Czy edukacja domowa jest hygge?

Czy edukacja domowa jest hygge?

Powrót z wakacji bywa bolesny. Bywa – to mało powiedziane. Dla mnie przeważnie zawsze jest bolesny.

Z jednej strony cieszę się na powrót do domu i nowe wyzwania, z drugiej – cierpię z powodu utraty beztroski i kontaktu z naturą. Ech, te uroki życia w wielkim mieście.

Ale nowy rok szkolny to jakby nowe życie.

Wymyślamy nasz nowy plan dnia i tygodnia, ustalamy na nowo stare zasady domowe (tak, tak, trzeba je wciąż ustalać na nowo, bo lubią gubić się na zabieganej drodze codzienności roku szkolnego), planujemy wprowadzenie kolejnych (a może by tak delegować gotowanie obiadów na dzieci?). Spotykamy się ze starymi znajomymi, którzy są w takim samym ferworze planów jak my.

Wszystko to ekscytuje, ale i męczy. Do tego nieprzespane w mazurskich portach noce (żeby nie było wątpliwości – to NIE na naszym jachcie pito piwo, palono marychę i śpiewano szanty do białego rana) ścinają mnie z nóg (następnym razem przeproszę się z zatyczkami do uszu). A do tego, do tego wszystkiego różne niezwiązane z dziećmi i nauką sprawy domagają się mojej pilnej uwagi. Gaszę więc pożary.

Tak. Gaszę pożary na zewnątrz, ale wzniecam je w swojej głowie. Ojojoj! Dopada mnie powakacyjna depresja… Mam ochotę uciekać w Bieszczady.

Tymczasem trochę przez przypadek uciekam do księgarni i kupuję książkę o hygge. Ciepełko bijące z okładki obiecuje spokój i odprężenie. Wiem też, co oznacza słówko „hygge”, bo modne jest ostatnio i dwie książeczki o nim już widziałam, czytałam.

Czym jest hygge?

Hygge to przytulność, bliskość. To radość z codzienności, ze zwykłości. To łapanie chwil. Zbieranie kamieni na plaży (owszem, przywiozłam znad morza spore pudełko kamieni, ku zdumieniu męża i dzieci), zachwycanie się grzybami w lesie, kropelkami rosy na pajęczynach i innymi tego typu, kiczowatymi, tandetno-ckliwymi rzeczami.**

Hygge to duńskie słowo. To podobno duńska specjalność, bo Duńczycy, jak wykazują badania, są najszczęśliwszym narodem na świecie. Jednak okazuje się, że my, Polacy, też mamy swoje hygge, tyle że nie mamy na nie takiego ładnego (a może, bądźmy szczerzy – brzydkiego) określenia.

Meik Wiking, autor książeczki „Hygge. Klucz do szczęścia” pisze, że hygge „się czuje”, i że czuje się je (niezbyt to może odkrywcze, ale jednak) wszystkimi pięcioma, a nawet sześcioma zmysłami. Ten szósty zmysł to według Meika Wikinga

„Poczucie bezpieczeństwa, zaufanie do otaczających nas ludzi i miejsca, w którym przebywamy”.

Natomiast Iza Wojnowska w książce „Hygge po polsku” streściła je w trzech słowach – kluczach:

bliskość, zmysły, spontaniczność.

I tak czytając kupione na osłodę powrotu z wakacji „Hygge po polsku” nacieszam się tym, jak my, Polacy, jesteśmy hygge.

To znaczy nie samo hygge mnie tak cieszy, bo właściwie jak zwał tak zwał, ale cieszy mnie, że w modny trend zachwytu nad czymś „z zagranicy”, ba! – „z zachodu”, tak ładnie wpisuje się nasza polska tradycja, nasza religijność, obrzędowość i nasze konserwatywne przywiązanie do rodziny.

Szarlotka pieczona przez babcię, okraszona opowieściami o dawnych czasach, sweter udziergany na drutach przez mamę, pasieka wujka, wakacyjne zbieranie truskawek na działce, robienie przetworów, wycieczki w góry, procesja na Boże Ciało, Wigilia, kolędy…

I tak, czytając „Hygge po polsku”, choć zżymam się trochę sama na siebie, że ulegam modzie, zachwycam książką o rzeczach oczywistych i banalnych – wpadam na myśl, że zaraz zaraz, chwileczkę! Czy aby edukacja domowa też nie jest hygge?

A że książka jest o rzeczach oczywistych i banalnych – owszem! Czyż życie samo nie jest oczywiste i banalne? Rodzimy się, dorastamy, uczymy, pracujemy, wychowujemy dzieci, kochamy, jesteśmy szczęśliwi, nieszczęśliwi, żyjemy, chorujemy, umieramy, szast prast, same banały. Rzecz w tym, by w tych banałach znaleźć radość. By cieszyć się każdym dniem, każdą chwilą, nawet tą mniej wygodną czy nieprzyjemną.

„Każdy dzień jest dobry, by zacząć żyć”, pisze Iza Wojnowska.

„Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”, chciałoby się dodać przewrotnie.

Dlatego zamiast denerwować się, że okna wciąż nie mogą doczekać się, aż je umyję, a lodówki przez całe wakacje nie miałam czasu odmrozić, i że dzieci wciąż nie mogą zapamiętać, że przy posiłkach nie czytamy a rodzicom w rozmowę się „nie wcinamy”, postanawiam otworzyć okna na oścież i cieszyć oczy zielenią parku, po czym uśmiechnąć się do dzieci, przytulić je, włączyć Chopina albo Wolną Grupę Bukowinę i zaproponować planszówkę.*

Słowem, postanawiam wydobyć z naszej edukacji domowej i mojej w niej roli jak najwięcej hygge, czyli bliskości, zmysłów i spontaniczności.

I chyba tego było mi trzeba na ten powrót z wakacji.

(Aha. Tak sobie myślę, że „Muminki” Tove Jansson są bardzo hygge.)

 

* Chłopcy przeczytali to długaśne zdanie i wykrzyknęli z radością: „O! Ten fragment nam się podoba! Wreszcie rozumujesz prawidłowo, Mamo!”

**Mąż przeczytawszy to zdanie zaprotestował stanowczo: „Nie! Krople rosy na pajęczynie bynajmniej nie są kiczowate ani tandetno-ckliwe!”

Powiązane wpisy

5 komentarzy

  1. Ed jest BARDZO hygge! Jest esencją hygge, albo podusią i kołderką dla hygge jednocześnie! 🙂
    My właśnie lecimy sobie w świat – a możemy dzięki ED – mam ochotę pisać skrót dużymi literami, bo tak ją kocham 🙂 wolność, wolność – można z nią robić co się chce 😀
    A wracając do postu – większość rzeczy, które tu na blogu opisujesz emanuje hygge – ja w każdym razie lubię sobie zrobić kawkę, usiąść w fotelu i Ciebie poczytać – więc sama widzisz 😀

  2. Ojej, Twój komentarz jest tak bardzo hygge, że aż mi się przyjemnie hyggowato zrobiło na duszy. Dziękuję i życzę Wam niesamowitej i bezpiecznej podróży!

    1. Dziękujemy serdecznie 😀

  3. W moim domu najbardziej sielskie jest pieczenie ciasta (zawsze zaczynam piec, kiedy chcę się odchudzać), i robienie pizzy (zawsze zapraszam na obiad całą rodzinę).
    Nie będę narzekać, że to całe hygge to jakieś odkrywanie Ameryki w konserwach, bo raz na jakiś czas trzeba sobie przypomnieć, na nowo wyważyć otwarte przez poprzednie pokolenia drzwi. Tak samo jak minimalizm, zero waste, tak samo kolejne mody pozwalają zweryfikować priorytety. Może niekoniecznie trzeba od razu trzeba to uwieczniać na instagramie, ale jeśli ktoś ma, to co szkodzi sobie zdjęcia popstrykać.

    1. Ruda, fajnego określenia użyłaś – sielskie! Ja mam tak że zżymam się na zaśmiecanie języka polskiego i szukam polskich odpowiedników, ale np. z zero waste się nie udało. Natomiast „hygge” jest specyficzne, bo trudno znaleźć jedno polskie słowo oddające je „w całości”. Przytulność i sielskość fajnie się w to znaczenie wpisują 🙂 Pozdrawiam!

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.