Po co mi ten eksperyment zero waste?

Po co mi ten eksperyment zero waste?

Chodził mi po głowie pomysł, żeby napisać Wam, że na jakiś czas przerywam eksperyment Zero Śmieci.

Pisałam już kilkakrotnie, że mam wątpliwości co do tego, że uda mi się kiedykolwiek osiągnąć cel pt.: „pusty kosz na śmieci”. Szczególnie ostatnio, kiedy chorowaliśmy, nie miałam do tego wszystkiego głowy i nasz śmietnik zaczął zapełniać się jak dawniej.

Zdałam sobie sprawę, że rygorystyczne trzymanie się zasad zerośmieciowych bardzo mnie ogranicza i wręcz powoduje paraliż logistyczny (mam tu na myśli zwłaszcza zakupy spożywcze, kiedy wolałam nic nie kupić niż kupić coś na styropianowej tacce i w folii).

Objawem wypalenia była też przewrotna satysfakcja, jaką zaczęło sprawiać mi kupienie czipsów albo krówek „mordoklejek”, (z których każda zapakowana jest przecież w dwa papierki!).

Przecież owoc zakazany smakuje najbardziej, prawda?

Neoficki zapał zaprowadził mnie na bezdroża. Bo niby miałam jasno wyznaczony cel i zasady, ale z drugiej strony – potrzeby swoje i rodziny. Kiedy cel zaczynał być ważniejszy niż potrzeby rodziny, miałam wyrzuty sumienia. Kiedy przeciwnie – potrzeby rodziny stawiałam na pierwszym miejscu – sumienie również mnie dręczyło.

Skończyło się więc tak jak można przewidzieć – uznałam, że mam w nosie eksperyment zerośmieciowy. Że nie będę niewolnikiem zasad Zero Waste (zresztą nigdy tak naprawdę nie byłam).

Jednak kiedy sprzedawczyni w piekarni z zainteresowaniem i podziwem zapytała, gdzie kupiłam taką świetną torbę do chleba (w tym wpisie możecie zobaczyć jej zdjęcie – to ten zielony worek), potem znów inna sprzedawczyni ucieszyła się, że mam swoje wytłaczanki na jajka, zaś znajoma zapytała jak robię kompost na balkonie… uznałam, że nie mogę się poddać.

Paradoksalnie, kiedy przestałam się tak przejmować każdym kubeczkiem po jogurcie czy torebką foliową wyrzuconymi do kosza, nabrałam większej ochoty do kontynuowania eksperymentu.

Przecież nawet Bea Johnson potrzebowała dwóch lat, żeby przejść na zerośmieciowość. A ja chcę w pół roku mieć pusty kosz?

Wyluzuj, kobieto, pomyślałam sobie.

Nie gryź się tak tym, że nie uszyłaś jeszcze woreczków na kasze i serwetek na stół, że nie zrobiłaś pasty do zębów (bo ksylitol sprzedają w torebkach foliowych, a fuj).

Nie martw się, że jesteś sto lat „za murzynami”, bo nie czytasz innych blogów zerośmieciowych zgrupowanych w „Zero Waste Bloggers Network”, a przecież cieszyłaś się, gdy Cię tam przyjęli.

Zresztą kto wie, może taka izolacja nie jest zła? Może sprzyja większej kreatywności, bo zamiast powielać cudze rozwiązania, wpadam na własne?

Od dawna, na przykład, rozmyślam nad rozwiązaniem dla zakupów mięsno-wędliniarsko-nabiałowych.

Słoiki są zdecydowanie niepraktyczne z powodu ciężaru i objętości, puszki blaszane nie sprawdziły sie, bo przeciekają (ale za to są dobre do fasoli, grochu itp., pod warunkiem że nie zapomnę ich zabezpieczyć recepturką), a znów torebki foliowe kiepsko się myje, więc ich wielorazowość jest dyskusyjna.

Wpadłam na pomysł wykorzystania pojemników-pudełek z przezroczystego tworzywa, takich w jakich kupuje się czasem faworki albo ciastka.

Z założenia są one jednorazowe, ale możnaby ich używać wielokrotnie. Ponieważ prawie nic nie ważą, odpada przy nich kłopot pt.: „Ale muszę przecież jakoś to zważyć”, kiedy to sprzedawcy ładują mięsko do foliówki, bo nie umieją wytarować wagi i zważyć towaru w blaszanym pudełku. Jest jedno „ale”: pojemniki te są nieporęczne, bo duże.

Jednak dziś krzyknęłam: Eureka! Pojemniki silikonowe!

Też są lekkie, składają się, a przy tym są naturalne (podobno, bo choć są z kwarcu, ich kolory przyprawiają mnie o palpitacje) i higieniczne.

Ich wadą jest wysoka cena, ponadto, po pobieżnym przejrzeniu internetu nie widzę tak dużych, jakich potrzebuję.

W każdym razie, jak widzicie, eksperyment zerośmieciowy nadal u nas trwa.

Chociaż kupujemy czasem mleko i śmietankę w kartonikach, jogurty w kubeczkach i o zgrozo, parówki w folii.

Chociaż zastanawiam się, czy jest sens zbierać makulaturę, skoro na osiedlu mamy segregację, a przecież muszę tę makulaturę zawieźć, spalając przy tym olej napędowy.

To nic. „Festina lente” – lubi mówić mój Mąż.

A dziś rano przeprowadziłam mini-wywiad z Najstarszym:

– Co to jest Zero Waste?

– To taki sposób na życie, żeby produkować jak najmniej śmieci.

– Czy umyłbyś zęby pastą zrobioną przeze mnie?

– Wszystko mi jedno, jaką pastą będę mył zęby.

– A czy używasz szarego mydła do kąpieli? (na naszej wannie stoi też płyn pod prysznic, którego używa Mąż)

– Jasne, już od dawna tylko takim się myję. Tylko włosy myję szamponem (tym „tatusiowym”).

– Czy myślisz, że takie działania jak nasze mają sens? Że to coś zmieni jeśli nasza rodzina będzie wyrzucać mniej śmieci?

– Myślę, że nie za bardzo… Ale gdyby więcej osób zaczęło robić tak jak my, to by dużo zmieniło.

No i jak mogę zrezygnować z eksperymentu i z opisywania go tutaj?

P. s. Gdy pisałam ten artykuł, przyszła Gwiazda ze sznureczkiem po obwarzankach i mówi: „Mamo, ten sznureczek nam się przyda do ozdób choinkowych.”

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.