dzieci, właziłyśmy do paśników, aby je oczyścić z resztek siana pozostałych z ubiegłej zimy. Dorośli straszyli nas, że przyjdzie jakieś zwierzę i nas zje.

Potem sami zjadaliśmy pieczone na ognisku kiełbaski i inne pyszności przyniesione z domu – ach, jak to wszystko smakowało!

Nasłuchałam się wujkowych opowiadań o polowaniach na kaczki, zające, lisy, jenoty, jelenie i dziki. Podczytywałam „Łowca polskiego”, wiedziałam co to są słuchy, farba, łopaty i łoszak. Jadłam, wydłubując śrut z ciemnego mięsa, upolowane przez wujka kaczki. Widziałam, jak mama i ciocia noszą swoje kołnierze z lisów. Bałam się chodzić do piwnicy w domu wujka, bo czyhała tam na mnie wisząca na ścianie wypchana głowa dzika – potężna, czarna i straszna!

Jestem z pokolenia i środowiska, w którym przebywanie na łonie natury było czymś oczywistym.

Nikt nie wgapiał się całymi dniami w ekrany i ekraniki (i nawet nie było Facebooka!), co najwyżej w książki albo wieczorami w telewizor. Jako małe dziecko mieszkałam na wsi, później w małym mieście. Moje wspomnienia z dzieciństwa przesiąknięte są zapachem łąki i szumem wiatru w polu.

W Janowie się urodziłam. Po śmierci Taty, gdy miałam pięć lat, wróciłyśmy z Mamą do Gołdapi, jej rodzinnego miasta. Ale prawie całe wakacje spędzałam w Janowie. Pomagałyśmy z siostrą w sianokosach i przy żniwach bez kombajnów, a czasem i bez sznurka do snopowiązałki.

Idź do lasu. Albo na łąkę.

Pamiętam grabienie siana, układanie go widłami na kozłach zbitych z drągów, a potem, gdy już wyschło – przekładanie na wóz drabiniasty. Wylegiwanie się w cieniu tych kozłów z sianem. Gapienie w niebo i słuchanie śpiewu skowronków. Jazdę na wozie z sianem, gdy siedziałyśmy z siostrą wysoko aż pod niebem, a nasze serca z wrażenia wywijały koziołki. Zapach tego siana i koni – Jodły i Jarzębiny – naszych klaczy pociągowych, po których Dziadek płakał jak dziecko, gdy nadszedł ich czas.

Idź do lasu. A czemu nie na pole?

Pamiętam jak pieką nogi pokłute rżyskiem. Splatanie powrózeł ze słomy, związywanie nimi snopków zboża i ustawianie ich w kopki. Opowiadanie Babci o ręcznym ścinaniu zbóż sierpem. Dziadka ostrzącego kosę i robiącego tak zwane podkaszanie, czyli wycinanie trawy w miejscach, do których kosiarka dojść nie mogła. Spocone i spalone słońcem plecy dziadka. Zimny dotyk zsiadłego mleka kładzionego na moje własne spieczone słońcem ramiona.

Pamiętam, jak w upalne dni smakował kompot z papierówek przynoszony na pole w metalowych kankach. Zbieranie porzeczek i jabłek papierówek w przydomowym sadzie. Zapach owoców. Brzęczenie os i pszczół. Kolorowe motyle na kwiatach w ogródku.

Idź do lasu. A może na działkę?

W Gołdapi chodziłyśmy, a raczej jeździłyśmy z mamą rowerami na jagody, maliny, mirableki. Na dziko – do lasów, na pola . Mama robiła z nich przetwory na zimę. Zbierała zioła, kwiaty i owoce czarnego bzu. Zioła i kwiaty bzu suszyła, a z owoców robiła soki. Doskonałe na kaszel i inne dolegliwości.

Miałyśmy działkę. Pamiętam zbieranie kamieni (mazurskie pola są bardzo kamieniste), pielenie, podlewanie, a potem zbieranie truskawek, porzeczek, aronii, śliwek. Przez kilka lat moja mama miała plantację truskawek, żeby dorobić do skromnej pensji. Początek wakacji upływał nam wtedy pod znakiem zbiorów truskawek.

Pobudka o trzeciej, do ósmej zbieranie, potem sprzedaż na rynku, bo na rynku ceny były lepsze niż na skupie. Mama szła do pracy, a my z siostrą sprzedawałyśmy truskawki prosto z kobiałek. Dobrze nam szło. Ludzie pytali czy świeże, a my odpowiadałyśmy, że a jakże, same zbierałyśmy, od czwartej rano! Pamiętam, jak bolały nas plecy, kolana, jak byłyśmy zmęczone. Na plantację jeździłyśmy rowerami, legendarnymi składakami Wigry-3.

Idź do lasu. A co powiesz na wykopki?

Potem nadchodziła jesień. Pamiętam zbieranie stonki ziemniaczanej, pamiętam obowiązkowe wykopki szkolne i nieobowiązkowe wykopki rodzinne. Tych pierwszych nie lubiłam, a te drugie wspominam jako jedną wielką zabawę. Było ciężko, ale zawsze wesoło. I zawsze po wykopkach czekało w domu cioci pyszne jedzenie. Byliśmy głodni i zmęczeni. Wywiani wiatrem, wysmagani deszczem. Czasem zziębnięci. Mieliśmy zaróżowione policzki, bolały nas ręce i nogi, ale byliśmy szczęśliwi tym szczęściem, którego wtedy nie umiałam szczęściem nazwać.

Dopiero teraz wiem, że to było ono. Szczęście.

Bo chodzi o to, żeby poczuć. Wszystkimi zmysłami. Zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, powąchać. I zapamiętać.

Idź do lasu. Albo na łąkę.

Tylko tyle i aż tyle.

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

3 komentarze

  1. Mam bardzo podobne wspomnienia z dzieciństwa… Ech…:)

  2. Ja wychowana w Warszawie, ale lasów to w Warszawie jest od groma, czasem mam wrażenie, że miałam kontakt z przyrodą większy niż niejedno wiejskie dziecko, które do lasu miało piechotą kilkanaście kilometrów i po prostu tam nie bywało, chyba że w wakacje. A nie, bo jeździło nad morze. A ja widziałam prawdziwy las z okna swojego jedenastego piętra. I mogłam pójść tam każdego dnia. Co nie znaczy, że szłam, ale bywałam naprawdę często. Uroki Bielan. 🙂

    1. O, to fakt, Warszawa jest bardzo zielonym miastem! Mój Mąż studiował w Krakowie, i zawsze mówi, że woli Warszawę, bo jest gdzie odetchnąć. W dodatku ostatnio jeździmy nad Zegrze na żagle. No tylko gór tu brak.

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.