Dylematy mamy: dzieci i dom versus praca zawodowa

Dylematy mamy by Kornelia Orwat

Dzisiaj chcę napisać trochę na temat dylematów, jakie mamy my, mamy.

Wpis ten będzie odpowiedzią na mejla, którego dostałam od czytelniczki.

Trochę się chichram – choć temat poważny – bo czuję się jak redaktorka rubryki pod tytułem „Czytelniczki piszą, Kornelia odpowiada”. Całkiem fajne uczucie.

🧡🍀🧡🍀🧡

Ale do rzeczy.


Napisała do mnie Karolina, młoda mama w edukacji domowej:

Jeśli chodzi o moje doświadczenie, to mam dwie takie duże bolączki (związane również z edukacją domową, choć nie tylko):
1. Dylemat: dom – praca. Czy angażując się mocniej w pracę zawodową jestem złą mamą i odwrotnie: czy rezygnując czasowo z pracy jestem człowiekiem nieciekawym i bez ambicji? 😉
Przerabiałam już te dylematy na różnych etapach życia syna i nadal nie znajduję satysfakcjonującej odpowiedzi i jestem rozdarta.
Teoretycznie odpowiedź na obydwa pytania brzmi: nie. Jednak ciężko to sobie czasem przetłumaczyć, a też naprawdę ciężko w praktyce łączyć ambitną aktywność zawodową, organizację życia rodzinnego i edukację domową. Na pewno nie muszę Ci tego tłumaczyć 😉
Dylemat 2. Krzywdzące opinie/oceny innych. Różne niemiłe komentarze osób postronnych zawsze mnie osłabiają, sprawiają, że sama przez chwilę poddaję w wątpliwość sens takiej czy innej decyzji. Oczywiście tłumaczę sobie, że takie negatywne komentarze więcej mówią o komentującym niż o mnie. Ale na poziomie emocjonalnym jeszcze do końca tego nie przepracowałam i chyba gdzieś naiwnie chciałabym, żeby wszyscy rozumieli i aprobowali moje wybory. Oczywiście jest to myślenie utopijne.
Wiem, że takie tematy poruszałaś w książce i na blogu, ale może jeszcze miałabyś ochotę się jakoś do tego odnieść w wolnej chwili, podzielić swoim doświadczeniem.


Jak pewnie same widzicie, te dylematy, o których pisze Karolina, brzmią aż nadto znajomo. Na blogu wybrzmiewały często nawet nie wprost, tylko gdzieś między wierszami, bo wpisują się w wiele innych tematów, takich jak wypalenie zawodowe, dbanie o siebie, rozprawianie się z mitami na temat edukacji domowej… Przejrzyjcie sobie choćby moje wpisy pod tagiem „macierzyństwo”.

Ale… kurczę, dylemat „dom – praca” to temat rzeka! To dylemat nie do rozwiązania!

Pozwólcie, że na początek coś wam zacytuję:

Z uwagi na to, że kobiety w większym stopniu biorą na swoje barki odpowiedzialność za opiekowanie się rodziną, odczuwają olbrzymi ból w sytuacjach, gdy odnoszą wrażenie, że w jakimś sensie opuściły swoje dzieci.

Shefali Tsabary „Radykalne przebudzenie do autentycznego życia”

No właśnie. Już jakiś czas temu odkryłam, że wyrzuty sumienia są nieodłącznym elementem macierzyństwa. Czyli: pracuję zawodowo (realizuję swoje pasje, odpoczywam, spotykam się z przyjaciółką, jadę na wczasy dla dwojga albo w pojedynkę, gotuję obiad… wpisz cokolwiek) zamiast zajmować się dziećmi, więc jestem złą matką.

Z drugiej strony, mam wyrzuty sumienia związane z tym, że jestem co prawda dobrą matką, bo zajmuję się dziećmi, ale rezygnując z pracy zawodowej, staję się osobą bez ambicji, bez pasji, no po prostu kurą domową, która nie interesuje się niczym poza wychowaniem dzieci i gotowaniem, a w wolnych chwilach ogląda brazylijskie seriale-tasiemce albo siedzi na Tik-Toku.

Ale zobaczcie. Czy to musi być zerojedynkowe?

Już nie mówię o tym, że mama na cały etat nie musi, a nawet nie powinna być ograniczona i zaniedbana intelektualnie. Mówię o tym, że praca zawodowa czy realizowanie swoich pasji, dbanie o siebie (przy czym praca zawodowa też może być elementem realizowania swoich pasji i dbania o siebie) też wpisuje się w bycie dobrą matką!

Owszem, gdy pracujemy zawodowo, mamy mniej czasu na zajmowanie się dziećmi, ale jeśli nie przekroczymy pewnych granic (uważajcie na nie, bo bardzo łatwo się zacierają, nikną, bledną), to nasze dzieci wcale nie muszą na tym ucierpieć! Wręcz przeciwnie: uczą się większej samodzielności, mogą czerpać z naszych zainteresowań zawodowych wiedzę i inspirację, a także uczą się, że bycie kobietą nie oznacza tylko służenia innym. Nie oznacza stuprocentowego poświęcenia się i rezygnowania z siebie, z pielęgnowania swoich zainteresowań i zaspokajania swoich potrzeb. Przecież – jak dobrze wiecie – nasze zbiorniki na paliwo nie napełniają się w czarodziejski sposób, same z siebie. Musimy je napełnić same, z naciskiem na słowo „same”! Nie czekać, aż ktoś, coś nam je napełni.

W książce (nawiasem mówiąc, okropnie feministycznej, ale jakże dla mnie, konserwatystki, odświeżającej i jednak odkrywczej), której fragment zacytowałam, autorka pisze, że my, kobiety – a ja sądzę, że niekoniecznie tylko kobiety – jesteśmy od maleńkości programowane na zaspokajanie cudzych potrzeb. Na bycie grzeczną, miłą, „dobrą”. Że jesteśmy tym samym uczone, że aby zasłużyć na miłość i akceptację (początkowo tę rodzicielską, a potem – innych ludzi), musimy spełniać cudze oczekiwania i zaspokajać cudze potrzeby (i znów: początkowo te rodzicielskie, a potem – innych ludzi).

No właśnie. Ja – konserwatystka – myślę, że to dobrze, że tak jesteśmy programowane, bo tym samym natura zadbała o to, by nasze potomstwo bezpiecznie dotrwało do dorosłości: w poczuciu bezpieczeństwa, również tego wyznaczanego przez rytuały i zwyczaje, tradycje (Shefali Tsabary uważa, że bywają opresyjne). Natomiast ja – feministka – sądzę, że dobrze też, abyśmy wyzwoliły się z poczucia obowiązku zaspokajania potrzeb wszystkich dookoła (wystarczy że zaspokoimy te niezbędne – naszych dzieci). Że na akceptację i miłość nie musimy zasługiwać byciem „grzeczną”. Że mamy prawo do bycia sobą i zaspokajania swoich potrzeb bez wyrzutów sumienia!

I piszę to ja, która za każdym razem, gdy planuje samotny wyjazd na podratowanie zdrowia psychicznego (niezbędny w sytuacji mamy w edukacji domowej, dostępnej dla dzieci 24/7, przez ileś tam lat!), ma WYRZUTY SUMIENIA, ma poczucie, że może NIE POWINNA, że może JEST EGOISTKĄ, bo przecież zostawia te biedne dzieci na pastwę ojca i zasyfionej kuchni, której przecież sami nie umieją domyć (!?). Innymi słowy, jak pisze Shefali Tsabary, wciąż żyjemy w poczuciu, że NIE ZASŁUGUJEMY! Na miłość, akceptację, pochwałę, odpoczynek, czas dla siebie, realizację swoich pragnień… (wykreśl sobie z tego, co chcesz albo dopisz coś innego).

Muszę przyznać, że było to dla mnie dość wstrząsające odkrycie, ale to prawda. W wielu sytuacjach mam poczucie, że NIE ZASŁUGUJĘ. (I naprawdę, uwierzcie mi – zupełnie nie wiem, skąd mi się to bierze!)

Dlatego mówię ci, czytelniczko, mamo w edukacji domowej czy po prostu mamo: ZASŁUGUJESZ. Zasługujesz na to, by odpoczywać, by zająć się sobą, by realizować się zawodowo bez wyrzutów sumienia.

Ale. Z drugiej strony. Jeśli chodzi o dylemat „dom – praca”. Czy na pewno wiesz, czego chcesz?

Powtórzę: czy na pewno wiesz, czego chcesz? Czego chcesz naprawdę? „Pracy” czy „domu”?

Czy nie uciekasz przed czymś?

Czy nie uciekasz w pracę z lęku, że sobie nie poradzisz jako mama?
Czy praca zawodowa – może z przyzwyczajenia? – nie jest dla ciebie po prostu łatwiejsza?
Czy praca nie jest dla ciebie czymś, co utwierdza cię w poczuciu własnej wartości bardziej, niż bycie mamą na cały etat?

Bo jeśli mamy wdrukowane, że będąc mamą na cały etat pozbawione jesteśmy ambicji, własnych zainteresowań i stajemy się nudne jak ten wspomniany wyżej brazylijski tasiemiec, to oczywistym staje się, że będzie nas ciągnęło do pracy zawodowej. No bo w ten sposób podratujemy swoje poczucie wartości. Wbijemy się w szpilki, makijaż i fajne ciuchy, pójdziemy „do ludzi” i będziemy rozdawać swoją wiedzę i umiejętności, swoją uwagę i obecność… obcym ludziom.

Ale zaraz, zaraz… Dlaczego nie miałybyśmy rozdawać tego własnym dzieciom? Czy to jest mniej wartościowe? Czy to sprawia, że MY jesteśmy mniej wartościowe?

Moja koleżanka blogerka, Pani Strzelec, często pisze, że oddawanie swoich dzieci pod opiekę innym ludziom jest jak oddawanie swojego męża pod opiekę innym „paniom” (nie muszę chyba tłumaczyć kontekstu). To porównanie jest kontrowersyjne, ale jakże dające do myślenia!

Wracam do tematu. Dylemat dom – praca. Nierozwiązywalny. A może jednak spróbujemy?

Spróbujmy analizy:

Jakie mamy możliwości?

  1. Jestem mamą. Nie pracuję zawodowo. Zajmuję się domem, dziećmi, edukacją domową.
  2. Jestem mamą. Pracuję zawodowo. Ale też… zajmuję się domem, dziećmi, edukacją domową.

Nie wiem jak Wam, ale mi odruchowo nasuwa się trzecia opcja, czyli coś pomiędzy opcjami pierwszą a drugą, czyli to słynne „godzenie pracy zawodowej z opieką nad dziećmi”, ale zobaczcie: To jest przecież wypisz wymaluj opcja druga! Bo prawda jest taka, że dla kobiety – matki, nie ma „czystej” opcji drugiej, czyli „tylko i wyłącznie praca zawodowa” – chyba, że odda dzieci do sierocińca albo do placówki z internatem, czyli też do sierocińca.

(Muszę tu wspomnieć, że od 14 roku życia mieszkałam w szkole z internatem i nie czułam się osierocona, więc mówiąc o dzieciach, mam na myśli dzieci, a nie nastolatki, ale granica jest też dość niewyraźna, musicie więc mieć dobre „okulary”.)

My, kobiety, które nie chcą podrzucać swoich dzieci do sierocińca, mamy zatem do wyboru tylko dwie opcje: „dom”, albo „praca i dom”. I problem leży tylko w tym, jak w tej drugiej opcji nie oszaleć. (Swoją drogą, w pierwszej też można oszaleć i wtedy ta druga staje się ratunkiem – same widzicie, jakie to niezerojedynkowe!)

Jak zachować tę słynną, mityczną równowagę, którą wszyscy zachwalają, a której prawie nikt nie widział?

Tutaj przychodzą nam trochę z pomocą Gary Keller i Jay Papasan, autorzy książki „Jedna rzecz”, . Chodzi o to, żeby robić jedną rzecz naraz. O ile się nie mylę (bo czytałam ją już dość dawno, i może pomyliłam z „Esencjalistą” Grega McKeowna, którego też polecam), piszą oni, że nie do końca chodzi o to, żeby równowagę między „domem” a „pracą” zachować w wymiarze codziennym (typu: codziennie pracuję cztery godziny, a resztę poświęcam na dzieci i dom), bo często jest to po prostu niemożliwe. Bardziej chodzi o to, żeby w danym momencie, a czasami mogą to być nawet tygodnie, skupić się na tylko jednym.

Oczywiście, w przypadku naszego macierzyńskiego dylematu: praca czy dom, to nie do końca tak działa. Nasze dzieci nie mogą czekać tygodniami na to, że ich mama skończy projekt i zabierze je na spacer czy przytuli. No nie mogą.

Ale nasze dzieci mogą poczekać, aż mama skończy swojego „pomidorka”. Mogą poczekać, aż wróci z pracy po czterech godzinach i zajmie się domem i nimi, dziećmi. (I miejmy nadzieję, że doczekają się, aż mama skończy zajmowanie się domem, zanim zasną…).

Z drugiej strony, nasza praca zawodowa może poczekać, aż nasze dzieci dorosną na tyle, żeby były w stanie wytrzymać tego „pomidorka”, nie wspominając o czterech godzinach bez mamy.

Dlatego proponuję, żebyście – biorąc pod uwagę potrzeby dzieci – indywidualnie oszacowały, na co możecie sobie pozwolić w danym momencie swojego życia jako mamy. I pamiętając, że każda z nas ma inne potrzeby czasowe. Że nasze dzieci są różne, każde ma inne potrzeby i „zajmuje” inną ilość czasu. Że to, co jedna mama zrobi w pięć minut, innej zajmie godzinę. Bo na przykład ma dziecię, z którym trzeba wszystko negocjować godzinami. Albo które robi wszystko powoli.

Szacując ten czas, jaki możecie przeznaczyć na pracę zawodową, nie zapomnijcie wliczyć w niego czas na swoją regenerację, odpoczynek i rozrywkę. Obowiązkowo!

Przy tym naszą – mam w edukacji domowej i nie tylko – złotą zasadą powinno być hasło: „Nie porównujmy się do innych mam!”

Bo mamie ósemki dzieci może być łatwiej się zorganizować niż mamie trójki, choćby przez to, że ma na podorędziu babcię czy dziadka czy sąsiadkę do pomocy.

Co do szacowania czasu, jaki mogę przeznaczyć na pracę zawodową, gdy jestem mamą na edukacji domowej. Ja wiem, że może to brzmieć utopijnie w naszych warunkach rynku pracy. To szacowanie i wybieranie sobie, ile mogę poświęcić na pracę. Ja to wiem. To jest trudne. To może być niemożliwe. Możesz zostać przez pracodawcę postawiona przed wyborem: „Albo ja, albo Twoje dzieci i dom”. Co może oznaczać również: „Albo zaciskamy pasa i żyjemy z jednej pensji, albo oddajemy dzieci do placówek.”

I ja nie mówię, że oddanie dzieci do placówek to musi być tragedia. (Już widzę miny wszystkich mam NIE z edukacji domowej.) Wciąż możesz być dobrą mamą, która znajduje dla dzieci czas przepełniony troską i uwagą. Bo liczy się ilość tego czasu, i to bardzo, ale liczy się też jego jakość. Zawsze możesz też wtedy zastanowić się, czy z dylematu „dom – praca”, w którym pod hasłem „dom” mieści się i dom, i dzieci, nie wyrzucić trochę tego „domu” po to, żeby zostało więcej miejsca na „dzieci”. I znów, ja wiem, że to trudne. Ale czy ktoś powiedział, że życie ma być łatwe?

Na pocieszenie powiem Ci coś: Faceci też nie mają wcale tak lekko. Od nich co prawda nikt nie wymaga rozstrzygania dylematu „dom – praca”, ale za to prawie wszyscy wciąż oczekują, żeby byli tymi, którzy zapewniają rodzinie byt. I nie wydaje mi się, żeby to był taki lekki orzech do zgryzienia.


O rety, jakie to długie mi wyszło! Ale jeszcze parę zdań o tym, jak to było i jest u mnie.

Gdy dzieci były małe, z przyjemnością zostałam z nimi w domu. Nie miałam z tym problemu. Ale. Było tak dlatego, że moja praca nie była pracą marzeń. Może też trochę dlatego, że moja ówczesna praca marzeń dotyczyła pracy z dziećmi. Więc zostanie mamą na cały etat jawiło mi się jako coś naturalnego. Jednak z czasem, gdzieś tak po czterech latach w edukacji domowej, weszłam w etap tęsknoty za tak zwaną samorealizacją, niekoniecznie od razu zawodową. Było to po około czterech latach w edukacji domowej, a po siedmiu bycia mamą na cały etat. Zaczęłam wtedy pisać bloga. To mnie ratowało, bo potrzebowałam odskoczni jak kania dżdżu, a przy tym pisanie pozwalało się wygadać, wyżalić. Wiem jednak doskonale, że moje dzieci na tym ucierpiały, szczególnie najmłodsza, wówczas kilkuletnia córka. Zbyt często widziała mnie z laptopem na kolanach, a później ze smartfonem w ręku. Zbyt często musiała mówić: „Mamo, ty tylko tego bloga i bloga!”, „Mamo, odłóż ten telefon, popatrz na mnie!”

Tak. Biczowałam się z tego powodu. Już wiele razy. I co z tego? Nic. Czasu nie cofniemy. Uczymy się na błędach. Czy mam się teraz umartwiać, że byłam złą matką, zamartwiać, że moje dziecko będzie miało w przyszłości (a może już ma!) problemy emocjonalne czy inne, i to przez mnie?!

A co, jeśli i tak by je miało? Bo tak jest świat urządzony, bo nikt nie jest idealny i zawsze znajdzie się coś czy ktoś, kto sprawi, że ktoś inny będzie miał takie czy inne problemy.

Już kończę…

Więc, zbliżając się do końca moich wywodów (swoją drogą ciekawe, który redaktor naczelny zgodziłby się opublikować w rubryce „Czytelniczki piszą, Kornelia odpowiada” taki długi tekst), jeśli stoisz przed dylematem „praca – dom”, wsłuchaj się w swoje serce. Zapytaj też Boga, jeśli w niego wierzysz. Czego tak naprawdę chcesz? Czego potrzebujesz? Spróbuj odrzucić lęk przed ujawnieniem się z tym, nawet sama przed sobą. Tak czy siak, jeśli nawet inni nie akceptują twoich wyborów, sama możesz je dla siebie zaakceptować.

Ja na pewnym etapie życia bardziej potrzebowałam być mamą na cały etat – bo i dzieci mnie potrzebowały – a z czasem, gdy stawały się bardziej samodzielne, zaczęłam dopuszczać do głosu swoje inne potrzeby – niezwiązane z dziećmi. I to jest naturalna kolej rzeczy.

Naturalna i nieuchronna, a wręcz dla nas zbawienna! Bo z czym zostaniemy, gdy nasze dzieci urosną i przestaną nas potrzebować non stop, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu? Owszem, kucharki, praczki i sprzątaczki mogą (te nasze dzieci) potrzebować przez całe życie, ale nie o to nam chyba chodzi, prawda?


Przestałam nadmiernie się tłumaczyć i żebrać o uprawomocnienie. Od dawna miałam w zwyczaju tłumaczyć się, aby postrzegano mnie jako „dobrą” osobę. I w końcu dotarłam do takiego punktu, w którym nie przeszkadzało mi już, że jestem odbierana jako „ta zła”. Nie przeszkadzało mi, że rozumiano mnie źle, a czasami w ogóle nie okazywano mi zrozumienia. Osiągnęłam etap, na którym potrzebowałam już tylko własnego uprawomocnienia.

Shefali Tsabary „Radykalne przebudzenie do autentycznego życia”

Cytowaną książkę wciąż czytam, jestem dopiero w jednej trzeciej i nie wiem jeszcze, czy Wam ją polecić.
A co do niniejszego tekstu, to napisałam go już dwa tygodnie temu, ale nie miałam czasu (czytaj: nie było moim priorytetem) poprawić go i wygładzić. Wrzucam go, choć nie jest idealny i może przegadany. Cóż. Taki kompromis między „zrobionym” a „doskonałym”.

Pozdrawiam! Do następnego tekstu!

Autor: Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od 2011 roku tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową. Lubię robić na drutach i szydełkować, ale jeszcze bardziej – pisać. Uczę się korekty tekstu i bycia minimalistką. Czasami śpiewam w chórze. W 2021 roku napisałam książkę „Droga w nieznane? Edukacja domowa dla początkujących”.