obowiązki domowe

Obowiązki domowe. Studium przypadku. Naszego. Nie całkiem beznadziejnego.

Poprosiłam Sergiusza, żeby zrobił zmywarkę. A on mi na to: – Nie potrzebuję rodziców. Wystarczy mi nagranie z tekstem „Zrób zmywarkę.”*

No tak. Przyznaję się bez bicia. Eksploatuję tego naszego Najstarszego bezlitośnie. Zrób zmywarkę, wynieś śmieci, idź po chleb, jajka i jabłka, zdejmij pranie, umyj umywalkę, wyszoruj blachy z piekarnika, usmaż sznycelki, obierz ziemniaki…

Troszkę się zagalopowałam. Umywalkę umył może ze trzy razy w życiu, blachy szorował też ze dwa razy, to samo ze sznycelkami i ziemniakami. Ale pewną rutynę w obowiązkach sobie wypracował. Zmywarka-śmieci-zakupy. Taki magiczny trójkąt.

Dawniej były to: Zdjęcie prania-zmywarka-śmieci. Ale w momencie gdy zrobił mi naprawdę zdjęcie prania, czyli wziął aparat i cyknął fotkę, zrozumiałam, że czas na coś więcej. Czas na nowe wyzwania! I tak obowiązek pod tytułem zdjęcie prania przeszedł na młodszych, czyli Cyryla i Patrycję (zresztą pomagali mu w tym od dawna), a Sergiusz dostał dumnie brzmiące zakupy. Ściślej mówiąc, ma pilnować, by w domu zawsze był chleb, jajka i jabłka. I czasem coś jeszcze, jeśli taka potrzeba albo zachcianka się pojawią.

Dawno, dawno temu…

Zaczęło się od tego, jakieś pięć lat temu (a może siedem?), że powiedziałam: Basta! Nie będę sprzątaczką, praczką, gotowaczką i tragarzem! Czas zagonić do roboty darmozjady, czyli dzieci! (Na wszelki wypadek dodam, że Mąż nie był ani nie jest darmozjadem, o nie. To tak dla uzupełnienia obrazu.)

Dzieci, pieszczotliwie nazwane darmozjadami, miały wtedy pewnie po jakieś siedem, pięć i dwa lata, ale co tam – niech się uczą! Im wcześniej tym lepiej.

Zabrałam się za opracowanie mapy rzeczy, jakie są do zrobienia w domu. Z grubsza chodziło o to, by pokazać darmozjadom, ile to ja mam na głowie, ach ile ja mam spraw. A także Mężowi, który co prawda darmozjadem nie był, ale w mojej zakompleksionej głowie kiełkowała obawa, że może on za darmozjada uważać mnie. No bo nie powiem – dom nie błyszczał czystością, kolacja z czterech dań codziennie po powrocie z pracy na niego nie oczekiwała. Za to często gęsto oczekiwała na niego wściekła i narzekająca żona.

No i chodziło oczywiście o to, żeby te wszystkie rzeczy, które są do zrobienia w domu, rozdysponować. Zrobić podział obowiązków, innymi słowy.

Mapa obowiązków – tadam!

Na sporym kartonie narysowałam na środku dużą chmurę z napisem OBOWIĄZKI DOMOWE, a z niej wyprowadziłam linie prowadzące do mniejszych chmurek, z których wychodziły linie prowadzące do jeszcze mniejszych. W chmurki wpisałam nazwy rzeczy do zrobienia w domu, po czym pokolorowaliśmy je (chmurki, nie rzeczy) razem na różne kolory. Każdy domownik dostał swój kolor. Chodziło o to, by zdecydować, kto i co będzie robił.

Podgrzewałam atmosferę, mówiłam: – Zobaczcie, ile tego jest! I TO WSZYSTKO mamusia musi sama robić!…

Nie wiem, czy bardziej chciałam wzbudzić w naszych niewinnych, nieświadomych twardych życiowych realiów dzieciach litość, czy podziw.

Ale do rzeczy. Zmywanie podzieliłam na wyjmowanie ze zmywarkiwkładanie do zmywarki (nie wiem dlaczego, ale zapomniałam o zmywaniu ręcznym tego, co nie zmieściło się do zmywarki), pranie na wkładanie do pralki, wyjmowanie z pralki, wieszanie prania, zdejmowanie prania (tutaj, nie wiedzieć czemu, zapomniałam o roznoszeniu upranych rzeczy na miejsca).

Odkurzanie podzieliłam na wyjęcie odkurzacza, odkurzanie, schowanie odkurzacza. A nie. Przepraszam. Akurat tego nie podzieliłam, ale jakoś się tak przyjęło, że ponieważ odkurzałam i tak ja sama, sama, to wyjmowaniem odkurzacza zajmował się Cyrylek. Chyba to lubił.

Nie pamiętam dokładnie, ale na mapie chyba nie umieściłam pozycji prasowanie. Jest to czynność w naszym domu tak marginalna (choć prawdę mówiąc, nawet lubię prasować, tylko jakoś tak zawsze jest to rzecz, na którą brakuje czasu, albo mówiąc inaczej – rzecz, która na liście priorytetów leży na dnie albo nawet niżej), że o niej zapomniałam.

Na mapie znalazła się za to pozycja nakrywanie do stołu i dopiero w praktyce wyszło, że trzeba tę czynność jakoś rozdrobnić. W efekcie Patrycja „dostała” sztućce, Sergiusz talerze, a Cyryl – dzbanek z wodą. Działało to super, bo na hasło – nakrywamy do stołu – każde z dzieci wiedziało co ma robić i ochoczo robiło swoją działkę.

Ogólnie rzecz biorąc, przydzielanie obowiązków wyglądało tak, że kiedy mówiłam na przykład – No to kto weźmie mycie ubikacji? – zapadała krępująca cisza.

Summa summarum, jakoś nam (a może raczej MI) się udało to wszystko podzielić, mapa zawisła na honorowym miejscu w salonie przy stole i wisiała tak dobrych kilka lat.

Czy to działało?

Nie wiem. Po prawdzie, to nie pamiętam. Na pewno trochę tak. Częściowo przez samo to, że WISIAŁO i rzucało się w oczy. Chciałam napisać: „kłuło w oczy”, ale nie wiem czy kłuło. Bo, jak napisałam w poprzednim artykule o obowiązkach, takie rzeczy, jak grafiki czy mapy obowiązków lubią wtapiać się w tło, upodabniać do białej ściany, stawać niewidzialne… no wiecie jak to jest.

Działało też trochę dlatego, że zawsze mogłam przypomnieć, kto co powinien zrobić i nie było to tamto. Inna sprawa, że dzieci były wtedy naprawdę dość małe, i od takiej dwuletniej (a może czteroletniej?) Patrycji za dużo wymagać nie mogłam. Jednak krok po kroku, powoli, dzieci uczyły się robić różne rzeczy. I choć nie ma się tu czym zbytnio chwalić, to przyznać muszę, że wyrobili sobie pewne nawyki, i nie jęczą (?!), gdy mają zrobić tych kilka „nawykowych” rzeczy.

W międzyczasie nauczyłam się, że w tym przypadku, jak i zresztą w innych, doskonale sprawdza się zasada „mniej znaczy więcej”.

Jedna rzecz. 

Uznałam, że najprościej będzie, jeśli każde dziecko dostanie JEDEN obowiązek na dłuższy czas. (Aktualnie czytam świetną ksiażkę „Jedna rzecz”, która potwierdza słuszność mojego wniosku.)

Niech go opanuje do perfekcji, niech się wyspecjalizuje. Na pewno nie powie, że zapomniał(a). Bo JEDNEGO nie zapomni, prawda? (Hm…)

Zasada jednej rzeczy działa nie tylko długofalowo. Działa też na co dzień. Po pierwsze wtedy, kiedy ustalamy co jest do zrobienia w domu w danym dniu i rozpisujemy listy zadań dla każdego. Po drugie wtedy, kiedy proszę dzieci o pomoc taką „na już”. Bo jestem w gorącej wodzie kąpana i potrafię powiedzieć na jednym wydechu: – Zróbcie zmywarkę i sprzątnijcie ze stołu!

I co? Nie wiadomo, po pierwsze, KTO konkretnie ma to zrobić, a po drugie – CO ma zrobić. (Już widzę te spanikowane, pędzące na łeb na szyję neurony w głowie moich chłopaków pochłoniętych rozgrywką w Rebelię: – Jak? Co? Gdzie? O co chodzi? Zmywarka? Co to jest zmywarka? Sprzątanie? Co ona chce?)

Więc muszę pilnować się, żeby mówić: – Cyryl, wyjmij naczynia ze zmywarki, proszę. – Sergiusz, uprzątnij stół, proszę. – Patrycja, nakryj do stołu. Proszę!

Podsumowując. Jedna rzecz na dłuższą metę. Jedna na dany dzień. Jedna na dany moment, potrzebę chwili.

A teraz kilka naszych patentów.

1. Baza.

bazie już kiedyś pisałam. Wprowadziliśmy to hasło już chyba ze sześć lat temu. Oznacza poranne czynności: ubranie się, pościelenie łóżka, umycie zębów. Wystarczy przypomnieć porannemu maruderowi: – Baza! – i wszystko jasne. (Napisała ta, co dziś do południa paradowała w piżamie. A co? Jest bardzo wygodna. Ta piżama.)

2. Lista.

Lista jest prostym narzędziem, które dobrze działa na nasze dzieci. Nie jakaś długa lista zadań do zrobienia na dziś, jutro i za miesiąc. Lista na dziś. Krótko i na temat. Baza, angielski, śmieci, podwórko, gimnastyka. Im młodsze dziecko, tym krótsza lista. Z miejscem na odhaczanie. Samodzielnie napisana przez zainteresowanego. Tutaj muszę nadmienić, że u starszych nieco odchodzimy od zasady jednej rzeczy, bo takie śmieci no to proszę państwa, to jest pikuś dla czternastolatka. On ma do tego jeszcze zakupy i parę innych rzeczy, które „wychodzą w praniu”, czyli w ciągu dnia.

3. Specjalizacja.

Czyli zasada jednej rzeczy. Opisana powyżej.

A tak w ogóle, to… możliwości dzieci poznaje się w biedzie.

Czyli w chorobie. Bo kiedy w lutym chorowałam i nie miałam siły na nic, to właśnie dzieci musiały zająć się wszystkim. Bo Mąż w pracy. A ja leżę i kaszlę. Więc dzieci się zajęły. Zakupami, gotowaniem, sprzątaniem (no… sprzątaniem to może niezupełnie). Przynoszeniem chorej mamie wody, herbatki, kanapek i obiadu. I choć jedliśmy kebaba i mrożoną pizzę, to jedliśmy też makaron z sosem pesto i gotowaną cieciorkę. I choć nie było za czysto, to jakoś przeżyliśmy. Zdałam sobie przy tym sprawę, jaką Zosią Samosią jestem na co dzień.

Na zakończenie przytoczę bardzo zgrabne powiedzonko mojej Mamy:

Nie tam jest czysto, gdzie wszyscy sprzątają, ale tam, gdzie nie bałaganią.

Rzczywiście zgrabne, prawda? Ale co to znaczy – nie bałaganią? To przecież znaczy – sprzątają (a jednak sprzątają!) po sobie, odkładają rzeczy na miejsce, słowem – starają się utrzymać status quo.

Mówię: – Kiedy wychodzisz po wzięciu prysznica, zostaw łazienkę w takim stanie, w jakim ją zastałeś. Czyli: powieś swój ręcznik do wyschnięcia, wytrzyj mokrą podłogę, popraw dywanik, odsłoń rolety na oknie.

Tak. Takie rzeczy trzeba dzieciom tłumaczyć. Przypominać. Nie jest to dla nich oczywiste (a może dla innych, nie naszych – jest?).

I przyznam szczerze, że tego tłumaczenia mam często dość. Tego pilnowania, przypominania, pokazywania. Myślę, że wiele z nas tak ma. I dlatego tak kuszące są wszelkiego rodzaju systemy motywacyjne i grafiki obowiązków. Bo chciałybyśmy (chcielibyśmy), żeby to sobie tak ładnie działało samo, jak nakręcone. Ustalamy podział obowiązków, wieszamy grafik, wymyślamy nagrody, i pyk! Działa! Wszyscy wiedzą co i jak i robią. Nic nie trzeba przypominać, niczego pilnować. Magia!

Magia sprzątania według grafiku?

Nieeee, to tak nie działa. „Mamo, ale ja zapomniałem. Ale ja zapomnę, że jest grafik. Zapomnę spojrzeć na grafik.” „Mamo, ale ja zapomnę, że jak umyję wannę to dostanę bonus (granie na komputerze).” Tak, tak. Pamięć jest zawodna, zwłaszcza pamięć nastolatka, który ma ważniejsze rzeczy na głowie.

Dlatego myślę, że te systemy motywacyjne są trochę bez sensu. Bo wiecie co? Najlepszą motywacją jest potrzeba. Taka jak potrzeba zadbania o jedzenie, gdy mama jest chora. Albo potrzeba posprzątania stołu, kiedy chce się zagrać w planszówkę.

Tylko jak ja mam wykształcić w dzieciach potrzebę mycia podłogi w kuchni, kiedy się lepi, a im to w ogóle nie przeszkadza?!

 

*Parafraza z naszego ulubionego „Calvina i Hobbesa” Billa Wattersona (tom 6. „Rozwój nauki robi brzdęk”). W oryginale jest tak: „Nie potrzebuję rodziców. Wystarczy mi nagranie z tekstem: „Idź pobawić się na dworze.”

5 komentarzy

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *