obowiązki domowe

Obowiązki, obowiązki! Obowiązki… Obowiązki?

Tekst traktujący o tym, jak sobie radzimy z podziałem obowiązków domowych obiecałam jednej z czytelniczek jeszcze przed Świętami.

Szczerze mówiąc, zabierałam się do niego jak do jeża, bo nie jest łatwo napisać publicznie o tym, jak codziennie wydzieram się na dzieci.

Mogę nie pisać, że wydzieram się na dzieci. Przecież nie muszę. Mogę napisać, jaki ładny mamy grafik obowiązków i przyklejamy sobie na nim naklejki, i rysujemy serduszka oraz uśmiechnięte buźki.

Ale o grafikach i serduszkach nie napiszę. Bo po pierwsze, nasze dzieci to właściwie już nie dzieci, tylko w męskiej większości nastolatki, a po drugie – mam awersję do wszelkich grafików obowiązków.

(Na marginesie muszę przyznać, że jest tutaj wyjątek. Żagle. Na żaglach grafiki obowiązków sprawdzają się fajnie. Może dlatego, że to nie ja je układam i egzekwuję? I że są trzy obowiązki na krzyż?)

Grafiki obowiązków? Hehe. Hm. Aaaa!

Grafiki w naszym domu mają to do siebie, że szybko wtapiają się w tło. No nie wiem. Jakoś tak umieją się maskować. Mimetyzm uprawiają czy coś.

Poza tym jestem osobą, która nie ma absolutnie talentu do bycia sierżantem, który głośno i stanowczo, tonem nie znoszącym sprzeciwu oraz nie dającym się niesłyszeć (nie uprawiającym mimetyzmu, innymi słowy) wydaje rozporządzenia, a następnie je egzekwuje. Ja jestem osobą, która prosi, błaga, namawia, a w końcu – jak nie ryknie! Albo w wersji depresyjno-jesiennej – jak nie ryknie płaczem!

Wesolutko, nie?

No cóż. Jestem zwyczajną kobietą (chociaż słynną blogerką). Delikatną, łagodną, która czasem lubi sobie popłakać, a czasem jednakowoż i ryknąć na dzieci.

Ale zdaje się, że odbiegłam nieco od tematu. Miało być o obowiązkach domowych, a nie o przemocy domowej.

Choć mogłoby być i o pomocy domowej. Ech… ależ tak, właśnie że będzie! Otóż jeśli tylko możecie sobie na to pozwolić – nie wahajcie się i bierzcie tę pomoc domową! To naprawdę dobrze robi nam, zabieganym kobietom – mamom w edukacji domowej, jeśli ktoś tę szkołę domową od czasu do czasu za nas poprząta. Ja miałam kilka okresów w życiu, gdy dzieci były malutkie, kiedy korzystałam z takiej pomocy i mimo pewnych niedogodnień (nie mówię tu o finansach) – ratowało to moje morale bardzo, bardzo!

Teraz dzieci są duże i mam taki plan, który wdrażam od wielu lat, żeby nauczyć je wykonywać różne prace w domu. To jest oczywiście plan wieloletni. Bardzo, bardzo wieloletni. Sami rozumiecie.

Za moim planem stoi, między innymi (oprócz samodzielności, niezależności i niedwieleworęczności) taka oto motywacja. Mianowicie nie chcę, żeby moje przyszłe synowe miały mi za złe, że NIE NAUCZYŁAM synusiów tego i owego. Nie wspominając o zięciuniu. Że też może mi mieć za złe.

Często wątpię w sukces mojego planu. Czasem się poddaję. A potem na nowo podejmuję wyzwanie. Never give up, jak mówi stare przysłowie pszczół. (Swoją drogą, gdyby ktoś mitycznemu Syzyfowi przedstawił to przysłowie jako mądrość, to chyba dostałby między oczy!)

Ale zanim przedstawię Wam nasze studium przypadku, czyli jak realizuję mój plan nauczenia synusiów i córeczki tego i owego, co się robi w domu, przedstawię kilka tak zwanych dobrych (bo rady zawsze są dobre, nieprawdaż?) rad.

10 złotych rad dla mamy (taty) w kwestii obowiązków i dziecięco-nastoletniego w nich udziału.

Jak to u mnie, rady są pod hasłem: nie rób tak jak ja, czyli:

1. Proś o pomoc. Proś po imieniu. Proś do skutku. Stanowczo. Nie błagaj, ale i nie krzycz. I co ważne: konkretnie wskazuj kto i co ma zrobić.

Możesz powiedzieć, jaki efekt chcesz uzyskać. Na przykład pusty stół. Napełniona zmywarka. Czysta umywalka. Wiadomo, że celu nie uzyskasz, a przynajmniej nie od razu, jeśli o nim nie przypomnisz, nie zwizualizujesz go w głowach dzieci kilkanaście razy, zanim załapią. Ale pamiętaj: Kropla drąży skałę.

2. Nie za dużo na raz. Proś o jedną rzecz na raz.

Nie mów: „Cyryl, idź przynieś mi z łazienki tę niebieską szmatkę i taki płyn w żółtej butelce, po drodze podlej kwiatki w sypialni i zobacz dlaczego Patrycja płacze, a i jeszcze odsłoń rolety w pokoju dzieci.”

Cyryl usłyszy tylko: „Idź”. I pójdzie. I tyle go widziałaś.

3. Powstrzymaj się od zrobienia samej.

Wiem, wiem, korci cię, żeby umyć ten zasyfiony blat w kuchni, zamiast prosić syna i udzielać mu instrukcji, jak ma to zrobić. Bo bardziej zmęczysz się proszeniem i tłumaczeniem i patrzeniem, jak to nieporadnie robi, niż gdybyś sama to zrobiła. Ale robienie samej to droga do przepaści. Do przepaści samotnego sprzątania po całej rodzinie. O nie! Nie idź tą drogą!

4. Powstrzymaj się od poprawiania po dziecku.

Dziecko zaklina się, że poodkurzało, a ty widzisz walające się po podłodze zabawki, ciuchy i buty, te same co przed „odkurzaniem”, więc słusznie podejrzewasz, że… no wiadomo.

Ale powstrzymaj swe zapędy i nie poprawiaj. Zapytaj tylko: „Czy jesteś pewien kochanie, że odkurzyłeś DOKŁADNIE swój pokój?”, potem: „Czy odkurzyłeś też pod łóżkami?”, następnie: „A za drzwiami?”, i jeszcze: „A pod biurkiem?” i jeszcze: „A przy szafie?” Po otrzymaniu odpowiedzi przeczących lub brzmiących: „Ojejku! Zapomniałem!” możesz powiedzieć łagodnym (pamiętaj, że do dzieci należy mówić tylko spokojnie i łagodnie) i miłym głosem: „A. No to odkurz.”

5. Wyznacz każdemu dziecku po jednym, dwa lub trzy, w zależności od wieku) stałe obowiązki.

Mówiąc „stałe” mam na myśli nawet kilka miesięcy. Ale może to być też tydzień, a potem zmiana i zamiana. Jak wam wygodniej. Zapiszcie ten zestaw obowiązków w kalendarzu, w planie zajęć, na lodówce, w komórce, gdziekolwiek. Albo niech dzieci wykują go na pamięć. A co! „Zakupy, zmywarka, śmieci” – to nie tak trudno zapamiętać, prawda? Albo „ZZŚ” albo „ŚZZ” – skróty też są mile widziane. Dzieci lubią takie zabawy. Potem wystarczy że powiesz z tajemniczą miną: „Sergiusz, ZZŚ!” i wszystko jasne.

6. Chwal. Doceniaj.

Mów, jak się cieszysz, kiedy Ci pomagają. Jaka jesteś dumna, że są samodzielni. Zwróć ich uwagę na to, jak to miło, kiedy jest czysto. Zrób zdjęcie „przed” i „po”. Czy widzą różnicę? Pobawcie się w „Znajdź 238 różnic”.

Aha, zdjęcie „po” może przydać ci się do wizualizacji wspomnianej w punkcie 1.

7. Nie przejmuj się.

Tym, że w domu jest brudniej niż byś chciała. Tym, że nie jest jak na zdjęciach w czasopismach o urządzaniu wnętrz. Że dzieci nie słuchają. Że zapominają o swoich stałych obowiązkach. Że nie przeszkadza im bałagan i przeskakiwanie przez stosy butów i plecaków w przedpokoju.

Nie przejmuj się, że nie robią wszystkiego TAK DOBRZE, jak ty. Ok. Wdech, wydech.

8. Właśnie. Wdech, wydech.

Zrób sobie kawkę, weź robótkę szydełkową albo książkę, posadź swoją szanowną zgrabną pupę na fotel i posiedź. I nie rozglądaj się po domu. Nie zapalaj wszystkich świateł, ewentualnie. Jeszcze drugie ewentualnie – nie zakładaj okularów. Nie zwracaj uwagi na dzieci. Niech robią, co robiły sobie cichutko (daj Boże że to nie jest sprawdzanie jak dużo/długo pasty mieści się w tubce pasty do zębów). Poźniej. Mañana. Takie ładne hiszpańskie słowo. Ach!

9. Pamiętaj o entropii.

Jak już siedzisz z tą kawką, zastanów się, ILE swego czasu chcesz poświęcić na wtaczanie do góry tego głazu, który i tak spadnie. Zrób sobie dzień bez wtaczania. Wykorzystaj go jakoś miło. Zrób coś, o czym od dawna marzysz, ale wciąż nie masz czasu, bo trzeba wtaczać i wtaczać.

10. Zastanów się, dlaczego chcesz, by dzieci ci pomagały.

Czy dlatego, żeby ci było łatwiej? Czy żeby brały odpowiedzialność za wspólne gospodarstwo? Żeby nauczyły się TO wszystko robić? Były bardziej samodzielne?

Inaczej podchodzimy do wdrażania dzieci w obowiązki domowe, jeśli chcemy, żeby nam po prostu pomogły (wtedy jest to raczej coś w rodzaju przynieś-podaj-pozamiataj), a inaczej, gdy chcemy, by nauczyły się samodzielności (wtedy jest to raczej: – Dzisiaj mam dla Was do zrobienia to, to i to. Zastanówcie się, kto co zrobi, zróbcie rozpiskę „kto-co”, a potem zaplanujcie kiedy to zrobicie i trzymajcie się planu.).

A teraz – studium przypadku. Naszego. Aktualnego. 

A nie. Przepraszam. Studium przypadku będzie następnym razem. W rytmie slow life. Za dwa tygodnie. Bo za tydzień ruszamy z kolejną edycją Wyzwania Rok Bez Marnotrawstwa, tadam!

A jeśli ciekawi Was, jak radziliśmy sobie z tematem obowiązków domowych dawniej, zapraszam tutaj, do tekstu z roku 2015tu, też do tekstu z roku…2015. O rety, przez ponad trzy lata o tym nie pisałam!

5 komentarzy

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *