Moje podsumowanie roku 2018

Moje podsumowanie roku 2018

Co by tu napisać tytułem wstępu?

Powinnam wspomnieć o minionych właśnie Świętach, o tym jak było wspaniale pocieszyć się choć przez kilka dni śniegiem, który spadł specjalnie na Święta.

Ale też i o tym, jak beznadziejnie jest wrócić do szarej, ponurej i mokrej rzeczywistości, która jednakowoż nie przedstawia się aż tak szaro i ponuro, jak pogoda, a dodatku kończy się rok 2018 a zaczyna 2019, co powinno nas napełniać nadzieją (zresztą Boże Narodzenie też nas napełniło nadzieją, a przynajmniej staram się tak czuć) i skłaniać do czynienia podsumowań i planów. Czyż nie? (A może, jak powiedziałby Sergiusz: Sikorka tak?)

No to właśnie o tym wspomniałam. I mogę przejść do meritum, czyli podsumowania roku 2018, czego właściwie chyba nigdy tutaj na blogu nie robiłam, ale może stanie się to moją nową świecką tradycją.

Oto moje podsumowanie roku 2018. Różnorodne jak dwanaście potraw wigilijnych. Chaotyczne jak ja.

1. Rok zaczął się szpitalem (Mąż) i skończył szpitalem (Mama) oraz innymi „atrakcjami” zdrowotnymi, niegroźnymi, ale dość absorbującymi.

2. Rok zaczął się też nowym życiem dla Męża, który po 18 latach rzucił pracę w korporacji (jakie to ostatnio modne, nieprawdaż?) i miał zamiar zrobić sobie trochę wolnego (udało mu się zrobić – w szpitalu), po czym poszedł do nowej pracy wspierać „dobrą zmianę”.

3. Skończył się dla nas pewien ważny okres w życiu, a mianowicie Sergiusz ukończył podstawową szkołę muzyczną w klasie akordeonu. Dyplom zagrał na piątkę! Nie chciał iść do średniej muzycznej, bo, po pierwsze chce mieć więcej czasu (!), a po drugie – musiałby uczyć się grać na akordeonie guzikowym, co nie ma sensu, skoro przez sześć lat grał na klawiszowym (!). Basta. Teraz za to, gdy już nie chodzi do muzycznej, grywa na pianinie i karniszach (ale nie na tych zawieszonych nad oknem – wręcz przeciwnie – na tych zdjętych z okna).

4. Wakacje zaczęły się dla nas żaglami i skończyły żaglami. A nie, co ja gadam, przecież się nie skończyły, te żagle znaczy się, bo jeszcze po wakacjach, dopóki pogoda pozwalała (a pozwalała gdzieś tak do listopada), co weekend były żagle. Na zasadzie „jeśli dziś sobota, to jedziemy na żagle”.

5. Byłabym zapomniała. Wiosna zaczęła się i skończyła kajakami. Spływy po Wiśle i Liwcu na zasadzie „jeśli dziś sobota…” itd., jak wyżej.

6. W wakacje planowałam jak co roku szkolny remanent, czyli generalne porządki w domu, czyli należyte przygotowanie klas, czyli naszej jadalnio-pracownio-bawialni zwanej salonem oraz pomieszczeń socjalnych, czyli kuchni, łazienki i sypialni. Planowałam jak co roku. … Taaak. Planowanie ma przyszłość.

7. Zaczęłam zaczynać zarabiać pisaniem, czyli tworzeniem felietonów i artykułów do Magazynu KREDA, co daje mi nadzieję na lepsze jutro, czyli na to, że moje pisanie na coś się przydaje, skoro chcą mnie publikować publicznie, że tak powiem, i jeszcze mi za to płacić.

8. Osiągnęłam wyjątkowo wysoki poziom tolerancji na unschooling naszych dzieci, co oznacza z jednej z strony, że jestem zmęczona byciem poganiaczem, z drugiej – że odpowiedzialność za zdawanie egzaminów zrzuciłam na dzieci – innymi słowy – pokładam w nich zaufanie, że DADZĄ RADĘ. A jak nie, to trudno. Zawsze mogą iść do szkoły. Zawsze też mogą poprosić nas o pomoc!

9. Osiągnęłam wyjątkowo wysoki poziom wypalenia zawodowego (powinnam częściej robić sobie Rachunek sumienia mamy w ED). Jednocześnie zauważam pozytywne efekty moich długofalowych działań wychowawczych (czyli bicia głową w mur, gadania do ścian i tym podobnych), zwłaszcza w odniesieniu do Najstarszego, który zadziwia mnie swoją dojrzałością i umiejętnościami ogarniania codzienności.

10. Średnio jakieś raz w miesiącu rzucałam pisanie bloga. Bo zabiera czas, który mogłabym poświęcić na pucowanie kafelków w naszej zapuszczonej łazience. Zabiera też czas, który mogłabym poświęcić czytaniu młodszym dzieciom na głos wierszyków Tuwima (Najstarszemu przecież czytałam!). A jednak… nie rzucałam. Trzymałam się go (bloga) jak tonący brzytwy, za przeproszeniem. Za to rzuciłam facebooka! Ale fajnie! Złodziejom czasu mówimy stanowcze NIE!

11. Nauczyłam się pisać i obsługiwać WordPressa na smartfonie, co jak mniemam wniesie nową jakość na bloga, bo będę teraz mogła pisać zawsze i wszędzie. Mam tylko nadzieję, że ta „nowa jakość” nie będzie gorsza od starej. Będzie inna. Przecież ja też jestem inna niż rok temu czy dwa lata temu.

12. Doszłam do wniosku, że pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Nie mogę żyć bez pisania, jak mnie najdzie to muszę pisać i w ten deseń tłumaczyłam właśnie Mężowi.

Jego odpowiedź brzmiała tak: „Wiesz, dawniej to się nazywało grafomanią.”

Szczęśliwego Nowego Roku, Kochani Czytelnicy!

Powiązane wpisy

6 komentarzy

  1. Pisz! Lubię Cię czytać! 🙂
    Wszystkiego zdrowego (i zdroworozsądkowego) w Nowym Roku 😉

    1. Dziękuję!

  2. Sergiuszowi gratuluję! Sam mam za sobą trzy lata ogniska muzycznego (akordeon i pianino) i chociaż nie pokończyłem żadnych szkół muzycznych ani nie mam tego w papierach, bardzo sobie chwalę wiedzę, którą posiadłem ucząc się grać od zawodowców.
    Teraz najważniejsze, żeby grał, codziennie chociaż troszkę. Bo jak nie to zgliwieje, zapomni i tyle tego będzie. Wiem z własnego doświadczenia 😉

    Pozdrawiam zza blogowej miedzy.

    1. Dziękuję w imieniu Sergiusza! Na razie nie mamy dla niego akordeonu, miał wypożyczony ze szkoły. Rozgladamy się za jakimś używanym 🙂
      Zajrzałam za tę blogowa miedzę i pośmialam się z grudniowych memów, dzięki! Moje serce skradł zwłaszcza ten o papierze toaletowym, hihi.

  3. Ciekawa jestem, czy nie korciło Cię jakoś wplynąć na syna, żeby kontynuował naukę w SM 2 stopnia… Moja najstarsza córka skończyła 1 szy stopień i nie poszła dalej (ale chciała), druga za to definitywnie mówi, że absolutnie nie, kończy z graniem i tyle. Trochę mi żal, z wielu powodów, ale nie chcę jej zmuszać czy narzucać swojego zdania.. Tylko czasem spytam, czy nie zmieniła zdania ;). A z pisaniem mam tak samo, czasem mnie dręczy myśl, że pisząc tracę trochę czas, ale z drugiej strony za bardzo to lubię . I jestem pod wrażeniem Twojej umiejętności obsługi WP na telefonie, próbowałam, ale chyba zaczęłam od tego ślepnąć ;). Zdrowia i szczęścia w Nowym Roku! Ściskam mocno

    1. Oj tak, bardzo mnie korciło. Wpływałam. Ale bezskutecznie. Nie to nie, trudno. Po cichu liczę, ze może zmieni zdanie. Ja sama z różnych powodów nie skończyłam II stopnia (fortepian), przerwałam w trzeciej klasie i nieraz żałowałam. Ale z drugiej strony – nie ciągnie mnie do pianina, które stoi w domu. To nie jest mój żywioł. Myślę że wartość uczenia się muzyki jest, jakby to powiedzieć, ponadambicjonalna (?). Niekoniecznie trzeba być muzykiem zawodowym, żeby korzystać z nabytych umiejętności. Chór, granie amatorskie w domowym zaciszu albo gdzieś w zespole, rodzinne śpiewanie, itp to też jest cenne.
      Dziękuję za życzenia i wzajemnie!

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.