Przepis na gofry z najdłuższym na świecie wstępem nie na temat

Przepis na gofry z najdłuższym na świecie wstępem nie na temat

Pisałam ostatnio, że muszę zastanowić się, po co piszę bloga.

I właśnie odkryłam jeden z powodów. Bardzo pragmatyczny.

Otóż bloga piszę, bloga mam po to, bym miała co robić, gdy już mi się nie chce NIC. Gdy moje morale i kondycja psychofizyczna leży i kwiczy. Gdy na myśl o kiwnięciu choćby palcem przy pracach domowych mój mózg mówi „NIE”, gdy nawet czytać (nawet magazynów o urządzaniu wnętrz!) ani dziergać na szydełku ani iść do kina mi się nie chce, gdy mam ochotę wleźć do łóżka i nie wstawać przez tydzień.

I wtedy, wtedy właśnie odpalam bloga.

Bo tutaj zawsze jest co robić i zawsze można znaleźć coś, co nie wymaga prawie żadnego kiwnięcia palcem. Można na przykład usuwać niepotrzebne kategorie, włączyć chmurkę tagów (jest na samym dole, pod archiwum) i wrzucić logo z tagline’em, czyli tą linijką z opisem. I ma człowiek poczucie, że COŚ zrobił. I morale leci w górę. Tak leciutko, troszeczkę, ale zawsze.

No i właśnie dziś, gdy zrobiłam to COŚ, czyli między innymi usunęłam kilka kategorii („Nieperfekcyjna Pani Domu”, „podróże”, „wychowanie”, „śmiesznotki”, „Rok Bez Marnotrawstwa”, „blogowanie” nie są już kategoriami, tylko tagami, czyli słowami kluczowymi), pomyślałam, że tytuł „O tym, czego używam i co polecam plus przepis na gofry” jest może i niebanalny, ale ciut za długi jak na coś, co znajduje się w menu bloga.

Dlatego przepis na gofry ląduje tutaj, w tym oto artykule, który trzymacie w ręku i który będzie można sobie w każdej chwili wyszukać w okienku wyszukiwania, wpisując „gofry”. Zresztą, co ja Wam tłumaczę. Aha. Wspomniana zakładka w menu otrzymała tytuł „Polecajki”.

Zresztą w „Polecajkach” przepis też zostawię. Bo czemu nie?

A oto i on. Przepis na gofry. „Gofry mojej Mamy”.

Wypróbowywałam różne przepisy, ale moja rodzina twierdzi, że z tego wychodzą najlepsze.

Potrzebujemy:

5 jajek, 0,5 kg mąki, 800 ml mleka, 2 łyżeczki cukru, 2 szczypty soli, 3 łyżki oleju.

Żółtka oddzielamy od białek, białka ubijamy, a resztę miksujemy w osobnej misce. Do wymieszanej masy dodajemy białka i delikatnie mieszamy, najlepiej drewnianą łyżką.

Rozgrzewamy gofrownicę (ok 4 min.), nalewamy ciasto, ale nie za dużo, bo „ucieknie” (na pierwsze gofry najlepiej nalać trochę za mało, żeby wyczuć jaka jest ta właściwa ilość) i pieczemy ok 4 min.

Po wyjęciu z gofrownicy (drewnianymi patyczkami, żeby nie uszkodzić powłoki) ustawiamy gofry pionowo do wystygnięcia. Ja robię tak, że na środku dużego talerza ustawiam szklankę do góry dnem i o nią opieram gorące gofry. To jest ważne, bo jak będziemy kłaść poziomo, gorące, jedne na drugich, to zmiękną i nie będą chrupiące. No chyba że lubicie niechrupiące.

Gofry szamiemy z cukrem pudrem, z białym serkiem, bitą śmietaną, marmoladą i czym dusza zapragnie.

Ja czasem modyfikuję przepis mojej mamy, dając mąkę pełnoziarnistą, albo gdy nie chce mi się ubijać osobno piany, to dodaję do ciasta pół łyżeczki sody oczyszczonej i łyżkę octu. Wychodzą trochę inne (nie takie superaśne), ale też znikają migiem.

Smacznego!

Gofry pieczemy oczywiście w gofrownicy DEZAL, którą polecam w „Polecajkach” (tam też wyjaśniam, dlaczego). Pieczemy z podwójnej porcji. Ekhm.

Już mi lepiej. 

Z leżącego i kwiczącego morale wydźwignęłam się na tyle, że napisałam ten oto artykulik, co sprawiło, że choć moja kondycja pychofizyczna nadal leży (a raczej siedzi w łóżku pod dwoma kocami z laptopem na kolanach), to morale ma się coraz lepiej (chyba przestało kwiczeć).

I po to właśnie są blogi. A kto nie ma bloga, ten niech sobie upiecze gofry. Też dżwigają.

Powiązane wpisy

1 Comment

  1. :-))))

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.