Mydło w kostce i lektura kursu o niezwariowanym zero waste – oto dwa kolejne zadania!

Mydło w kostce i lektura kursu o niezwariowanym zero waste – oto dwa kolejne zadania!

Czas na kolejne dwa zadania w naszym Roku Bez Marnotrawstwa, na dwa kolejne kroki do życia zero waste.

Dwa tygodnie temu, kiedy opublikowałam artykuł o dwóch pierwszych zadaniach, uświadomiłam sobie, że może powinnam była zacząć od podstaw teoretycznych, czyli od przypomnienia zasad idei zero waste, sformułowanych przez Beę Johnson.

Ale zależy mi na tym, żebyście co tydzień robili jakiś jeden mały krok praktyczny, żebyście wprowadzali jedną małą zmianę w nawykach, w działaniach.

Dlatego dzisiaj będzie jedno zadanie praktyczne i jedno teoretyczne.

Zaczynamy od praktyki, czyli mydła.

I tutaj lecimy tak jak w poprzedniej edycji Roku Bez Marnotrawstwa, czyli zamieniamy mydło w płynie na mydło w kostce (na początek przeczytaj, proszę, ten właśnie zalinkowany artykuł, bo są tam podstawy, a tutaj będzie kontynuacja). Po prostu moim zdaniem jest to jedna z łatwiejszych zmian, jaką możesz wprowadzić w życie od zaraz.

Oczywiście nie dla każdego będzie to takie łatwe. Niektórzy mają wątpliwości, czy mydło w kostce jest higieniczne w użyciu. Prawda jest też taka, że nasze mydełka w kostce nie wyglądają cały czas tak apetycznie, jak na zdjęciach na Instagramie. Kiedy się ich używa, robią się (zwłaszcza te o składzie roślinnym) maziaste, kleiste, rozlazłe i wtedy niezbyt elegancko prezentują się na umywalce.

Dlaczego właściwie zamieniamy mydło w płynie na to w kostce?

No… oczywiście po to, by uniknąć plastikowych opakowań. Dlatego, gdy będziecie kupować mydło w kostce, zwróćcie uwagę na opakowanie. Niech będzie jak najskromniejsze, a najlepiej jakby go w ogóle nie było.

Ale ponieważ nie będziecie latać co tydzień po targach zero waste czy targach rękodzieła, na których można mydła bez opakowań nabyć, więc opakowanie pewnie będzie. Wybierajcie te papierowe. Ze zwykłego, szorstkiego papieru. Nie śliskiego i błyszczącego, bo ten jest pokryty plastikiem.

Ważny jest też skład mydła.

Niektórzy zwolennicy zero waste zwracają uwagę na to, żeby nie było w składzie parafiny, bo jest pochodną ropy naftowej. Jest to podejście na pewno zacne (bo zanieczyszczenia ropopochodne są realnym zagrożeniem) ale jednak dość ortodoksyjne. No ale unikanie plastiku też jest dla niektórych ortodoksyjne. Więc unikamy parafiny, jeśli możemy.

Niektórzy też nie chcą, by w składzie mydła był olej palmowy. Ok.

Co do innych składników mydła – nie wypowiem się, bo się na tym nie znam. Ostatnio dużo mówi się o mikroplastikach, które często znajdują się w naszych kosmetykach, warto więc zapoznać się z też z artykułami na ten temat (wpiszcie w wyszukiwarkę hasło „mikroplastiki w kosmetykach” albo przeczytajcie ten artykuł na blogu Organiczni).

Przyznam, że do niedawna nie zwracałam uwagi na skład. Teraz już to robię. I kiedy tak patrzę na te mydła drogeryjne, to okazuje się, że najprostszy z najprostszych skład ma mydło z Aleppo. Zachwycałam się nim kiedyś, zachwycam i dziś. To mój must have i zdania nie zmienię.

Pozwolę sobie znów parę słów napisać o tym, że zero waste to zero marnotrawstwa i oszczędność.

Ponieważ mam (i bardzo sobie to chwalę, a co!) konto na Instagramie, to widzę, co dzieje się tam w tematyce zero waste. No to jest po prostu petarda! To jest cała masa nowych kont o tej tematyce, a do tego coraz potężniejsza gałąź przemysłu akcesoriów zero waste. W tym mydeł. Mydeł prześlicznych, kolorowych, ziołowych, pachnących, robionych w małych i trochę większych manufakturach przez ludzi naprawdę zakręconych na tym punkcie.

I to jest bardzo fajne. Mamy w czym wybierać. Ale, jak pisałam w artykule inaugurującym tę edycję wyzwania Rok Bez Marnotrawstwa – jest to też bałamutne, kuszące do tego, by zamiast minimalizować i redukować – opływać w dostatki i kupować te (dość jednak drogie) cudeńka, ach, kupować!

Dlatego miejcie się na baczności, kochani czytelnicy.

Miejcie tego węża w kieszeni, bo dlaczego nie? Oszczędzają bogaci… i tak dalej. Jasne, że wszystko jest dla ludzi: wychuchane, z sercem i pasją wyprodukowane, smakowicie i apetycznie wyglądające mydełko w kostce – też. Ale pamiętajmy o umiarze. O prostocie. Minimalizmie.

Ale też o tym, że takie właśnie apetyczne mydełko może być znakomitym prezentem (dla siebie samego zresztą też). Zapomnijmy o zaleceniu, że nieelegancko jest kupować na prezent kosmetyki. TAKICH kosmetyków to nie dotyczy. TAKIE kosmetyki to dzieła sztuki.

Jakie mydła wybieram?

Tak jak napisałam wyżej, zawsze wybieram mydło z Aleppo, bo ma najprostszy skład. Używam do kąpieli i włosów. Ale przetestowałam też parę innych mydeł, głównie drogeryjnych.

Raz tylko skusiłam się na manufakturowe mydło dla męża z firmy Cztery Szpaki, takie specjalne dla męskich włosów i ciała i… Mąż nie chciał, bo jest przyzwyczajony do swojego Nivea w płynie. No comment. Więc zużył to mydełko syn. I nie wiem, czy zauważył, że myje się mydłem za 18, a nie za 3 zł. Sorry Winnetou. Ale nie powiem, Cztery Szpaki mnie kuszą, bo mają coraz większy asortyment kosmetyków i na pewno wypróbuję jeszcze coś od nich.

Te inne mydełka testuję po to, by wybrać jakieś zwykłe, tanie do codziennego mycia rąk.

I tak, w skrócie o moich testach:

Nie polubiłam mydła „szarego”, w szarym papierze od Barwy. W ogóle się nie mydli i nie pieni. Umycie nim rąk to wyzwanie. I wkurzenie. Barwa ma też serię Barwy Harmonii, i te mydełka całkiem lubię. Lubię też mydła z serii Nostalgia firmy Luksja. Oraz najtańsze, naturalne mydła z roślinnym składem z serii ISANA z Rossmana.

Niedawno kupiłam też mydło Organic Biały Jeleń i jest całkiem przyjemne, chociaż przy częstym używaniu (do rąk) mięknie i rozmazuje się. Podejrzewam, że to kwestia organicznego składu, bo mydło z Aleppo też tak ma.

Bardzo, bardzo chcę sobie kupić jakieś dobre mydło do włosów, ale wciąż nie mam czasu zająć się badaniem rynku, hmmm, jak to poważnie brzmi! Wiem, że nie kupię tego w sklepach stacjonarnych, więc czeka mnie zamówienie internetowe. Chyba dlatego tak z tym zwlekam. Bo kupowanie przez internet jednego „głupiego” mydła do włosów to trochę przerost formy nad treścią.

Wrócę jeszcze na chwilę do kwestii problematycznych, o których wspomniałam na początku.

Pierwsza: Mydło w kostce jest niehigieniczne. No cóż, szybki risercz w internecie wykazał, że mydła w płynie też są niehignieniczne. Na mydle w kostce rozwijają się bakterie, na dozownikach do mydła w płynie – również. Wniosek z tego taki: bakterie są wszędzie. Czy to jest dla nas jakaś nowość?

Druga: Fakt, że mydła, zwłaszcza te o składzie roślinnym są podatne na „ślimaczenie” – przy częstym używaniu robią się kleiste i rozmazują się. Nie jest to fajne, kiedy takie mydło robi się w mydelniczce półpłynne. A w dużej rodzinie, takiej jak nasza, kiedy mydła do rąk używa się prawie na okrągło, te mydełka nie mają szansy wyschnąć.

Myślę, że sposobem na to jest po pierwsze zwracanie uwagi na to, żeby w mydelniczce nie było wody. A po drugie – używanie zamiennie dwóch mydeł. Dwie mydelniczki, dwa mydełka. I raz na dzień robimy podmianę. Jedno mydło odstawiamy do wyschnięcia, a drugiego używamy. Jeszcze tego patentu nie wykorzystałam, bo przyszedł mi do głowy teraz, właśnie w czasie pisania. Hej, pisanie ma moc!

Co do mydeł do kąpieli, to dobrze, by każdy z domowników miał swoje, na swojej mydelniczce.

No nie wiem. Czy to wszystko nie wygląda na zbyt skomplikowane? Ech… a miało być tak łatwo.

No to teraz chyba będzie łatwiej. Bo drugie zadanie to czytanie.

Czytanie mojego kursu. Voila. Trochę teorii, a właściwie próba wprowadzenia do praktyki. Bo, jak pewnie wiecie, stworzyłam mini kurs, e-book o tym, jak w ogóle zacząć, jak podejść do tematu zero waste dla tych osób, które boją się: że nie dadzą rady, że to dla ekowariatów, że w ogóle utopia i nie warto.

Ten kurs pomoże Wam to wszystko ogarnąć.

Mówię o kursie „Jak być (choć trochę) zero waste i nie (dać się) zwariować”.

Możecie zapisać się na niego (bez obaw, to tylko niespełna 30-stronicowy e-book i kilka infografik!) za pomocą poniższego formularza:

I już.

I chociaż mój kurs jest bezpłatny (a często niestety jest tak, że jak coś dostajemy bezpłatnie, to niezbyt to doceniamy i odkładamy zajęcie się tym „na wieczne nigdy”), to bardzo Was proszę: nie chowajcie go „do szuflady”.

Kiedy już go dostaniecie, przeczytajcie. Pozwólcie sobie na tego motywacyjnego kopniaka, jakim – jak sądzę – jest.

Napiszcie do mnie, co Wam się w kursie podobało, co pomogło, a co było do kitu.

I dajcie, proszę, znać w komentarzach albo w mejlach, albo na Instagramie, jak Wam idzie z zadaniami? No i nie zapomnijcie zapisać się na powiadomienia o nowych artykułach!

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

6 komentarzy

  1. Dosyć ciężko mi idzie przekonanie się do mydła w kostce. Jakoś nie obawiam się tych wszechobecnych bakterii ale raczej grzybów chorobotwórczych, trochę tak jak wchodzenia na bosaka pod prysznic na basenie. Mydło w dozowniku nikt nie dotykał a nigdy nie wiadomo czy ktoś kto używał wcześniej kostki nie miał jakiego „syfa” na ciele.

    Marta

    1. No trochę to jest rzeczywiście śliska sprawa, nomen omen, z tym mydłem w miejscach publicznych, ale w prywatnym mieszkaniu to bym sprawy nie demonizowała. W każdym razie nic na siłę, nie każde rozwiązanie zero waste jest dla wszystkich. Myślę że można iść na kompromis i kupować mydło w płynie w dużych opakowaniach (datę ważności ma toto zazwyczaj długą). Ja próbowałam zrobić domowe mydło w płynie z resztek tych mydełek w kostce ale zrobiłam za bardzo rozwodnione i się nie mydliło. Ale jakby pokombinować z proporcjami, to może by się udało?

    2. Przejście z żelu pod prysznic na fajne mydło w kostce było jedną z najprostszych rzeczy w zero waste. W warunkach domowych nie sądzę aby mydło w kostce było niehigieniczne. Znam domowników, jak i odwiedzających nas gości. W przychodni, centrach handlowych mydła w kostce wolałabym nie używać (aczkolwiek często nie zastanawiamy się nad tym ile osób przed nami dotyka dozownik do mydła w płynie w miejscach publicznych…). U nas, oprócz tego, że są mydła do rąk, to do ciała dzieci mają swoje, a my z mężem swoje.
      A mydło z Aleppo świetnie mi się sprawdza do mycia twarzy. Trudniej mi natomiast znaleźć jakiś sympatyczny zamiennik do mycia włosów 🙂

    3. Ago, no właśnie dla mnie też mydło w kostce to pikuś jeśli chodzi o zmianę w kierunku zero waste. Jest tyle ładnych i pachnacych mydeł! I my też tak robimy, że do ciała każdy ma swoje mydło w kostce, chociaż jeśli chodzi o męża, to jest przyzwyczajony do swojego Nivea w płynie i nie ma siły która by go zmusiła do zmiany nawyku 😉
      Włosy długo (ze dwa lata chyba) myłam mydłem z aleppo właśnie i płukałam octem, ale pod koniec zeszłego roku ja i dzieci złapaliśmy wszy (!) i przy leczeniu przerzuciłam się na zwykły szampon no i teraz nie mam siły wrócić do mydła…

    4. Może masz rację, ale nigdy nie wiadomo czy jak gdzieś jestem to ktoś z domowników niema jakiegoś grzyba (może nawet sobie z tego nie zdawać sprawy). A jak sama myję ręce po powrocie z miasta (gdzie dotyka się różnych rzeczy i różne paskudztwa można przenieść na mydło) też mam obawy. Jakoś nie mogę się przemóc.

      Marta

    5. Marta, no nic, nie możesz to nie możesz. Nie ma co na siłę kombinować. Nadrobisz innym zadaniem 🙂 A swoją drogą mam nadzieję, że w pewnym momencie producenci mydeł w płynie wyczują rynek i zrobią mydło w płynie w szklanych pojemnikach!

komentarze wyłączone

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.