Jaką chcę być żoną czyli felieton nie na Dzień Matki

Jaką chcę być żoną czyli felieton nie na Dzień Matki

Zamiast felietoniku okazjonalnego, napisanego specjalnie na Dzień Matki, mam dziś felietonik napisany niespecjalnie, a tym bardziej nie na Dzień Matki.

Bo bloger też człowiek i zapomina. Zapomina, że na Różne Specjalne Dni powinien mieć specjalne felietony. Ale z drugiej strony – bloger to człowiek wolny i niezależny, więc nic nie musi i nie powinien. A, przepraszam – powienien dostarczać sobie i czytelnikom uciechy, pisząc i publikując.

No. Do rzeczy zatem, czyli do felietoniku tak trochę przypadkiem napisanego. O tym, jaką chcę być żoną.

Otóż zdarza się tak, że błahe zdarzenie prowokuje człowieka do zastanowienia się nad niebłahymi bynajmniej sprawami.

Niedawno w „naszej” – bo po sąsiedzku – księgarni katolickiej na Grochowie widziałam całe zatrzęsienie poradników (a poradniki lubię, oj lubię!) o tym, jak budować i jak ratować małżeństwo, jak zrozumieć męża, jak żonę, jak rozmawiać z mężem, jak z żoną, czego pragnie mężczyzna, czego kobieta, jakiej kobiety potrzebuje mężczyzna, a jakiego mężczyzny kobieta…

Och, zwariować można!

I już, już prawie wkładałam do koszyka jeden z poradników o tym, jakiej żony pragnie mąż, kiedy nagle zatrzymałam się (przecież miałam być minimalistką) i zastanowiłam (o tak, czasem mi się to zdarza):

Jakiej żony pragnie mój mąż? Jaką żoną chciałabym być dla niego?

Nie ulega wątpliwości, że chciałabym być dobrą żoną. Chcę, żeby mój mąż mnie lubił (!). Chcę, żeby jego mężowskość rosła w siłę, żeby czuł się ważny i doceniany. Żeby czuł się w domu dobrze.

Chciałabym być żoną uśmiechniętą, szczęśliwą.

I nie mówcie mi, że to zależy od męża, bo powinien przynosić kwiaty i tak dalej… Nie! To, czy jesteśmy uśmiechnięte, zależy tylko od nas – no dobrze, od tych kwiatów i tak dalej też, ale naprawdę duuuuuużo zależy od nas! Tak, kochane. No już, marsz na rower, albo do kina, albo na kawę z przyjaciółką! Od razu lepiej, prawda?

No więc, jaką chcę być żoną?

Chcę być żoną, która kocha nie za coś, lecz pomimo czegoś. Chciałabym nie być egoistką i nie oczekiwać, aż on mi COŚ (zrobi, pomoże, przyniesie, zapyta, pogłaszcze), tylko być altruistką i sama COŚ (zrobić, podać, pogłaskać). Bo jak ja tobie, tak ty mnie. Bo, jak mówią mądrzy ludzie (tym razem Mahatma Ghandi):

Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie.

Chciałabym nie narzekać, nie gderać, nie krzyczeć, nie poprawiać, nie krytykować, nie szukać dziury w całym ani nawet w dziurawym. Chciałabym umieć przymknąć oko na to dziurawe coś. Serio. Bo co mi da to narzekanie i tak dalej?

Nic. To znaczy, wróć… To mi da tylko tyle, że będę gderliwą i antypatyczną babą!

No właśnie. Czy potrzebowałam książki, żeby to wszystko wiedzieć?

Nie potrzebowałam.

No bo czego pragnie mężczyzna? Mężczyzna pragnie czuć się mężczyzną, i pragnie, aby jego kobieta w nim tego mężczyznę widziała. By doceniała jego starania!

Ze staraniami, wiadomo, różnie bywa. W każdym razie nie zawsze tak jak byśmy chciały, no bo owszem, chodzi do pracy i zarabia, ale w domu to już nie pomoże tak jak byśmy chciały, a chciałybyśmy żeby robił wszystko to co my i w dodatku tak dobrze jak my. No, słowem – chciałybyśmy żeby był skrzyżowaniem nadzianego Supermena z Adonisem, Adamem Słodowym (jak nie wiecie, młode czytelniczki, kto zacz, to spytajcie wujaszka Gugla), Perfekcyjną Panią Domu i Super Nianią na dodatek. Ale przecież on nie jest skrzyżowaniem tego nadzianego Supermena z Super Nianią! No nie może być!

Czego jeszcze pragnie mężczyzna? Mężczyzna pragnie też mieć święty spokój. (Prawda, panowie?) Mężczyzna chce mieć swój własny kawałek podłogi, swój mały świat. Swój fotel i laptop. Swoją książkę i gazetę. Swoje tajemnice. (Prawda, panowie?)

Ale wiecie co? Ja też tego chcę!

Jaką zatem chcę być żoną?

Chcę być taką żoną, jaką chciałabym mieć sama, gdybym była mężczyzną. Proste? Proste. I nie potrzebuję kupować kolejnego poradnika, żeby to wiedzieć.

Ale zaprawdę powiadam Wam – bez Pana Boga, medytacji z szydełkiem w ręku, a czasem i bez dzikiej awantury – nie razbieriosz.

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

4 komentarze

  1. Mądre to słowa! Podpisuję się pod nimi dwoma rękami! Czytam Twojego bloga od baaardzo dawna, ale dopiero teraz odważyłam się ujawnić. Pozdrawiam serdecznie!

    1. Miło że się ujawniłaś! Dziękuję i pozdrawiam 🙂

  2. Ooo jeśli mieszkasz nieopodal tej księgarni… to jesteśmy sasiadkami 😀 wiem, że ten komentarz nic nie wnosi, bo na Grochowie mieszkają tysiące ludzi 😉

    1. Och, wnosi wnosi! Miło mieć czytelniczkę sąsiadkę. No bo dla mnie Grochów to jak moje małe miasteczko, tak lubię o nim myśleć.
      Jak mnie rozpoznasz na ulicy albo w kościele to daj znać że to ty!
      Pozdrawiam!

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.