magazyn KREDA

Magazyn KREDA – recenzja na pierwsze urodziny!

Pierwsze urodziny to niesamowita sprawa.

Wieszamy baloniki, proporczyki, kwiaty, zamawiamy piętrowy tort, obiad w restauracji, klauna, wodzireja, fajerwerki… ojojoj! Wróć. Bez przesady. Chociaż w dzisiejszych czasach huczne imprezy urodzinowe są w modzie, namawiam do umiaru. Bez przesady, kochani, bez przesady!

Ekscytujemy się, to fakt. Bo dzidziuś kończy okres niemowlęcy, gaworzy, zaczyna chodzić. Rozwija się w niesmowitym tempie. Zadziwia rodziców coraz to nowymi umiejętnościami, ale też budzi apetyt na więcej. A przy tym wciąż jest wielką tajemnicą: Co z niej, z niego wyrośnie?
W przypadku naszego jubilata – Magazynu Kreda – już widać, co z niego wyrosło. Ładny okaz. Zaraz Wam o nim opowiem.

O Magazynie KREDA pisałam niespełna rok temu, bo jego pojawienie się wzbudziło we mnie ogromne emocje.

Po pierwsze, wyszliśmy z podziemia.

My, rodzice edukacji domowej. To znaczy ja wiem, że tak naprawdę nie byliśmy w podziemiu, tylko na facebooku, ale… mniejsza z tym. Chodziło o to, że ktoś wreszcie zrobił normalne, porządne, drukowane (ładnie drukowane!), czasopismo adresowane głównie do rodziców w edukacji domowej. (A do kogo jest ono tak naprawdę adresowane, to się jeszcze okaże.)

Czasopismo, które można kupić w Empiku. Pokazać znajomym spoza edukacji domowej – niech widzą, że mamy swoje medium.
Czasopismo, które można czytać w tramwaju i trzymać tak, żeby wszyscy widzieli okładkę. Żeby widzieli, jakie mamy hipsterskie (a nie?), eleganckie, intrygujące (o! kreatywna edukacja?!) czasopismo.
Czasopismo, które można położyć na stoliku nocnym i poczytać przed snem. Tylko nie za dużo, bo nam się potem Maria Montessori albo jakaś Mama Smoczyca przyśni.

Po drugie, wreszcie my, rodzice w edukacji domowej, otrzymaliśmy jakąś pomoc „naukową”.

Nie fora i media społecznościowe, nie blogi rozsiane po sieci, nie internetowe materiały z zagranicy, tylko nasz, polski, przez rodziców edukacji domowej i nauczycieli związanych ze środowiskiem edukacji domowej tworzony, magazyn. Tworzony przez ludzi, którzy znają temat edukacji domowej od podszewki, ale i przez ludzi, którzy w ogóle na edukację umieją spojrzeć szerzej i ciekawiej. Nie tylko przez pryzmat – excusez le mot – podstawy programowej.
Także zresztą przez pryzmat wspomnianej zagranicy – bo warto czerpać ze skarbców takich jak metody Marii Montessori i Charlotte Mason, odkrywać Khan Academy i inne źródła internetowej wiedzy czy inspiracji, ale przefiltrowane i przetestowane w polskich warunkach, przez polskich rodziców.

Po trzecie, dostałam od Magazynu KREDA propozycję współpracy, co mnie ucieszyło.

Dlatego też cieszę się i dziś, kiedy z okazji pierwszych urodzin KREDY mogę zrobić dla niej laurkę w postaci niniejszego tekstu. A pisząc na własnym blogu nie muszę ograniczać się narzuconą przed redaktor naczelną ilością znaków. Ale sobie poszaleję!

I ja wiem, że może nie wypada mi się zachwycać, bo artykuł niniejszy jest, jakby nie było – płatną recenzją, poza tym wciąż coś tam na łamy KREDY pisuję, ale… Jak się nie zachwycać, skoro zachwyca?
I jeśli mi kto zarzuci brak obiektywizmu, to ja zapytam: Co to jest obiektywizm? Czy jakikolwiek człowiek na świecie potrafi być obiektywny? Hę? Czy to w ogóle ludzka, czy raczej nieludzka rzecz – być obiektywnym?

Poza tym nie bójcie się – postaram się, by podczas lektury tej recenzji nie zaczęły Wam przed oczyma fruwać tęczowe jednorożce.

No to do dzieła, czyli do recenzji.

Mój ambitny plan zakładał, że zrecenzuję dla Was dziesięć najlepszych według mnie artykułów KREDY, po jednym z każdego wydanego numeru. Takie the best of czy top ten. No więc ambitnie zabrałam się do czytania numer po numerze, od deski do deski. I wiecie co? Poległam!

Bo najsamprzód napotkałam problem pt.: Jak w dość krótkim czasie przeczytać z uwagą i skupieniem tak wielką ilość naprawdę konkretnych, długich artykułów? (Licznik na stronie Magazynu KREDA pokazuje cyfrę 291.) Oczywiście niektóre z nich czytałam już wcześniej, ale nie wszystkie!

Poza tym nie umiałam wybrać tych najlepszych. Czy najlepsze to te, które poruszyły moje serce? Czy te, które najbardziej zmusiły do myślenia? A może te, które dały mi najwięcej inspiracji? Najbardziej mnie rozbawiły? Albo te, które zrobiły to wszystko jednocześnie?

No nie wiem. Takie rzeczy to tylko w erze, mówiono kiedyś w telewizji.
I nie pytajcie mnie, w której erze, bo nigdy nie byłam zbyt dobra z geografii. Ani z historii. Może dlatego, że chodziłam do szkoły?

A co do artykułów, to prawie każdy z nich okazał się albo poruszać serce, albo inspirować czy zmuszać do myślenia, albo rozbawiać, albo robić po kilka tych rzeczy naraz. No i co? Tylko w erze?

Więc KREDA to nie bułka z masłem.

I to nie tylko w znaczeniu jej objętości i potężnej zawartości (96 stron, reklam jak na lekarstwo i zero tabloidowych treści). KREDA to nie bułka z masłem także dlatego, że teksty ambitne. Nie ukrywam, że ich lektura to dla mnie to wręcz wyzwanie. Co prawda to prawda – cieszę się na każdy kolejny numer jak dziecko. Rzucam się na wstępniak Agnieszki Pleti i artykuły Marcina Sawickiego, na felietony mam z edukacji domowej, na wywiady i reportaże. Przeglądam recenzje książek i Internetowych inspiracji.

Rzucam się na wstępniak, bo to felieton, a więc rzecz lekka i przyjemna, co nawet w trudne tematy wprowadza bezboleśnie. Zaciekawia, zastanawia, zaprasza, czyli robi to, co wstępniak robić powinien. Artykuły Marcina Sawickiego bardzo cenię, bo przyjemnie (i z przytupem!) wpisują się w moje edukacyjne antysystemowe poglądy i sprawiają, że raz po raz przy ich czytaniu wykrzykuję w myślach:

– O właśnie! Też tak uważam!
– Dobrze to ujął, świetna metafora!
– Widać, że dobrze zna temat „od środka”!
– No! Wreszcie ktoś głośno mówi, że król jest nagi! (Jeden z artykułów – Marcina nosi nawet tytuł „Nowe szaty cesarza”)

Z przyjemnością czytam felietony mam w edukacji domowej, bo odnajduję w nich siebie. Jedną z nich jest Marta Linke-Kicińska vel Mama Smoczyca o wielu głowach, będąca jednocześnie panią od polskiego, muzyki i angielskiego w podstawówce, panią od matematyki i informatyki w gimnazjum i w ogóle tym wszystkim, czym (i kim) my, mamy w edukacji domowej jesteśmy. Tak. Panią Woźną też. Przede wszystkim Panią Woźną.

Wywiady i reporataże lubię, bo mają inną dynamikę niż artykuły. Dają wrażenie bezpośredniego spotkania z drugim człowiekiem i jego emocjami. Spotkania z człowiekiem, który niekoniecznie napisze dla nas artykuł, a z pewnością ma coś ciekawego do powiedzenia.
Wywiady i reportaże KREDY są o tyle interesujące, że pokazują inne oblicza edukacji. Razem z autorami odwiedzamy rodziny edukujące domowo i realizujące przy tym swoje pasje (nie tylko) zawodowe. Poznajemy szkoły Montessori i leśne przedszkola, fundacje pomagające niepełnosprawnym, dowiadujemy się, jak wygląda szkoła w Chinach oraz podejście do edukacji w Danii, Finlandii czy Holandii. Rozmawiamy z młodymi i dojrzałymi praktykami edukacji domowej, sportowcami, muzykami, harcerzami, podróżnikami. Spotykamy się z reżyserem, operatorem filmowym, fotografem, neurodydaktykiem, inicjatorem polskiej wersji Khan Academy…

No więc łykam te (anty)teksty Marcina Sawickiego, wstępniaki, felietony, reportaże, recenzje… A co z resztą? Reszta sobie leży. Od czasu do czasu przeczytam to i owo, ale spokojnie, powoli i po jednym-dwóch tekstach na raz.

Bo, jak powiedziałam, KREDA to wyzwanie.

KREDA wymaga wysiłku. Skupienia. Wymaga myślenia, zastanowienia, przetworzenia, przespania się z tym, co przeczytane. Właśnie: KREDA wymaga czasu. Ciszy. A co za tym idzie – samotności. A wiecie, ile czasu na czytanie w skupieniu, ciszy i samotności ma do swojej dyspozycji mama w edukacji domowej? Tak, zgadliście! Mało!

No cóż. Możnaby uznać, że właśnie odkryłam największą wadę KREDY. Że ma za dużo artykułów, że są za długie, za trudne, za specjalistyczne, za wymagające. Możnaby uznać, że z tych powodów KREDA nie jest pismem dla rodziców w edukacji domowej, którzy przecież czasu mają zawsze za mało.

Ale chwileczkę. Mają za mało czasu? A na fejsbuniu nie siedzą? A na Instagramie serduszek nie klikają? A blogów nie czytają? A seriali na Netfliksie nie oglądają?

No niech Wam będzie – nie siedzicie na soszjalach ani na serialach, tylko organizujecie dzieciom zajęcia, lekcje, wycieczki, a do tego gotujecie, sprzątacie, pracujecie, prasujecie i tak dalej.

Tak czy siak, czasu wszyscy mamy zawsze za mało. Rzecz w tym, żeby CHCIEĆ ten czas na coś przeznaczyć. I ja Wam mówię, że na KREDĘ warto.
Bo kiedy już tę KREDĘ weźmiecie, uciekniecie z nią w najcichszy kąt domu, tam, gdzie żadne dziecko Was nie znajdzie (a zapewniam Was, że mama w edukacji domowej MUSI taki kąt mieć i codziennie z niego korzystać) i zanurzycie się w lekturze, to odkryjecie nowy świat.

Świat inspiracji i wiedzy.

Fakt: czasem ta wiedza jest rzeczywiście dość specjalistyczna, czasem jakiś artykuł nas zwyczajnie nie zainteresuje albo zniechęci zbyt skomplikowanym czy fachowym językiem. Ale czasem jest tak, że na pierwszy rzut oka coś wydaje nam się nieciekawe, a gdy zaczynamy czytać, okazuje się, że: – O! Nie wiedziałam tego, nie znałam!

Niby z metodą Montessori niezbyt mi po drodze w tym sensie, że najlepiej nam w domu wyszła pracownia pod tytułem biblioteka oraz zajęcia zwane cichą lekturą, a tu nagle odkrywam fantastyczne inspiracje do przemyśleń i rozmów z dziećmi w artykule o montessoriańskiej Wielkiej Lekcji („U żródeł opowieści” Anny Skrabskiej w numerze o książkach):

Dlaczego mamy tyle nazw na jabłka, a ludzie północy – na śnieg? Jak świat, w którym żyjemy, wpływa na nasz język? I jak to się właściwie dzieje, że język, żeby nadążyć za światem, rozwija się, a zarazem dzieje się to zawsze w ramach pewnych granic? Czy języki europejskie mają wspólnego przodka? Jak stare jest słowo meteor i skąd się biorą nowe słowa? Czy ludzie zawsze czytali po cichu?

Niby nowoczesne technologie to dla mnie czarna magia, ale artykuł Błażeja Kapały o malinowej chmurce (numer o nowoczesnych technologiach) przeczytałam i powiedziałam: Łał! Niby sport mnie niezbyt interesuje, ale z wypiekami na twarzy przeczytałam prawie cały numer KREDY o sporcie i powiedziałam: Łał! (Teraz jeszcze tylko muszę ruszyć moje cztery litery i wcielić to łał w życie…)

Lektura KREDY uruchamia we mnie tryb „rodzica świadomego”.

Czytając ją uświadamiam sobie, przypominam, nad jak wieloma aspektami rozwoju naszych dzieci, my – rodzice w edukacji domowej szczególnie, bo szkoła nas w tym nie wyręczy – powinniśmy pracować. Hm. Mogłabym w tym miejscu zarzucić KREDZIE, że rozbudza we mnie uczucie zwane z angielska FOMO (Fear Of Missing Out). Bo czytając Kredę rozmyślam o tym, czyby dzieciom nie znaleźć jakichś warsztatów z kaligrafii? Poszukać innych sposobów na zachęcenie ich do odręcznego pisania? Rozmyślam o tym, jak zachęcić naszych chłopców do różnych, nie tylko artystycznych, działań manualnych. Zastanawiam się, czyby jednak nie spróbować raz jeszcze ich sił w skautingu? Organizować więcej rodzinnych podróży i wypraw do lasu? Przywrócić niektórym z nich nauke gry na instrumentach? Wysłać na zajęcia plastyczne?

No trudno. Jakoś to FOMO okiełznam. Póki co, łapię się na tym, że czekam na kolejne numery KREDY traktujące o: pisaniu, gotowaniu, rękodziele, rzemiośle, planszówkach, tańcu, teatrze, matematyce, retoryce… a może i o edukacji klasycznej?

Czy wszystko mi się w KREDZIE podoba?

Prawdę mówiąc, prawie wszystko. Dobry jest pomysł na tematykę i sposób jej ujęcia – każdy numer ma swój odrębny temat. Lubię tytuł przywodzący na myśl kredę do pisania po tablicy i chodniku (zwłaszcza po chodniku!), oraz zabawę „akronimową”, bo KREDA to i KReatywna EDukacja, i EDukacja Domowa. Lubię cytaty, czyli „Credo w KREDZIE” i inspirujące hasła na tylnej okładce. Podoba mi się szata graficzna i treść.

Co możnaby w KREDZIE poprawić? Otóż podobałby mi się taki spis treści, w którym obok rubryki „Baranki” o Katechezie Dobrego Pasterza, wyodrębnione byłyby „Felietony”. Do działu „Inspiracje” wrzuciłabym natomiast stałe rubryki tematyczne, takie jak ta o rysunku – Mirosława Orzechowskiego, o muzyce – Ilony Nieciąg, o kinie – Kingi Wenklar i o uważności – Barbary Marusarz.
Co do rubryki „Wiedza”, to cóż… Cała KREDA jest pełna wiedzy. Inspiracji zresztą też. Już to mówiłam?

Razem uczyńmy edukację piękną!”

To hasło reklamowe KREDY nie oddaje w pełni jej wywrotowego – nie bójmy się tego słowa – charakteru. Natomiast świetnie pełni rolę wabika. Wabika na kogo? Ano na tych, którym edukacja leży na sercu. A, jestem tego pewna, leży ona na sercu nie tylko rodzicom i nauczycielom związanym z edukacją domową. I dlatego pokazujmy KREDĘ, chwalmy się nią gdzie się da. W szkołach, przedszkolach, kawiarniach i tramwajach. Nie czujmy się, jakbyśmy wychodzili z podziemia. Czujmy się i zachowujmy tak, jakbyśmy zawsze byli tu, na górze, w głównym nurcie. A kto wie, czy się nim niedługo nie staniemy?

Tak, jak to speuntował Marcin Sawicki w artykule zatytułowanym „Dlaczego się uczymy?”

Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule, przyznaję, że nie wiem, dlaczego mamy się uczyć w takiej rzeczywistości (polskiego systemu edukacji – dopisek K.O.). Tu się bardzo trudno uczyć. Nie wiem też, jak to zmienić. Może (jak w Seksmisji) wyjść na powierzchnię, nabrać powietrza w płuca i cieszyć się nauką, pracą i odkrywaniem otrzymanych talentów? Może (jak w „Jurassic Park)” należy dążyć do sytuacji, że to nasz oświatowo-systemowy skansen znajdzie się na odizolowanej wyspie, gdzie mogą przyjechać wycieczki z lądu, aby popatrzeć, jak to egzystuje? A w ramach różnorodności, jeżeli ktoś chciałby tam zostać i tak się uczyć, to zapraszamy. Ale o tym już decydowałby każdy sam.

***

Niniejszy artykuł jest materiałem promocyjnym.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *