Używaj termosu lub bidonu czyli zadanie #29

Używaj termosu lub bidonu czyli zadanie #29

Wydaje się, że to co Wam dziś proponuję, jest banalne i oczywiste. Używaj termosu lub bidonu.

– „Hej, przecież wiemy, że istnieje coś takiego jak termos czy bidon!” – zawołacie.

A jednak. Niby wiemy, że istnieją, ale czy pamiętamy o nich, wychodząc z domu? Do pracy, do szkoły, na zajęcia, na zakupy, na wycieczkę, w podróż?

Śmiem twierdzić, że oprócz naprawdę wyczulonych na kwestie zero waste osób, większość z nas, przeciętniaków (a to wyzwanie skierowane jest do takich właśnie przeciętniaków), zamiast zabrać termos z herbatą czy choćby wodą, kupuje po prostu na mieście (czy na wsi) wodę lub inny napój w jednorazowej butelce albo w jednorazowym kubku.

Z mojego wielkomiejskiego punktu widzenia, przyznaję: miasta nas rozleniwiają. Wiemy, że wszędzie możemy nabyć coś do picia (przeważnie w jednorazowym plastiku), w wielu miejscach możemy też napić się z plastikowego dystrybutora wody w plastikowym kubku (brzmi uroczo, prawda?).

Biję się w piersi! Pozwalałam kiedyś dzieciom wyciągać plastikowe kubeczki z dystrybutorów na wodę w przychodni lekarskiej i nalewać sobie wody. Czasem „szło” po kilka kubeczków na raz, bo oczywiście każdy musiał mieć swój, w dodatku pić chciało się kilka razy w ciągu jednej wizyty…

Odkąd założyłam bezśmieciowe okulary, przeraża mnie widok kosza na śmieci obok takiego dystrybutora na wodę. Ileż niepotrzebnych śmieci!

A wystarczy pamiętać o zabraniu ze sobą z domu jakiegoś wielorazowego pojemnika na wodę. Hmm, łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. Nad takim nawykiem trzeba popracować, wiem to z własnego doświadczenia. Zapominanie to moja druga natura.

Jednak odkąd w szafce na miski trzymam również termosy, kubki termiczne i bidony (z braku miejsca w innych szafkach), które za każdym razem gdy sięgam po miski muszę wyjmować – wierzcie mi – nie mogę o nich nie pamiętać!

Moja droga do termosu była długa (nie mówię o sytuacjach, gdy idziemy w góry czy do lasu i potrzebujemy zapasu rozgrzewającej herbaty).

Zaczęło się od picia wody z kranu i rezygnacji z kupowania wody butelkowanej. Od rezygnacji z plastiku (to proces, który jeszcze się nie zakończył i nie wiem czy kiedykolwiek zakończy – każdy kto próbuje, wie jakie to trudne).

Zaczęłam z grubej rury, czyli od noszenia (a było to lato) wody w butelkach szklanych. Były to małe buteleczki po soczkach „Kubusiach”. Żeby się nie tłukły, kupiłam dla nich „ubranka” w postaci termicznych pokrowców do butelek z mlekiem dla niemowląt. Choć byłam z siebie bardzo dumna, pomysł okazał się niewypałem. Nie dość, że buteleczki były za małe jak na duże letnie pragnienie, to jeszcze nikomu nie chciało się pakować ich do tych pięknych (i drogich) pokrowców, nie mówiąc o trudnościach ze znajdywaniem tychże (złośliwie chowały się gdzieś, kiedy ich potrzebowaliśmy).

Zaczęłam zatem używać dużej, półtoralitrowej butli szklanej. Podpatrzyłam gdzieś sprytny sposób na chronienie jej przed stłuczką – mianowicie pakowałam ją w skarpetę. Super fajny pomysł! Jak kolorowo, mięciutko i hipstersko wygląda taka butla, mmm… Niestety, któregoś razu Rodzynek upuścił jedną taką skarpetę z butlą w środku niosąc ją z samochodu do domu. Efekt – kałuża wody koło windy i skarpeta pełna odłamków szkła. Genialne, prawda?! I jakie hipsterskie!

Cóż… stalowy bidon od dawna był moim marzeniem, ale te które umiałam znaleźć w sklepach internetowych są bardzo drogie. Dostałam ostatnio właśnie taki na imieniny, i nie powiem żeby był na tyle genialny, żeby był wart aż tak wysokiej ceny, bo po pierwsze, dziubek ma z tworzywa, a po drugie – trzeba nosić go w pionie, bo „dziubek” przecieka, i choć jest to uzasadnione z powodu otworu do odpowietrzania „dziubka”, to jest trochę kłopotliwe. Te tańsze bidony natomiast są zrobione z aluminium i mają bardzo wąskie otwory, co uważam za niepraktyczne z punktu widzenia utrzymywania ich w czystości. Poza tym, łatwo znaleźć bidony stalowe, które niestety mają plastikowe dziubki czy nakrętki o skomplikowanej konstrukcji, która sprawia, że ani to umyć, ani naprawić).

Nawiasem mówiąc, mój Mąż od dawna używa plastikowego bidonu, który zabiera na wyprawy rowerowe, i jest zadowolony. Ja tego zapachu i smaku plastiku w wodzie nie trawię.

Drogą kompromisu zacząłam używać tego co miałam pod ręką, czyli… termosu.

Ma elementy plastikowe, ale przynajmniej jest trwały (w domu mojej dziewięćdziesięciotrzyletniej Babci jest w użyciu blisko czterdziestoletni termos plastikowy ze szklanym wnętrzem!). Przy tym termos ma kubeczek, co okazuje się bardzo praktycznym rozwiązaniem, kiedy potrzebujemy nabrać wody z kranu gdzieś na mieście. Zazwyczaj wylewki kranu są umieszczone tak nisko, że nie da się nabrać z nich wody do butelki. Wtedy kubeczek służy nam jako czerpak. Termos jest nietłukący i nie waży więcej niż szkło. Może nosić nam i wodę, i herbatę, i kawę. Co kto lubi. Jest łatwo dostępny na rynku: do wyboru, do koloru, do rozmiaru, do ceny. No i zapomniałabym o tym, z czego termos słynie najbardziej! Zachowuje temperaturę napoju. Co znaczy, że zimą woda w nim nie zamarznie, a herbata nie wystygnie. A latem na odwrót. Czy jakoś tak.

Podsumowując zalety termosu:

  1. Trwałość i niezniszczalność (nie stłucze się).
  2. Kubeczek jako pokrywka (można łatwo nabrać wody z kranu w miejscu publicznym).
  3. Uniwersalność (do ciepłych i zimnych napojów).
  4. Dostępność (łatwo go kupić, są i tańsze i droższe).
  5. Izolacyjność (wiecie o co chodzi!).

Z uwagi na powyższe, niniejszym, jednakowoż i zatem!

Zadanie #29 brzmi: Używaj termosu albo bidonu!

używaj termosu lub bidonu

Aha, i zapraszam Was do zapisywania się na Listy od Kornelii O…! (Okienko do zapisów na dole strony.) Ślę je co dwa tygodnie, informując co nowego pojawiło się na blogu i na co aktualnie choruję (bo ostatnio ciągle choruję…).

Powiązane wpisy

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.