Jak sobie radzisz? Nie radzę!

Jak sobie radzisz? Nie radzę!

Naprawdę Nieperfekcyjna Pani Domu, czyli jak sobie radzę, czyli – tak naprawdę – jak sobie nie radzę.

Powroty z wakacji mają to do siebie, że dość długo dochodzę do siebie (nomen omen). Gdy wracam do domowego kieratu, jestem w lekkim szoku i, co tu kryć, mam problemy z organizacją i w ogóle z ogarnięciem tego “biznesu”. (“A kiedy ich nie masz?” – pyta moje alter ego).

Podobno ludzie lubią czytać/oglądać o niepowodzeniach bliźnich, a zatem:

Porażka nr 1:

Kupiłam mleko w mlekomacie, nastawiłam na zsiadłe i na jogurt. Zsiadłe robi się samo. Do tego na jogurt dodałam mały jogurt naturalny i postanowiłam, że przy tym upale nawet nie będę go zawijać w koc. Zostawiłam je na noc na szafce w kuchni, ale rano po przebudzeniu pomyślałam, że może mu za zimno (ach, ta matczyna nadopiekuńczość). Postawiłam je więc na płytę kuchenną nastawioną na minimalną moc i… wskoczyłam z powrotem do łóżka. Po pół godzinie obudziliśmy się z mężem czując dziwny zapach czegoś palonego… Okazało się, że jogurt się zwęglił. Nie wiem jakim cudem, bo palnik nastawiony na minimum powinien podgrzać garnek do letniej zaledwie temperatury, a tu masz! (Garnka jeszcze nie domyłam.)

Porażka nr 2:

Zachciało mi się zrobić chleb na zakwasie (“A nie lepiej było kupić w Grzybkach?” – pytał potem Mąż). Na drożdżach wychodził mi zawsze pyszny, ale drożdże kupuje się w papierkach, a ja przecież chcę bezśmieciowo. Zakwas rósł jak szalony, byłam dobrej myśli. Zaczyn też ładnie rósł. Jednak po zagnieceniu ciasta coś je przyblokowało i przestało rosnąć. Niecierpliwa, jak to ja, wrzuciłam ciasto do pieca i wyszedł wielki, ciężki, placek… smaczny, ale płaski i twardy. Na szczęście w dużej rodzinie wszystko się zje – zrobiłam chlebojaje, czyli kromki smażone w jajku (patrz zdjęcie). (Niestety, smażone też były twarde, kilka wylądowało w kompostowniku – ciekawe czy dżdżownicom zasmakują?)

Porażka nr 3:

Upał nie do zniesienia. “Jedźcie do lasu” – mówi, jak zwykle mając rację, Mąż. Ale jak to? A walizki kto rozpakuje? Kto nastawi pranie? A kiedy ugotuję obiad? Kiedy zrobię marmoladę z papierówek od Cioci? A kto upiecze chleb i nastawi ogórki na małosolne? A kto zrobi bezśmieciowe zakupy i nastawi mleko na zsiadłe, i spali, to znaczy, zrobi jogurt? A kto pozagląda do dżdżowniczek kalifornijskich w kompoście na balkonie? A kto posprząta kuchnię, odkurzy, umyje, ogarnie chałupę? A kto poczyta gazetę, książkę? A kto sprawdzi fejsa? Poczyta zaległości w necie? Napisze coś na bloga? A kto wysłucha awantur dzieci? Zaraz, zaraz, przecież jakbym pojechała do lasu to dzieci by nie robiły awantur bo by się wyszalały! No, ale nie mogę, nie dam rady, nie mam siły, nie mam czasu, za gorąco!

Porażka nr 4:

Dobrze, po kilku dniach kiszenia się w mieszkaniu wybrałam się z dziatwą do lasu. Co prawda nie przed południem, kiedy mniejszy upał, tylko w południe, ale nie czepiajmy się szczegółów, proszę. Pojechałam do lasu w miejsce, które dobrze pamiętałam – byliśmy tam wszyscy ostatnim razem – a był wówczas ostry mróz. Mąż z chłopcami jeździł tam później wielokrotnie rowerami i nawet wysłał mi teraz esemesa z instrukcjami, na który to parking mam zajechać, aby mieć cień i porządny las. Niestety, zignorowałam dobre rady małżonka i wylądowaliśmy w paskudnym miejscu lasu z rachitycznymi drzewkami, które nawet cienia nie dawały. Po kilkunastu minutach marszu w skwarze niegorszym od tego w mieście zawróciliśmy i pojechaliśmy tam, gdzie powinniśmy byli jechać od razu, czyli na super-parking w super-lesie. Oj Mężu, czemuż ja Cię nie słucham tak jak i ty mnie nie słuchasz?!

Taką to jestem niedoskonałą panią domu, matką, żoną i w ogóle czuję się do kitu, bo nic mi się nie chce w ten skwar.

Na zakończenie optymistycznie pochwalę się, że dżem z truskawek, marmolada z jabłek, ogórki małosolne i pierogi z mięsem wyszły całkiem dobre.

A dzieci wcale się w domu nie nudzą i chętnie pomagały w zagniataniu chleba i lepieniu pierogów.

P.s.
Jednak wychodzi niestety na to, że jestem też niedoskonałą blogerką, bo “Słońce i Deszcz” świeciło ostatnio pustkami. (dopisek z 10.08.2016 – “Słońce i Deszcz” to pierwsza nazwa bloga, pod którą “wisiał” przez prawie rok) Moich wiernych i miłych Czytelników przepraszam serdecznie i obiecuję poprawę, czyli powrót do rytmu wtorkowo-piątkowych publikacji.

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.