Dziesięć mitów o edukacji domowej

Dziesięć mitów o edukacji domowej

No i mam. Artykuł o chwytliwym, tabloidowym tytule „Dziesięć mitów o edukacji domowej”!

(Pierwsze trzy to nie tyle mity, co pomyłki.)

1. Edukacja domowa to tak zwane indywidualne nauczanie.

Otóż nie. Już wyjaśniam dlaczego.

Edukacja domowa to spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą. Odpowiedzialność za zaliczenie danego etapu edukacyjnego („klasy”) spoczywa na rodzicach (a tak naprawdę – na uczniu!). To rodzice (i sami uczniowie) organizują sobie naukę, ewentualnie nauczycieli czy korepetytorów. Najczęściej ponoszą też koszty z tym związane. Czasem, jeśli rodzice zorganizują się w większe grupy, szkoła im te koszty może, ale nie musi refundować.

Natomiast nauczanie indywidualne polega w uproszczeniu na tym, że uczeń ma „z urzędu” przydzielonych nauczycieli, którzy przychodzą do niego do domu i realizują program nauczania. I to szkoła ma obowiązek tych nauczycieli zorganizować i opłacić.

2. Subwencję oświatową na edukację domową otrzymują rodzice.

Ha! Wielu rodziców życzyłoby sobie takiego rozwiązania. Przecież to oni ponoszą większość kosztów związanych z edukacją dzieci. Jednak subwencję (niższą niż dla dzieci chodzących do szkół) otrzymują szkoły i prawda jest taka, że szkoły też jej potrzebują. Bo organizują coroczne egzaminy i w różnoraki sposób wspierają rodziny w edukacji domowej.

3. Na edukację domową decydują się rodzice dzieci z dysfunkcjami czy chorobami.

No tak. To też. Ale nam chodziło o…

…Na edukację domową decydują się rodzice, którzy chcą dla swoich dzieci (i dla siebie) wolności edukacyjnej. Chcą edukacji elastycznej, zindywidualizowanej. A co do dysfunkcji i chorób – podobno wszyscy jesteśmy na coś chorzy, tylko nie wszyscy zostaliśmy zdiagnozowani.

4. Edukacja domowa to coś, co robią ludzie z sekt.

Tak. Dobrze widzicie. Słyszałam takie pytania. „Czy oni należą do jakiejś sekty, że są w edukacji domowej?” Hmm. Przecież wiadomo, że normalny, porządny katolik posyła dzieci do szkoły, prawda? A tu niespodzianka! A kuku! Okazuje się, że normalny, porządny katolik nie posyła dzieci do szkoły. Tak jak i normalny, porządny nie-katolik.

Nie wdając się w szczegóły – edukacja domowa to coś, co robią różni ludzie. I z sekt, i nie z sekt. Łączy ich tylko jedno. Nie posyłają dzieci do szkoły. Po prostu.

5. Edukacja domowa to coś, co robią ortodoksyjni katolicy. Albo jeszcze bardziej ortodoksyjni protestanci.

OK (wdech-wydech). Patrz punkt czwarty.

6. Edukacja domowa polega na tym, że mama dzieciom robi lekcje na wzór tych szkolnych.

Z tablicą, kredą, dzwonkami, ocenami (ciekawe czy i jak ona dziennik prowadzi? I czy sprawdza obecność?). Jak za dawnych lat, w średniowieczu, znaczy się.

Otóż nie, moi drodzy. Mama w edukacji domowej nie uczy dzieci o, dajmy na to, porach roku. Czy o ułamkach. Mama w edukacji domowej nawet nie ma tablicy ani kredy! Ale ma za to bogatą bliblioteczkę i komputer z dostępem do internetu, a przede wszystkim – czas. Czas na rozmowy, dyskusje, kłótnie, tłumaczenia, opowieści. Czas na spacery, wycieczki. Czas na wspólne gotowanie.

Już słyszę Wasze, mam w edukacji domowej, głosy, że przecież nie macie czasu! Macie, macie, tylko oddajecie go prawie całkowicie dzieciom i domowi…

Ok. To powyżej to u nas. U nas tak jest. W rzeczywstości owszem, są rodziny, w których mamy (tatusiowie, babcie, wujkowie) uczą dzieci i robią im nawet coś na wzór lekcji. Pisałam o tym, że są różne style edukacji domowej – niektóre bardziej „szkolne”, inne całkiem „nieszkolne”. I tak jest dobrze.

7. Dzieci w edukacji domowej siedzą całe dnie w domu i nie mają żadnych kolegów.

Co do siedzenia w domu… zastanawiam się co, tak a priori, miałoby być w tym niestosownego? W końcu dom ma się po to, by w nim mieszkać, czyli „siedzieć”. I główną zaletą edukacji domowej jest właśnie to, że możemy w tym domu mieszkać! W przeciwieństwie do większości społeczeństwa, które w domach tylko nocują. Z wyjątkiem tej jego (społeczeństwa) części, która w domach pracuje, czyli… „siedzi”!

Zresztą, o rzekomym siedzeniu w domu w edukacji domowej pisałam przy innej okazji (Minimalizm w edukacji domowej).

Co do kolegów. Nastolatek z edukacji domowej na pytanie o kolegów ze szkoły muzycznej odpowiada, że to nie są jego koledzy, tylko znajomi. Przecież on ma tylko z nimi zajęcia w szkole muzycznej. Nastolatek z kolegami spotyka się po to, by pograć w gry planszowe, a nawet pobawić się. I nie muszą to być jego koledzy ze szkoły muzycznej. Skąd ich ma? Z edukacji domowej! (I z podwórka, jak za dawnych lat!) Zresztą, o tym też pisałam – w jednym z artykułów poradnika o edukacji domowej dla początkujących.

8. Dzieci z edukacji domowej są nieśmiałe.

Taaaak??? A słyszeliście o tym, że dzieci ze szkół też bywają nieśmiałe? A może obiło się Wam o uszy, że zdarzają się nieśmiali dorośli?
Aha! Twierdzicie, że edukacja domowa potęguje nieśmiałość? Poproszę w takim razie o badania i dowody.

Środowiska, w jakich wychowują się dzieci w edukacji domowej są tak zróżnicowane (jedynacy z bardzo urozmaiconym planem zajęć poza domem i dużą grupą znajomych, „odizolowane”, mieszkające na wsi rodziny wielodzietne i mnóstwo, mnóstwo innych konfiguracji rodzinno-społecznych), że żadne uogólnianie nie wchodzi tutaj w grę. Żadne badania nie byłyby wiarygodne.

9. Dzieci w edukacji domowej nie będą nic umiały, bo i kto ich nauczy?

Jak to kto? Same się nauczą! – link

10. Edukację domową robi się z lenistwa. Żeby nie trzeba było wstawać rano, spieszyć się do szkoły, odrabiać lekcji, chodzić na wywiadówki.

Cóż. W tym akurat jest sporo prawdy. Matka, która ma „na stanie” niemowlaka, dwulatka, czterolatka i siedmiolatka, a której nie chce się codziennie rano prowadzać do szkoły tegoż siedmiolatka (z „ogonem” w postaci pozostałego przychówku), to rzeczywiście godny pożałowania leń.

Ja osobiście w pewnym momencie życia prowadzałam do szkoły sześciolatka, a na stanie miałam tylko trzylatka i… brzuszek. Brzuszek powodował mdłości i wymioty przez okrągłe osiem miesięcy. Plus anemię. Oj, jak się wtedy leniłam!

Ponadto, ach, nie mogę tego nie napisać! Chodzenie w piżamie do południa jest jednym z przywilejów bycia w edukacji domowej. Ale za żadne skarby nie nazwałabym tego lenistwem. Nazwałabym to chodzeniem w piżamie do południa. Nie doszukujmy się tutaj drugiego czy trzeciego dna.

Voila!

Inspiracją do napisania tego felietonu był dla mnie zabawny filmik grupy Messy Mondays, zatytułowany „Seven lies about homeschoolers”.

To co? Robimy felieton zatytułowany „1o kolejnych mitów o edukacji domowej”? Macie jakieś propozycje?

Powiązane wpisy

5 komentarzy

  1. Fajny tekst 🙂

    1. Dziękuję!

  2. Uwielbiam Twoje teksty o edukacji domowej (i nie tylko 😉
    Jasne, że „robimy” drugi felieton 😉
    Chcesz pomysły, tzn. mity? Proszę:
    1) Dzieci w ED niczego nie muszą.
    2) Co najmniej jeden rodzic w ED musi „poświęcić się” i rzucić pracę zawodową.
    3) Dzieci ED nie umieją współdziałać z innymi, nie będą się nadawały w przyszłości do żądnej pracy zespołowej.
    4) Rodzice w ED muszą mieć wykształcenie pedagogiczne.
    5) Rodziny w ED czują się lepsze od rodzin spoza ED.
    cdn.? 😉

    1. Errata: W punkcie 3 miało być „żadnej” 😉

      1. Bubo! O! Jak dużo propozycji! Fajnie 🙂 Już mnie swędzi pióro, a raczej klawiatura 🙂

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.