Wychodzenie ze strefy komfortu na wakacjach czyli o żeglowaniu by Kornelia Orwat

Wychodzenie ze strefy komfortu na wakacjach czyli rzecz o żeglowaniu

Po co wychodzić ze strefy komfortu, skoro jest strefą komfortu?

W strefie komfortu – jak nazwa wskazuje – czujemy się komfortowo. Po co więc to zmieniać? Hej! Jak to po co? Żeby wejść do jeszcze bardziej komfortowej strefy komfortu! To oczywiste, prawda?

Zaraz zaraz, tylko skoro moje wychodzenie ze strefy komfortu oznacza, że zaczynam przygodę z żeglarstwem, mimo że boję się przechyłów i w ogóle uważam, że lepiej (wygodniej, spokojniej, bezpieczniej… noooo bardziej komfortowo po prostu) jest spędzać wakacje na lądzie, to gdzie jest ta bardziej komfortowa strefa komfortu? No? Gdzie? Na żaglówce, która się przechyla i buja tak, że flaki się człowiekowi przewracają i wyobraża sobie jak to będzie, kiedy się wszystkie nasze rzeczy (w tym dzieci) zamoczą (utopią)?

Otóż nie.

Nie wychodzimy ze strefy komfortu po to, by wejść do jeszcze komfortowszej (Nie ma takiego słowa? Już jest!). My z niej w ogóle nie wychodzimy. My ją poszerzamy! Rozciągamy tak, że aż boli.

I ja tak właśnie rozciągnęłam swoją strefę komfortu, ucząc się żeglowania. A zrobiłam to dlatego, że mój Mąż pokochał żeglowanie. Zrobiłam to dla niego, hehe. Ale tak naprawdę to dla siebie.
Po to, żeby czuć się pewniej (wygodniej, spokojniej, bezpieczniej, bardziej komfor… no wiadomo) na wspólnych wakacjach. Zresztą, Mąż mnie dużo nauczył i zmobilizował.

Żeglujemy tak sobie razem już (dopiero?) trzeci sezon. I dopiero teraz mogę powiedzieć, że czuję się jako tako pewnie jako sternik, natomiast bez wsparcia bardziej doświadczonego sternika nie odważyłabym się wypłynąć. Nabieranie pewności, swobody w prowadzeniu żaglówki wymaga jednak doświadczenia i talentu, którego, jak przypuszczam, za wiele nie mam. No ale powoli, powoli, poszerzam tę swoją strefę komfortu i czuję się coraz pewniej. Co więcej – mam z tego dużą frajdę! Podoba mi się!

I w tym właśnie miejscu chciałam podzielić się z Wami taką oto refleksją na temat wychodzenia ze strefy komfortu w kontekście wychowania i edukacji.

Generalnie jestem zdania, że dzieci (tak jak i dorosłych) nie należy do niczego zmuszać, że z niewolnika nie ma pracownika, że nawet i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, a z pustego to i Salomon nie naleje.

Ale – jak się przekonałam na własnej skórze, i to nie tylko ucząc się żeglarstwa – że czasami niewolnik jednak lubi swoją pracę, a owies w Paryżu może smakować jak ryż (co do Salomona to nie wiem, może jakaś kapka na dnie została czy coś?). Innymi słowy, bywa tak, że kiedy już wyleziemy z tej wygodnej, wygrzanej, wyleżanej strefy komfortu i zrobimy coś, czego nam się strasznie, ale to strasznie nie chciało robić, odkrywamy, że… to jest fajne!

Czasami – jak to było ze mną i żeglarstwem – to odkrywanie odbywa się na raty, powolutku, po trochu, i musimy wyłazić z tej nieszczęsnej strefy kilkanaście razy, i za każdym razem okrrropnie nam się nie chce, dopóki w końcu, za którymś -nastym albo -siątym razem wreszcie się zachce. I to będzie oznaczało, że poszerzyliśmy naszą strefę na “k”.

No ale jaki z tego wniosek i gdzie tu kontekst edukacyjno – wychowawczy? Otóż wniosek z tego taki, że czasami – pardonnez le mot – trzeba nasze dzieci kopnąć w część ciała na “d” i zmusić, by wyszły ze swoich stref komfortu i zrobiły coś, czego robić im się strasznie, ale to strasznie nie chce. Oczywiście z zastrzeżeniem zachowania zdrowego rozsądku, czyli uważności na to, czy pojawia się efekt poszerzania strefy komfortu tudzież (no lubię to słowo!) frajdy i satysfakcji. I dumy! Bo pokonaliśmy strach, niepewność, brak wiary w siebie, lenistwo i inne rzeczy.

No, to ja teraz pokonam lenistwo i napiszę Wam, gdzie jeździmy na wakacje i w jakich konfiguracjach dzieciowo – małżeńskich.

Tak, jak Wam obiecałam już dawno temu. A wiecie, dlaczego muszę pokonać lenistwo? Bo z artykułami – obiecankami jakoś tak jest, że zawsze mam natchnienie na napisanie czegoś innego niż to, co obiecałam. Ale obiecałam, więc…

Zacznę od żagli (no ba!).

Żeglować jeździmy na Mazury i nad Zalew Zegrzyński. Na Zegrzu wypożyczamy na pół dnia małe żaglówki sportowe Sigma w firmie Zegrze 360. Na Mazurach korzystamy z czarteru żaglówek u Michała Bielaka, ale zdarzało nam się korzystać na zasadzie last minute z usług firmy Anel Jacht w Mikołajkach i też byliśmy zadowoleni. Tak naprawdę firm czarterujących żaglówki jest na Mazurach krocie, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło “czarter jachtów Mazury” i już. Do wyboru do koloru, cenowo też.

Ale zaraz zaraz, zanim wyczarterujecie jacht, musicie zrobić sobie uprawnienia, czyli patent żeglarza. Zgodnie z przepisami wystarczy, by jeden członek załogi miał patent, jednak moim zdaniem, aby pływać bezpiecznie i bez nerwów, to znać się na żeglowaniu powinny co najmniej dwie osoby, szczególnie, jeśli pływamy z dziećmi.

No to płyniemy!

Jeśli chcecie zacząć przygodę z żaglami, bardzo polecam szkołę żeglarstwa Gertis z Giżycka, która organizuje między innymi indywidualne rejsy szkoleniowe. Mąż zafundował mi taki rejs i to był naprawdę świetnie spędzony tydzień wspólnego urlopu! Płynęliśmy w pięć osób: ja, mąż, nasz najstarszy syn, siostrzenica męża i instruktor.

Taki rejs wydaje się być dość drogi, ale biorąc pod uwagę fakt, że kursy na patent sternika też nie są tanie, a w dodatku trwają czasem kilka miesięcy (weekendowe), rejs szkoleniowy jest bardzo fajną opcją.

Aha, zapomniałam. Jeśli chcecie zacząć przygodę z żaglami, spróbujcie najpierw popłynąć w choćby krótki rejs z kimś doświadczonym, by zobaczyć, czy Wam się spodoba. Chyba że bez próbowania chcecie od razu poszerzyć swoją strefę komfortu, tak na zasadzie – no risk, no fun.

A co z dziećmi?

Jeszcze uwaga dotycząca dzieci. My zaczęliśmy pływać, gdy nasze dzieci były już duże, więc nie mam doświadczeń w żeglowaniu z małymi dziećmi. Na pewno jest to wyzwanie, zwłaszcza z uczącymi się chodzić, wspinać i skakać kilkulatkami, ale znam rodziny, które dają radę. Ja przyznam, że największą frajdę mam pływając BEZ dzieci, a przynajmniej bez SWOICH dzieci, bo odpada mi wiele stresów, a ponadto, jak pisałam ostatnio, wakacje mama w edukacji domowej (i w ogóle każda chyba mama małych dzieci) ma tak naprawdę wtedy, gdy może odpocząć od dzieci. Taka jest prawda, czy kto chce czy nie, i nasza miłość do dzieci (ogromna, w to nie wątpię!) nie ma tu nic do rzeczy.

Jasne, z dziećmi też jest super (nie wiem jak wy, ale ja zawsze się cieszę na wakacje bez dzieci, a potem mam takie małe, malutkie wyrzuty sumienia, że nie ma ich z nami, bo przecież jest TAK fajnie!), tylko że nasze dzieci najbardziej w żeglowaniu cenią sobie kontakt z kuzynami (bo pływamy stadnie, z rodziną, w kilka żaglówek), który to kontakt odbywa się w kabinie, gdzie nie ma słońca (witamina D3) ani wiatru (żywioł) ani widoków (kontakt z naturą), ani zwrotów przez sztag czy rufę (wysiłek fizyczny), za to są planszówki, karcianki, książki (czytniki) i kolorowanki.

Ale na szczęście jest woda w jeziorze i dzieci (zazwyczaj) chętnie do niej wskakują – jeśli na środku jeziora, to w kamizelkach ratunkowych – żeby popływać.

Plusy i minusy rejsów wakacyjnych.

Żeglowanie mazurskie, czyli takie dłuższe, jedno lub dwutygodniowe, oprócz tego, że ma bardzo wiele plusów (witamina D3, żywioł, kontakt z naturą, wysiłek fizyczny i cisza, pod warunkiem, że nie pływa się po jeziorze Mikołajskim, na którym jest więcej motorówek i skuterów niż mew), ma też kilka minusów. Do minusa numer jeden zaliczyłabym fakt, że przebywamy, mieszkamy na małej przestrzeni. Kabiny są zazwyczaj mniejsze od mieszkań, w których spędzamy nasze życie, więc wciąż się w nich czegoś szuka, wciąż się nie wie, gdzie co jest, wciąż się coś gubi (to wszystko jedno i to samo ale chciałam wam zobrazować), wciąż się ktoś o kogoś potyka, przepycha, przełazi…

Mówiąc krótko, żyje się w bałaganie i ciasnocie. Ale jeśli większość czasu spędzamy w kokpicie, czyli na wierzchu, czyli na słońcu (albo na deszczu), to tego bałaganu ani ciasnoty nie odczuwamy. Odczuwamy za to wiatr we włosach, kormorany i czaple, słońce i deszcz, upał i chłód oraz dreszczyk emocji, gdy mijają nas motorówki albo gdy wieje piątka. (Niektórzy – na przykład ja – odczuwają dreszczyk emocji nawet gdy wieje trójka, ale ja jestem wyjątkowo oporna na wychodzenie ze strefy lądowego komfortu, jak już wspominałam wyżej.)

Plusem tego minusa jest tak zwany efekt kozy, albo – jak ja to mówię – efekt łał po powrocie do domu. Objawia się to tym, że gdy wracamy z tygodniowego rejsu do domu, to wykrzykujemy “Łał! Jak to nasze mieszkanie jest OGROMNE! Jakie ładne! A jaki tu porządek!”.

I powiem Wam, że to jest coś, dla czego warto spróbować takiego tygodniowego rejsu na Mazurach. O tak!

Prawdę mówiąc, kwestia plusów i minusów to rzecz gustu, bo to, co dla jednych będzie wspaniałe (wiatr we włosach i deszcz i walka z żywiołem), dla innych – nieznośne i męczące. I odwrotnie. Ktoś może na przykład lubić kontakt z naturą do tego stopnia, że chodzenie z saperką do lasu w celu oddania naturze tego, co wcześniej dała, zupełnie mu nie przeszkadza, a znów ktoś inny uzna to za rzecz absolutnie nie do przyjęcia i nie do zrobienia. (Wtedy nie pozostaje mu nic innego, jak tylko nocowanie w portach zamiast “w krzakach”.)

No to wychodzimy…

Jak widzicie, wracamy tutaj znów do kwestii wychodzenia ze strefy komfortu, do jej poszerzania. Tak, zdecydowanie, żeglowanie świetnie się do tego celu nadaje.

Ale, ale. Czy nie wydaje wam się, że ten artykuł zrobił się nieco za długi? A przecież miałam wam napisać o innych miejscach, w które jeździmy na wakacje, i o tych różnych konfiguracjach, czyli gdzie z mężem, gdzie z dziećmi, a gdzie sama… O rety, tego przecież nie da się zrobić w jednym artykule!

No dobrze. Zatem do przeczytania za tydzień! Będzie o wakacjach po raz trzeci. A co! W końcu nadal trwają.

Może zainteresuje was fakt, że napisałam kiedyś artykuł na temat tego, jak być zero waste na żaglach. O, tutaj:

4 komentarze

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Pola wymagane zaznaczone są *