Mydło w kostce

Zamień mydło w płynie na mydło w kostce czyli zadanie #3

Nie wiem skąd się to wzięło i kiedy dokładnie, ale w pewnym momencie w moje życie wkroczyły mydła w płynie.

Z dzieciństwa pamiętam tylko mydła w kostce.

Mydła w płynie pojawiły się razem z plastikowymi kolorowymi opakowaniami i w ogóle ze wszystkim tym kolorowym i plastikowym, czego nie było w czasach ciągłych braków rynkowych, czyli w czasach komunizmu. Nie tęsknię bynajmniej za tamtą epoką, ale przyznać muszę, że ówczesna siermiężność i prostota (wynikająca z niedostatku) wydaje mi się dziś, w czasach kiczu, nadmiaru i marnotrawstwa jednak czymś pozytywnym.

Rezygnacja z mydła w płynie i powrót do mydła w kostce było jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłam zaczynając eksperyment zerośmieciowy.

Chciałam być „bardziej święta od Papieża”, więc mydło musiało być bez opakowania. Jakimś cudem znalazłam mydło z Aleppo niezapakowane w folię spożyczą (niestety, często tak są właśnie te mydła pakowane, a fe!).

Kupiłam więc to cudowne mydło z Aleppo opasane papierową etykietą i… jestem mu wierna do dziś.

Jego brzydki kolor, nieregularny wygląd i nijaki zapach mnie uwiodły. Taki ze mnie dziwak, że podobają mi się rzeczy brzydkie, ale prawdziwe. Natomiast nie lubię brzydkich i sztucznych. (W kategorii brzydkich, ale prawdziwych, oprócz mydła z Aleppo mieszczą się na przykład niezgrabne gliniane garnuszki zrobione przez dzieci, stare zniszczone kamienice i starzy ludzie.)

Mydła z Aleppo używam do kąpieli i mycia głowy.

Do codziennego mycia rąk kupuję szare mydło firmy Barwa, które nie jest szare, tylko białe, ale za to pakowane w szary papier. Niestety, wiele mydeł jest pakowanych w folię lub błyszczące papierki wyglądające jak plastikowe. Takich unikam.

Dopisek z 7 marca 2019 roku: jednak „szare” mydło Barwy mnie zawiodło. Bardzo słabo się mydli i pieni i jest to… no, wkurzające. 

Wrócę jeszcze do mycia głowy szarym mydłem.

Dla wielu osób jest to problem nie do przeskoczenia. Też tak sądziłam i szukałam specjalnego mydła do mycia głowy. Wszędzie polecano mydło z Aleppo. Rzeczywiście, jest świetne, ale wymaga użycia płukanki. Rzecz w tym, że mydła mają odczyn zasadowy, który powoduje sztywność włosów (pamiętacie stawianie włosów „na mydło” z czasów kiedy żel do włosów był taką samą abstrakcją jak mydło w płynie i wiele innych rzeczy?). Trzeba więc wypłukać włosy czymś kwaśnym.

Ja używam do tego wody z dodatkiem zwykłego octu, bo jestem leń. Nalewam do dzbanka (mam taki blaszany, oldskulowy) wody i odrobinkę octu. Łyżka na litr wody. Ja, jako się rzekło – leń – więc chlustam na oko prosto z butelki, dlatego czasem wyjdzie kwaśniej niż trzeba, ale to włosom nie szkodzi.

Nie musicie brać ze mnie przykładu – włosy można płukać również wodą z cytrynką lub octem własnej roboty. Można myć żółtkiem.

Jeśli o mnie chodzi, to mycie szarym mydłem i wodą z octem przejęłam z opowieści mojej Mamy. Gdy byłyśmy małe, opowiadała nam o swoim dzieciństwie na wsi z szóstką rodzeństwa (było to istne Bullerbyn, słowo daję). Wszystkie dziewczynki (Mama i jej cztery siostry) miały piękne, bujne, długie włosy. Nie było wówczas żadnych wynalazków do pielęgnacji, ba, nawet szamponów nie było (lata 50 i 60)! Babcia, czyli Mama mojej Mamy, myła córkom włosy albo szarym mydłem, albo żółtkiem. Potem płukała je wodą z octem. Pamiętam gdy pierwszy raz o tym usłyszałam, wydało mi się to niewiarygodne!

A teraz proszę, sama tak robię i sobie chwalę. I wyobrażam sobie swoją Babcię myjącą w ten sposób włosy córkom. Lubię takie klimaty. Przypominają mi się wtedy książki typu „Małgosia kontra Małogosia” czy „Godzina pąsowej róży”, choć nie jestem pewna, czy było w nich coś o myciu włosów.

Zdaję sobie sprawę, że powrót do przeszłości zakrawa na dziwactwo. W końcu postęp i technologia ułatwiają życie i poprawiają jego jakość, nie ulega to wątpliwości. Ale…

Wyobraźcie sobie sytuację sprzed roku:

Idę do sklepu, szukam półki z żelami pod prysznic i szamponami. Staję przed wielki regałem z milionem kolorowych butelek i zaczynam poszukiwania. Tu mam żele dla dzieci, tu dla kobiet, tam dla mężczyzn. Ten jest nawilżający, tamten odżywczy, a jeszcze inny odświeżający i relaksujący (!). O! A jeszcze tamtem odmładzający! I zwiększający seksapil! Ujędrniający! Zwalczający cellulitis!

A dla dzieci? Może wybiorę ten o zapachu gumy balonowej? Albo w butelce z księżniczkami? A może lepiej wezmę ten na skórę atopową?

Żel już wybrany? Teraz czas na szampon i odżywkę. Czy wybrać te do włosów suchych i łamliwych czy lepiej do suchych i zniszczonych? A może lepiej zestaw wygładzająco – nawilżający? I jeszcze trzeba zdecydować, czy lepsza będzie odżywka do spłukiwania, czy bez. Może dokupię też maseczkę na włosy, dla lepszego efektu?

Uf! Oczy mnie bolą i w głowie mi się kręci, ale wreszcie wybrałam. Dźwigam do kasy pięć lub sześć butli. Całe szczęście, że chociaż dla mężczyzn produkują coś takiego jak żel pod prysznic i szampon w jednym!

Odkąd przyzwyczaiłam się do mydła w kostce, opisane powyżej atrakcje mam z głowy.

Wchodzę do jakiegokolwiek sklepu, biorę kilka szarych mydełek Barwa (czasem dla odmiany wybieram jakieś inne w tekturce lub papierku), butelkę octu i basta! Raz na kilka miesięcy udaję się na poszukiwanie mydła z Aleppo. Ostatnio dwie kostki kupiłam w Uniwesamie Grochów, zburzonym w styczniu. Właśnie jestem w połowie drugiej kostki.

Szukając informacji o historii mydła (człowiek się trochę dokształci pisząc bloga), na blogu Biolander znalazłam bardzo interesujący artykuł.

Gorąco zachęcam Was do przeczytania go w całości – najlepiej z dziećmi, w ramach lekcji historii w edukacji domowej – natomiast tutaj przytoczę fragment najbardziej a propos:

Mydła glicerynowe, ziołowe, mleczne, owocowe, złuszczające, drenujące, antybakteryjne, owocowe, dekoracyjne, spa, w kostce, w płynie i inne dostępne są zarówno w zwykłych jak i internetowych sklepach. Jednakże… czy mają coś wspólnego z prawdziwym mydłem, którego niegdyś używali nasi przodkowie? Faktycznie to, co sprzedaje się dzisiaj pod etykietą “mydło” najczęściej nie jest mydłem w ogóle – a tylko detergentem! Tanim w produkcji (przy czym relatywnie drogim dla nabywcy), ładnie pachnącym i ciekawie wyglądającym i… niejednokrotnie szkodliwym dla skóry. Prawdziwe mydło jest twarde, niekiedy lekko chropowate i z pewnością nie tak atrakcyjne jak to, co zwykle kupujemy łudząc się, że nie tylko nam nie zaszkodzi, ale spowolni proces starzenia się skóry. Zatem, jakim byłoby mydło, gdyby było naturalne?

Powinno przede wszystkim usuwać zanieczyszczenia, martwy naskórek, nadmiar sebum, cząsteczki brudu, nadmiar substancji wydzielanych przez skórę i mających tendencję do rozkładu pod wpływem flory bakteryjnej, zachowując jednocześnie warunek utrzymania równowagi hydrolipidowej i biologicznej skóry, będącej jednym z warunków zdrowia. Oczywiście… nasze idealne mydło naturalne nie mogłoby powodować uszkodzeń, a nawet podrażnień skóry.

Wniosek: naturalne mydło, które w najwyższym stopniu może spełnić założone warunki powinno być mydłem zrobionym jedynie z naturalnych składników, których korzystne właściwości znane są od możliwie najdłuższego czasu, a ich wpływ na skórę jest co najmniej neutralny. Tak sformułowane warunki może już spełniać tzw. mydło marsylskie (woda, soda i oliwa z oliwek ). Jednakże, najlepszym przykładem jest mydło Aleppo (soda pozyskana z soli morskiej, oliwa z oliwek, woda, olej laurowy). To mydło powstało prawdopodobnie w Aleppo w Syrii, gdzie według wszelkich przesłanek wynaleziono sposób na wytwarzanie naturalnego wodorotlenku sodu przez oddziaływanie świeżym wapnem gaszonym na naturalną sodę (kaustyfikacja węglanu sodu) otrzymywaną w naturalny sposób ze słonych jezior sodowych albo z popiołów roślin solirodu zielnego (salicornia) porastającego zalewane okresowo słoną wodą obrzeża mórz.

Podsumowując, dlaczego mydło w kostce jest lepsze?

  1. Mniejsze i lżejsze (mniej dźwigania na zakupach)
  2. Zdrowsze (dodatek wody w mydłach w płynie sprawia, że szybciej się psują, co z kolei wymaga dodawania do nich substancji konserwujących)
  3. Bardziej wydajne
  4. Tańsze
  5. Można je kupić w opakowaniu papierowym lub luzem, na wagę (to ostatnie nie jest łatwe, ale możliwe)

Ogłaszam zatem zadanie trzecie w wyzwaniu #RokBezMarnotrawstwa:

#3 Zamień mydło w płynie na mydło w kostce

mydło w kostce zadanie zero waste

Jak Wam się podoba? Dacie radę?

Dopisek z 2 sierpnia 2016 roku:

W komentarzach dziewczyny napisały, że mydło w kostce wydaje im się niehigieniczne.

Oto więc moje propozycje dla miłośniczek mydeł w płynie:

  • Zróbcie sobie mydło w płynie z mydła w kostce.

Można do tego wykorzystać „ogryzki” mydeł albo zetrzeć na tarce całe mydło. Po prostu zalejcie te ogryzki lub starte mydło wodą i przelejcie do dozownika.

W wersji dla leniwych, ale cierpliwych – włóżcie do słoika kostkę mydła, zalejcie wodą i mieszajcie, masujcie, aż się rozpuści – potrwa to pewnie kilka dni.

Możecie dodać do takiego mydełka  kilka kropli olejku zapachowego.

(Inez Herbiness ladnie opisuje jak zrobić nie tylko mydła w płynie, ale i w kostce)

  • Do kąpieli i mycia włosów przydzielcie każdemu z domowników oddzielne mydło – niech każdy ma takie jakie lubi, na swojej własnej mydelniczce.

Ja na przykład polubiłam różane mydło Barwy w wersji 200 g. W tej serii jest też świetne oliwkowe. Z tego co zdołałam się przekonać (testuję je od miesiąca), będą świetnym zamiennikiem mydła z Aleppo. Bo i tańsze, i polskie.

 

Dopisek z 7 marca 2019: O mydle w kostce przy okazji drugiej edycji wyzwania Rok Bez Marnotrawstwa napisałam tutaj – klik

21 komentarzy

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *