Nowe Rozdanie, czyli nie taki diabeł straszny

Nowe Rozdanie, czyli nie taki diabeł straszny

Ech. Na pocieszenie uszyję sobie torbę, pomyślałam, docierając do pustego mieszkania. Tak! Nie przesłyszeliście się – do pustego! Naprawdę!

Ten, kto ma dzieci w edukacji domowej lub mieszka na przykład z babcią, dziadkiem czy bratem z żoną, to wie, że tak zwane puste mieszkanie nie zdarza się często. A kiedy wraca się do takiego pustego mieszkania, to ma się tysiąc pomysłów, jak tę pustkę zagospodarować. Odetchnąć! Zrobić kawę! Napisać coś! Uszyć! Udziergać! Poczytać! Posłuchać!
A przede wszystkim – posiedzieć w ciszy. I pustce.

Tak. A w ogóle to miałam napisać artykuł z listą książek.

Naszych, popularnonaukowych, dziecięco-młodzieżowych. Zrobić ciąg dalszy spisu naszej dziecięcej biblioteczki. Pierwsza część była wszak niedawno, to znaczy jakieś dziewięć miesięcy temu.

Ale ponieważ trafiło nam się jak ślepej kurze ziarno tak zwane Nowe Rozdanie, czyli zaczął się Nowy Rok Szkolny, czyli skończyły wakacje, czyli wróciliśmy z Żagli Bez Dzieci (to takie coś, co polega na tym, że jest się na żaglach, ale to nieważne, ważne że przez tydzień BEZ swoich dzieci, a za to z mężem i ewentualnie z dziećmi cudzymi, ale co nam to, i to jest fajne)…
A więc, ponieważ jest Nowe Rozdanie, to ja mam Nową Depresję, bo zaplanowałam sobie To i Owo, które mi jak zwykle (?!) nie wychodzi.

To i Owo oznacza nie tylko moje osobiste plany (związane z pisaniem i rozwojem bloga tudzież dzierganiem i sprzedawaniem zawijasnych zmywaczków, tudzież szyciem odjechanych, czytaj – również zawijasnych – toreb na zakupy, nie wspominając o rozwoju osobistym polegającym na czytaniu pobożnych oraz mniej pobożnych lektur, a wszystko to razem wzięte wiąże się z postanowieniem wcześniejszego wstawania rano i niemarnotrawienia czasu na bezczynne, czyli połączone ze studiowaniem Instagrama delektowanie się poranną kawą), ale też plany związane z edukacją domową i wychowywaniem dzieci (tu wyjaśnień w nawiasie oszczędzę, bo za dużo tych nawiasów, a planów mam że hoho).

Cóż. Żadna to nowość, że To i Owo mi nie wychodzi.

Jak zwykle. Po prostu nie wychodzi i już. Wychowywanie dzieci mi nie wychodzi. Edukacja domowa mi nie wychodzi. Nie wychodzą mi osobiste plany. Wszystko żyje własnym życiem, a moje plany i aspiracje ma gdzieś.

Bo znów nie mogę wygospodarować dwóch godzin dziennie (a nie nocnie!) na swoje projekty, o których mowa w najdłuższym nawiasie świata dwa akapity wyżej. Bo to, bo tamto, bo siamto, bo owamto.
Bo znów nie mam cierpliwości do dzieci.
Bo znów nie jestem konsekwentna we wprowadzaniu zasad domowych, w uczeniu wyznaczania i planowania sobie zadań, w trzymaniu się podziału obowiązków.

Bo znów nie mogę ułożyć planu zajęć, bo głupie treningi są codziennie i kolidują ze wszystkimi innymi zajęciami (prawdę mówiąc, treningi – wcale nie głupie – są trzy razy w tygodniu, ale i tak ZAWSZE kolidują).
Bo znów się spóźniam, bo za późno wyjeżdżam, i wyjeżdżam autem zamiast tramwajem, w dodatku nie słucham dżi-pi-esa, tylko jadę swoją trasą, która okazuje się być najbardziej zakorkowaną trasą w całej galaktyce, bo zapomniałam, że w galakt… ups, w Warszawie korki są ZAWSZE, a nienawidzę stać w korkach (i na światłach, i w ogóle nienawidzę stać zamiast jechać, kiedy siedzę w aucie). I gdy mówię do syna – nie czytaj książki, tylko podziwiaj krajobrazy – to patrzy na mnie jak na wariatkę, a za szybą auta, ze wściekle żółtego i wściekle wielkiego ekranu patrzy na mnie (jak na wariatkę?) Bibendum Michelina i zgadnijcie, jakich opon zimowych sobie nie kupię?!

Nawet proste zakupy mi nie wychodzą.

Pojechałam do M1 – to takie warszawskie centrum handlowe. Pojechałam, żeby oddać do reklamacji sandałki, drugi już raz i drugie sandałki w te wakacje (nigdy więcej nie kupię sandałków Karrimora!). Nawiasem mówiąc, są w Warszawie tylko DWA miejsca, gdzie można owej reklamacji dokonać, i M1 jest najbliżej (to znaczy jest całkiem daleko, ale na szczeście jest tam też IKEA).
No więc przy okazji reklamacji sandałków w Sports Direct (nie pytajcie dlaczego kupiłam sandałki w TYM okropnym sklepie, bo to temat na osobny artykuł) wstąpiłam do sąsiedniego TK-Maxxa, żeby zakupić rękawice kuchenne. I ewentualnie stalowy bidon dla Patrycji, bo zgubiła. Pod warunkiem, że nie będzie kosztował fortunę, bo i tak znów zgubi. Bidon, nie fortunę. Patrycja, nie bidon.

Spędziłam w rzeczonym TK-Maxxie miłą godzinkę, oglądając rękawice kuchenne i bidony, i zastanawiając się, czy do naszego kuchnio-jadalnio-salono-pracowni bardziej pasują rękawice we wzory azteckie, czy nijakie (a ludowych, które by bez wątpienia pasowały, nie było), aż w końcu zdecydowałam się nabyć wzory azteckie (to prawie ludowe, nieprawdaż?) i poszłam z nimi do kasy. Przy kasie zaś(ie) okazało się, że stoi kolejka jak za papierem toaletowym dawno, dawno temu, więc co to to nie.

Na szczęście niedaleko była IKEA (wspominałam już o tym?). A ja jeszcze nie mam nowego katalogu. Więc fru do Ikei. Po katalog. I po rękawice kuchenne. Których akurat zabrakło! A silikonowe brzydkie! Błe! Więc by nie wracać z pustymi – bez rękawic kuchennych – rękami, nabyłam farbki i pędzelki dla dzieci oraz flamastry do tkanin dla siebie. Tak to właśnie jest. Poszła po marechwkę, wróciła z sukienką. Bez marchewki.

No widzicie? Nic mi nie wychodzi.

Właśnie nie wyszedł mi artykuł o naszej popularnonaukowej biblioteczce. Artykuł o zerołejście w Odśmiecowni też w zeszłym tygodniu mi nie wyszedł. No… nie napisałam go po prostu. A rozpiskę mam. Artykuły na cały, caluśki rok mam rozpisane. Tematami. Datami, co tydzień, na piąteczek (którym, umówmy się, czasem może być i sobota, i niedziela, i poniedziałek nawet) zaplanowanymi. Ale co tam rozpiska! Spontaniczność – to jest to. Depresja noworozdaniowa – to jest to. Daje kopa do pisania jak nic.

A, i wspomniana na początku torba też mi nie wyszła. Bo łatwiej było mi w tym chwilowo pustym mieszkaniu odpalić komputer i napisać niniejszy tekst o tym, jak to nic mi nie wychodzi, niż odpalać maszynę, nawlekać nitki, wyjmować i wkładać bębenek, ciąć materiał, wyciągać żelazko i deskę do prasowania, prasować i szyć. I sypialnię zabałaganiać. A potem zaraz ją sprzątać, żeby pójść spać. Eee, bez sensu.

Więc piszę sobie o tym, jak mi nic nie wychodzi, i myślę, że depresja noworozdaniowa i popowrotowa (z wakacji) to moja specjalność.

Muszę się przestawić na inny tryb. Na tryb wielkomiejski, tryb wielodzietny, tryb wielozadaniowy, tryb niewypałowy, jednym słowem. I naszła mnie wczoraj taka genialna myśl. A może by tak na terapię iść? Różne sławne osoby chwalą się, jak to im terapia życie ustawiła i ułatwiła. Może to jest to? Może jakiś terapeuta sprawiłby, żeby mi zaczęło wychodzić to, co nie wychodzi? Hę? Jak myślicie?

No. Niniejszym moja wiarygodność jako autorki książki pod tytułem „Jak być mamą w edukacji domowej i nie (dać się) zwariować” spadła do zera.

Ale na szczęście jest św. Faustyna. W „Małym Gościu Niedzielnym” trafiłam na taki fragment jej dzienniczka:

Mój Jezu, TY widzisz, że nie umiem pisać, to jeszcze i pióra dobrego nie mam, a nieraz to naprawdę tak mi się źle pisze, że po jednej literze muszę składać zdania.

A jednak napisała. Przekazała światu nowinę o Bożym Miłosierdziu. Więc może i ja, składając tak po jednej literze, wciąż popełniając błędy, wciaż się potykając, jednak te dzieci wychowam i wyedukuję, wyprowadzę na ludzi?
Może nie umiejąc pisać, dotrzymywać terminów, pilnować tematów i rozpisek, jednak tego bloga pociągnę, e-booka napiszę? Może nie mając mocy wydłużania doby o kolejne dwanaście godzin, znajdę czas na dzierganie, szycie, czytanie, gotowanie i fajne spędzanie czasu z rodziną?
A może, jak mi depresja popowrotowa minie, to pogodzę się z tym, że tej doby wydłużyć jednak nie mogę i zrezygnować z czegoś muszę?

No bo co? No bo nic.

Jedna z bohaterek książki „Plemię mentorów” Tima Ferrisa (nawiasem mówiąc, książka jest świetna i właśnie czytam ją na Legimi), aktorka Richa Chadha, tak opowiada o swojej recepcie na uczucie przytłoczenia czy braku koncentracji:

Czasem wykonuję ćwiczenie polegające na ciągłym zadawaniu sobie pytania „No to co?” (…) Na przykład:

X był dla mnie nieuprzejmy.
No to co?
Wyczułam brak szacunku.
No to co?
Nie lubię, kiedy się mnie nie szanuje.
No to co?
A gdyby nikt mnie nie szanował?
No to co?
Byłabym samotna i nielubiana.
No to co?
Nie chcę być samotna.
No to co?
Odczuwam irracjonalny strach przed samotnością.
No to co?
To irracjonalne.
No to co?
Nic, właściwie wszystko w porządku.
No to co?
No to nic.

Myślę, że to dobre ćwiczenie. Czasem wyjdzie nam „nic”, a czasem nie. Wtedy wiemy, co błahe, a co ważne. Co odpuścić, a o co walczyć.
To ćwiczenie pomaga złapać równowagę. Zwalczyć depresję popowrotową… eee, nie. Jej zwalczać nie trzeba, mija sama. Jest jak wirusówka trzydniówka. Przyjdzie i przejdzie. Pomęczy, ale uodporni na kolejną.

Chyba że przyjdzie nowa. Zmutowana, straszna, wielka! Aaaaa!!! Ratunku!!!!!!

Chciałam zaznaczyć, że jedynym świadomie i celowo lokowanym produktem w tym artykule są rękawice kuchenne.

Chciałam też dodać, że w kilka godzin po napisaniu powyższego tekstu natknęłam się na ciekawy artykuł, który opisuje realia godzenia etatu mamy z innymi etatami/pasjami. Ewelina, trafiłaś w sedno!

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

5 komentarzy

  1. Natychmiast umawiaj się ze mną do MG!
    Lub gdzie indziej 😉

    1. Haha☺ Na terapię zapraszasz, rozumiem? Zaraz się umówię☺

  2. dzieki

  3. Bardzo bliskie jest mi to co piszesz. Doba się nie chce wydłużać, a obowiązków, marzeń i chęci realizacji własnych pasji przybywa. Próbuję rozkręcić biznes rękodzielniczy, tworzę blog, zaraz zaczynam zaoczne studia i ogarniam dom z maluszkiem oraz przedszkolakiem. Najpierw na początku września cieszyłam się, że starsze dziecię wraca do przedszkola i WRESZCIE będzie więcej czasu i mniej kłótni i zabawki z bratem w domu. Guzik! Czas mija nadal za szybko, rzeczy do zrobienia za dużo i to wszystko tak czasem przytłacza. Trudno jest wybierać do odpuścić i samego nie wpędzać we frustrację. Ale staram się nad tym panować, znajdować czas na spokojną kawę i nie myśleć za dużo w nocy o życiu, bo potem trudno spać ;> P.S. Aha, no i książki by się czasem chciało poczytać i to nie te dziecięce ;>
    Pozdrawiam Kornelio, fajnie się Ciebie czyta. Trzymaj się 🙂

    1. Moniko, no tak. Wszystkie jedziemy na tym samym wózku. Każda w innych okolicznościach przyrody, to fakt, ale każda ma swoje ognisko do podtrzymywania (czyli ten wózek:-)) i myślę, jestem przekonana, że to jest nasz główny, najważniejszy cel. Mnie najłatwiej przychodzi odpuszczanie sprzątania (do czasu, oczywiście) i gotowania (warzywa na patelnię są super, chociaż wcale nie zero waste :-), ale czasem trzeba też zrezygnować z niektórych swoich ambicji i marzeń (na przykład ja na dzień dziesiejszy postanowiłam, że odpuszczam sobie rękodzieło, tzn. szydełkuję ale bez spiny). Najlepiej byłoby robić wszystko po kolei, najpierw jedno, poten jedno, potem jedno (tak mówiła kiedyś nasza mała Patrycja :-)) . A jak się nie da, to wybrać kilka naj naj rzeczy i robić je powoli, małymi kroczkami.
      Ech, nie wiem czy Ci coś pomogłam i dlaczego w ogóle czuję się uprawniona do udzielania rad, może tylko z racji starszeństwa wiekiem 🙂 Pozdrawiam Cię i życzę dużo sił!

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.