zmiany, kontrasty

Zmiany. Kontrasty. Życie.

W przeciwieństwie do męża i dzieci, lubię zmiany.

 

– Termos zawsze stał w tamtej szafce! Dlaczego teraz stoi tutaj?
– Znów przestawiłaś łóżko?
– O nie! Chcecie kupić nową kanapę? Nie pozwolimy!
– To miejsce przy stole jest moje. Zawsze tu siedzę.
– Te buty są jeszcze dobre. Nie chcę nowych!

Stałość i niezmienność to poczucie bezpieczeństwa. Zmiany i nowości – niepewność i niestabilność. Tak? A może inaczej?

Stałość i niezmienność to stagnacja, nuda, przewidywalność. Zmiany i nowości zwiastują przygodę, niespodziankę, świeżość, odnowę.

Lubię zmiany, choć chyba coraz mniej. Bo święty spokój. Bo lepsze bywa wrogiem dobrego, a stryjek lubi czasem zamienić siekierkę na kijek. Ale lubię eksperymentować. Szukać nowych rozwiązań, nowych wrażeń.

I wiem, że zmiany są w życiu nieuniknione. Bywają nawet pożyteczne.

Bo gdyby nie zmiany, żyłabym w przekonaniu, że trawa w ogródku sąsiada naprawdę jest bardziej zielona. A tak, to…

Doceniam

Życie w dużym mieście, ale też życie w małym mieście i na wsi, bo zaznałam wszystkiego po trochu.
Stabilizację i własne cztery kąty, bo mam za sobą tułaczki po internatach, akademikach i stancjach.
„Siedzenie” z dziećmi w domu, bo wiem co to praca w korporacji czy na innym etacie.
Siłę tkwiacą w edukacji i wychowaniu w rodzinie, bo widziałam (też jako nauczyciel), jak wygląda edukacja i wychowanie w szkole, przedszkolu i żłobku.
Umiar, bo doświadczyłam nadmiaru. I braku.
Moc powiedzenia cudze chwalicie, swego nie znacie, bo na cudze już się napatrzyłam.

Wiem

Ile energii daje radość, szczęście i wdzięczność, bo wiem też jak dobija smutek i złość.
Jak dobrze jest się pogodzić, kiedy mamy za sobą kłótnię.
Jaką odmianą może być wychowywanie córki, bo mam dwóch synów.
Jak ważne jest posiadanie pełnej rodziny, bo wychowywałam się w niepełnej (mój Tata zmarł, gdy miałam pięć lat) – o ile można tak nazwać rodzinę pełną ciotek, wujkow i kuzynów.
Że niepełnosprawni czy pełnosprawni – wszyscy mają swoje moce i niemoce.
Że potrzebuję samotności, bo żyję otoczona dziećmi.

Cieszę się

Z dostatku, bo doświadczyłam biedy.
Z życia w ojczyźnie, bo zaznałam nostalgii.
Z telefonu, który służy nie tylko do telefonowania, bo pamiętam czasy, gdy telefonu nie miałam w ogóle.
Z posiadania dziecka „łatwego w obsłudze”, bo wiem co to „trudne”.
Z ciszy, bo żyję w gwarze rodziny wielodzietnej i w wielkomiejskim huku.
Z tego, że jestem zdrowa, bo… wiadomo.
Z wiosny, bo zima. Z jesieni, bo letnie upały.
Z życia, bo śmierć.

Zmiany, kontrasty, różności. Banały.

Piszę o tym dlatego, że nierzadko jeszcze zdarza mi się wpadać w pułapkę zieleńszej trawy u sąsiada. Na przykład tęsknię za życiem na wsi. Za ciszą. Za rozgwieżdżonym niebem. I zastanawiam się: czy ludzie żyjący w ciszy, pod rozgwieżdżonym niebem wiedzą? Czy wiedzą o tej ciszy i o tym niebie? Czy cieszą się z nich? Doceniają? Czy wręcz przeciwnie – tęsknią za gwarem miasta, neonami reklam i sklepowym oczopląsem?

Czy górale cieszą się, że mieszkają w górach? A mieszkańcy zapadłych mazurskich wsi – że żyją w zielonych płucach Polski? Czy matka córki nie marzy o synu? Czy właściciel wypasionego smartfona nie pragnie nowego, jeszcze bardziej wypasionego? Ilu Polaków sądzi, że na obczyźnie byłoby im lepiej? Kto z nas nie narzeka na deszcz? A kto nie psioczy na upały? Kto marudzi, że chory? A kto cieszy się, że zdrowy?

Komu za mało? Komu za dużo? Kto jest wdzięczny za łóżko do spania i kaloryfer do ogrzewania? Za wodę w kranie? Że niby to śmiech i żarty, nie?

Ale kiedy się pomyśli, ilu ludzi na świecie nie ma dostępu do pitnej wody, nie mówiąc o dachu nad głową, nie jest nam do śmiechu.

Może te wszystkie rzeczy to banały. 

Ale warto je doceniać. Cieszyć się nimi. I wiedzieć, że nie są dane na zawsze.

2 komentarze

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *