płatki owsiane

Płatki owsiane forever!

Lubicie owsiankę? Bo ja tak!

Dawno, dawno temu, gdy byłam nastolatką, w czasopismach dla młodych dziewcząt czytywałam porady o tym, jak dbać o nastoletnią cerę. Rzecz traktowano całościowo. Holistycznie – jak byśmy dziś modnie powiedzieli. Mianowicie radzono, by na śniadanie jadać surówkę piękności (!), a do mycia trądzikowej cery używać płatków owsianych.

Surówka piękności była nie mniej, ni więcej, tylko imć panią owsianką.
Przepis na nią głosił, by miseczkę płatków zalać przygotowaną wodą i zostawić na noc. Rano takie namoknięte płatki należało doprawić miodem oraz tartym jabłkiem. Nie wydaje mi się, jakoby przepis uwzględniał dosypywanie do surówki piękności takich cudowności jak rodzynki czy orzechy, bo były to czasy tak zwanych niedoborów rynkowych, ale oczywiście te ingrediencje idealnie by się wpasowały i smakowo, i ideowo w naszą surówkę piękności.

Taka surówka miała znakomicie wpływać (i z pewnością wpływała!) na cerę, bo:

Po pierwsze – jabłko. A po drugie – płatki owsiane. Jedno i drugie bogate w różne zdrowe składniki. Cytuję za Wikipedią:

Świeże, nieuszkodzone jabłka zawierają witaminę C, większość innych witamin (B1B2B3B5B6B9B12A i RetinolE i tokoferolDKβ-Karotenlikopen) i minerałów, dużą ilość błonnika roślinnego, kwercetynę (4 mg w 100 g jabłek), a także pektynę (1÷1,5 g w 100 g świeżego jabłka).

Płatki owsiane zawierają ok. 68% węglowodanów, 13% białka, 7% tłuszczów (w tym nienasyconych kwasów tłuszczowych), 10% błonnika[1]

Kaloryczność: 379
Wapń: 52 mg
Magnez: 138 mg
Żelazo: 4,25 mg

W moim domu rodzinnym owsianki się na śniadanie nie jadało. Chyba nie było na nią w PRL mody. Jadało się za to kaszę mannę na mleku polaną sokiem owocowym. W każdym razie surówka piękności brzmiała egzotycznie i zachęcająco. I chociaż te namoczone w wodzie płatki nie smakowały jakoś rewelacyjnie, nawet z miodem i jabłkiem – to od czasu do czasu tę surówkę piękności sobie robiłam. A potem poszłam mieszkać po internatach i akademikach i o płatkach owsianych na śniadanie zapomniałam (Prawdę mówiąc, kompletnie nie pamiętam co jadałam na śniadanie w akademiku? Kanapki? Jajka?).

W dzisiejszych czasach owsianka to normalka. Chociaż… Kiedy widzę w sklepach całe regały zapełnione wilkami przebranymi w owcze skóry, czyli słodyczami udającymi jedzenie, czyli błyskawicznymi płatkami śniadaniowymi, co to pyszne i słodkie i wystarczy zalać zimnym mlekiem (albo i nie), no więc, kiedy to widzę, zastanawiam się, czy naprawdę owsianka na śniadanie to normalka.

Ale zaraz, zaraz. Artykuł miał być o zerołejście. No to o co z tymi płatkami owsianymi chodzi?

Ano, chodzi o to, że po pierwsze, płatki owsiane można kupić w torebkach papierowych, jak za króla Ćwieczka wszelkie kasze i ryże.

A dziś – wszystko w folii. A płatki owsiane – w papierku! Jakim cudem się ostały – nie wiem, ale proszę i błagam producentów – zostawcie płatki owsiane w spokoju, to znaczy w tych torebkach. Bo my, zerołejsterzy, te torebki z przyjemnością wykorzystamy po raz drugi jako opakowanie do kanapek na wycieczkę, lub do słoików z dżemem od cioci Oli z Janowa.

Po drugie, płatki owsiane są smaczne i zdrowe. I tanie jak barszcz, znaczy jak płatki. Owsiane. Bo takie na przykład kukurdziane kosztują około 20 zł za kilogram, zaś owsiane – jakieś 6 zł. W dodatku kukurydziane i inne im podobne wilki sprzedawane są w torebkach foliowych. A plastik, jak wiemy, jest passé. Niemodny po prostu. Aż dziw, że te wszystkie koncerny spożywcze jeszcze tego nie załapały! No proszę państwa!

Po trzecie, płatki owsiane, nie dość, że można zjeść, to jeszcze można się nimi umyć! Tak!

Wiecie, jak przeglądam Instagram, a przeglądam wiele kont traktujących o zerołejście, to widzę jakie to nowości kosmetyczne (zresztą nie tylko kosmetyczne) w stylu zero waste się pojawiają. Dziewczyny testują i chwalą się, opisują, jak im się to sprawdza.

I jasne, nie mam nic przeciwko nowościom zero waste, chwała im (tym nowościom) że się pojawiają, bo wszak postęp to rzecz zacna i praktyczna (nie wiem, co bym zrobiła bez zmywarki, pralki i smartfona). Ale… kupowanie tego wszystkiego nie zawsze jest zero waste. W ogóle kupowanie nie jest zero waste, i szczerze mówiąc, mam skrupuły reklamując się z moimi Zawijasnymi, i że chcę je sprzedawać, ale to temat na inny artykuł (ding-dong, koniec reklamy).

No więc, kupowanie nie jest zero waste, ale oczywiście kupować trzeba. (Z drugiej ręki, o ile to możliwe). Tak jest ten świat urządzony. Rzecz w tym, by kupować rzeczy trwałe, takie, które mają jak najmniej negatywny wpływ na środowisko i na nas. I wiem, że się powtarzam. Ale tak już jest ten blog urządzony. Piszę w nim o zerołejście i nie gonię w tym temacie za nowościami, tylko z uporem maniaka przypominam, że chodzi o NIE.

Nawet nie tyle o NIEwyrzucanie, bo na poziomie konsumentów nie mamy wyjścia, jak wyrzucać, a już systemy zbiórki i przetwarzania odpadów oraz wielki przemysł i to co zwie się gospodarką o obiegu zamkniętym powinny zadbać o to, by finalnie nic nie było wyrzucane – innymi słowy by nasze wyrzucanie nie było wyrzucaniem, tylko oddawaniem do recyklingu.

Chodzi o NIEkupowanie tego co zbędne, o NIEmarnowanie, NIEprzepłacanie.

Dlatego tak się cieszę, kiedy przypominam sobie o dawnych czasach: surówkach piękności i o tym, jak płatkami owsianymi myłam sobie swoją nastoletnią, pryszczatą facjatę.

A przypomniało mi się to niedawno, kiedy to nasz nastolatek dostał od lekarza receptę na drugi już, kosztowny specyfik na pryszcze, którego to specyfiku używać nie potrzebuje, bo mu pryszcze absolutnie nie wadzą. Mojego starego sposobu na mycie twarzy płatkami owsianymi wypróbować też nie potrzebował. Cóż. Cała nadzieja w córce, która na szczęście pryszczaty problem ma jeszcze przed sobą.

W każdym razie mycie twarzy płatkami owsianymi jest przemiłe i pamiętam je doskonale, bo pamiętam, jaką miałam po nim gładką skórę.

Stał sobie w łazience na półce słoik, z którego garścią zaczerpywałam troszkę płatków, którą to garść następnie wkładałam na chwilę pod kran, by się namoczyła. Powstałą papką „szorowałam” buzię i spłukiwałam wodą. Nie pamiętam, czy mieliśmy w umywalce sitko, w każdym razie teraz mamy (silikonowe, ze sklepu Tchibo, jakby kto pytał i jest superaśne), i sądzę że może być w praktykach płatkomyciowych przydatne.

Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że takie mycie jest doskonałe nie tylko dla cery trądzikowej, ale w ogóle każdej cery, z pewnością też tej wrażliwej i alergicznej. Poza tym takie mycie jest i myciem, i pilingiem, i maseczką jednocześnie.

Jeśli wszkaże ktoś lubi poleżeć z buzią jako owsianym ciasteczkiem – czemu nie, może zrobić sobie prawdziwą maseczkę. Nakładając na twarz dowolną owsiankę (surówkę piękności), czyli namoczone uprzednio płatki z różnymi fajnymi dodatkami typu maliny lub ogórki, bo czemu nie?

A propos ogórków, to zawsze o nich myślę, gdy widzę w drogeriach różne maseczki w torebkach.

Bo takie ogórki pokrojone w plasterki to świetna, tania i prosta maseczka. Zresztą nie tylko ogórki. Maseczki można robić ze wszystkiego. No, prawie.

Nie. Nie pytajcie mnie kiedy robiłam sobie ostatnio jakąkolwiek maseczkę czy piling (do tego celu znakomicie nadają się też podobno fusy od kawy). Nieważne. Ważne, że wiem, że się da. I że jest to super ekstra fajne (bo kiedyś dawno temu robiłam) i naturalne i zero waste. Bo można, na ten przykład, podwiędłego i niesmacznego już ogórka w ten sposób wykorzystać. Albo resztkę mizerii z obiadu zużyć, o ile wam jakieś resztki mizerii kiedykolwiek zostają, bo nam – nigdy przenigdy.

A propos (tak wiem, dwa akapity wyżej użyłam tego zwrotu, ale lubię francuskojęzyczne wtrącenia, ponieważ są bardzo chic i praktyczne, a poza tym mi wolno), więc a propos resztek, które nam zostają, to są nimi resztki owsianki.

Bo dzieci zawsze jakoś za dużo sobie nałożą, albo mleka za dużo naleją, albo coś tam jeszcze… i klops. To znaczy nie robię z nich (z tych resztek owsianki, nie z dzieci) klopsa, tylko dodaję (resztki owsianki) do naleśników. Sprytnie i chytrze przemycam do ciasta naleśnikowego. W zasadzie prawie nikt tego nie zauważa. Bo w naleśnikach ich ani widu, ani słychu. Wtapiają się, że tak powiem.

Tylko przyznam się wam po cichutku (psst!), że czasem niestety zapominam o tej nieszczęsnej resztce owsianki stojącej w lodówce i muszę ją wyrzucić. Ale nie róbcie tak jak ja! Róbcie naleśniki. Albo ciasteczka. Bo przypuszczam, że resztka owsianki świetnie przemyca się do różnych ciast, nie tylko do naleśnikowego. Ba. Zaczynam przypuszczać, pisząc te słowa, że resztki owsianki można przemycać do niemalże każdej potrawy! A może – nie bójmy się iść dalej – nie tylko przemycać, ale wręcz z premedytacją DODAWAĆ?

Tym oto sposobem przemyciłam (dodałam?) wam co najmniej trzy sprytne sposoby na wykorzystanie płatków owsianych w stylu zero waste, a przy okazji załatwiłam trzy kolejne zadania w naszym wyzwaniu Rok Bez Marnotrawstwa 2019. Voila!

Sposób pierwszy, czyli zadanie #26:
– Papierowe torebki po płatkach owsianych wykorzystaj ponownie.

Sposób drugi, czyli zadanie #27:
– Użyj płatków owsianych do mycia i pielęgnacji problemowej cery.

Sposób trzeci, czyli zadanie #28:
– Resztki owsianki zużyj do ciasta na naleśniki.

Smacznego! Pa!

A jeśli narobiłam wam smaku, to polecam się z innymi artykułami o zerołejstowym jedzeniu: o lanych kluseczkach, zupie krem z liści kalarepkisosie pesto z liści rzodkiewki.

4 komentarze

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *