Czwarte urodziny bloga. Cztery lata pracy, nauki, zabawy.

Czwarte urodziny bloga. Cztery lata pracy, nauki, zabawy.

8 marca 2019 roku minęły cztery lata, odkąd zaczęłam blogować.

A dzisiaj w czeluściach folderu „szkice” znalazłam artykuł przygotowany na trzecie urodziny bloga! Nie pamiętam, dlaczego go nie opublikowałam – fakt faktem, że zamiast niego wrzuciłam żartobliwy felieton o uniwersalnej metodzie wychowawczej.

Jednak pomyślałam sobie, że po (nie)wielkim retuszu opublikuję ten napisany przed rokiem tekst. Ten urodzinowy. Oto on:

 

Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, jak to było przed. Przed blogiem. Na pewno mniej czasu spędzałam w mediach społecznościowych. Ostatnio znów spędzam go mało, ale dlatego że wyznaczyłam sobie granice, których stanowczo pilnuję.

Nie mogę przypomnieć, jak było przed, bo nie umiem sobie wyobrazić, że nic nie pisałam. Nic!

Pisanie bloga nauczyło mnie wielu rzeczy.

Bo bloger to człowiek orkiestra. Pisze, redaguje, poprawia błędy, poprawia błędy, poprawia błędy, poprawia błędy… a potem i tak je znajduje. (A nawet jeśli nie znajduje, to zawsze może liczyć na Męża. On zawsze znajdzie. Serio! I nie piszę tego złośliwie, tylko z podziwem.)

Bloger zna się na blogger-ach, wordpress-ach (i przeprowadzkach z jednych na drugie), hostingach, wtyczkach, disqus-ach, google analytics-ach… a nawet troszeczkę (naprawdę tyci tyci) na html-ach i css-ach. Ach!

Bloger musi wiedzieć (im wcześniej tym lepiej!) co to SEO, co to nagłówki, tagi, co to skalowanie i odpowiednie tytułowanie zdjęć. Musi wiedzieć, jak nie wpaść w czarną dziurę mediów społecznościowych (a nawet jak już wie, to i tak w pewnym momencie w nią wpada – grunt by robił to świadomie).

Bloger robi sobie „logo”. Poznaje więc co to Picmonkey i Canva. A następnie robi sobie logo, dzięki czemu poznaje co to Inkscape i Adobe Illustrator.

Bloger uczy się fachu. Czyta Kominka, Tkaczyka, Vaynerchuka, Szafrańskiego. Czyta Vademecum BlogeraSzkołę Blogowania, robi kurs online o fanpage’u na Facebooku, po czym dochodzi do wniosku, że z fejsem mu nie po drodze i woli Instagram.

Wreszcie bloger stwierdza, że się wkręcił.

Bo zamiast „kreować markę osobistą”, walczyć o zasięgi i statystyki oraz traktować bloga jak zasuw na etacie powinien po prostu czerpać radość z blogowania.

Bo wiecie jak to jest: im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Tudzież im bardziej prószy śnieg, tym bardziej pada śnieg.

Ale, ale. Przy okazji, zaglądając do środka w poszukiwaniu Prosiaczka, bloger staje się alfą i omegą. Zosią Samosią, jak ktoś woli. Człowiekiem orkiestrą, jako się rzekło.

Jednak uwaga! Blogowanie jest taką samą czarną dziurą jak media społecznościowe! Wciąga. Bo pracy nigdy nie brak. A to trzeba poprawić SEO i nagłówki starych artykułów, a to trzeba podmienić zdjęcia na mniejsze, bo za ciężkie i długo się ładują. A to trzeba zrobić jakieś okienka do zapisów na newsletter, a to poprawić fonty, a to kolory… Nie wspominając o tym, że wciąż trzeba… pisać. Eee, co ja wygaduję? Jakie „trzeba”? Można!

A przy pisaniu znów dylematy. Na ile się odsłonić? Ile prywatności pokazać? Czy nie przynudzam? Nie wypisuję głupot? Czy to w ogóle ma sens? Dlaczego wciąż mam takie słabe statystyki? A właściwie po co mi one? Ale co to za bloger bez czytelników? A może na tym da się zarobić? A może rzucić to w diabły? I tak dalej, i tak dalej…

Aż w końcu… bloger pada przytłoczony.

Przywalony wtyczkami, nagłówkami, kolorami, fontami i (zbyt ciężkimi) zdjęciami. Rozterkami egzystencjalnymi. Harmonogramami publikacji w mediach społecznościowych. Pomysłami na biznesy okołoblogowe, których nigdy nie zrealizuje. Pomysłami na artykuły, których nigdy nie napisze (bo zapomniał albo stracił wenę). Obiecankami terminów publikacji, których nigdy nie dotrzyma (bo nie zdążył).

I wtedy z nieba spada mu… choroba męża.

Bo choroba, choć przecież poważna, więc strach, smutek i stres jej towarzyszą, ma tę zaletę, że dystansuje człowieka do innych spraw i zmienia podejście do życia.

I bloger stwierdza, że bloga powinien zaorać, zniszczyć, zaniechać. Bo zabiera za dużo czasu, który bloger chciałby poświęcić dzieciom – ich edukacji, wychowaniu, gotowaniu, dopieszczaniu. Czasu, który chciałby poświęcić na dopieszczenie i, powiedzmy sobie szczerze, wymycie i wysprzątanie mieszkania, na lepsze planowanie posiłków, zakupów, na dopilnowanie licznych bieżących domowych spraw „biurowych”.

Czasu, który bloger chciałby poświęcić na szycie i szydełkowanie. Na randki z mężem, spotkania z zapracowaną siostrą, koleżanką, na wyjścia do kina, na więcej lektur.

I kiedy tak bloger dystansuje się od świata (bloga), zajmując się chorym mężem, a potem odpoczywając na feriach i nadrabiając zaległości w czytaniu i sprzątaniu, okazuje się, że…

Okazuje się, że bez bloga bloger żyć nie może. 

I tak to się kręci. Cztery lata to szmat czasu. To 277 artykułów pisanych po nocach i dniach. Cztery lata to połowa życia naszej córki, Patrycji.

Napisałam, że blogowanie wiele mnie nauczyło. Tak. I oprócz wyżej wymienionych, technicznych rzeczy, blogowanie nauczyło mnie pokory, a jednocześnie dodało mi pewności siebie. I chociaż do starych artykułów (zresztą do niektórych nowszych też) aż boję się zaglądać, żeby nie zapaść się ze wstydu pod ziemię, cieszę się, że je napisałam, bo dokumentują moje życie. A o to chodzi w blogowaniu. W dawnym tego słowa znaczeniu. W blogowaniu niebędącym biznesem, tylko pisaniem pamiętnika.

I myślę, że piszę tego bloga jednak bardziej dla siebie, niż dla czytelników. Ale też bardzo się cieszę, że tu jesteście, i cieszę się, kiedy komentujecie, i cieszę się, kiedy piszecie do mnie mejle i mówicie że lubicie mnie czytać.

Pozdrawiam Was ciepło!

Powiązane wpisy

2 komentarze

  1. Gratulacje, brawa, uściski, pozdrowienia 🙂
    Pisz nadal 🙂

    1. Dziękuję

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.