Mity na temat edukacji domowej by Kornelia Orwat

Mity na temat edukacji domowej, czyli żarty się skończyły

Kiedyś napisałam coś o mitach na temat edukacji domowej. Ale cóż to były za mity! Miteczki to były a nie mity!

No bo teraz widzę, że wróciłam do punktu wyjścia.

Ja, która założyłam tego bloga ponad pięć lat temu po to, by opowiadać, czym jest edukacja domowa, by pokazywać, że owszem, to jest piękne, ale nie w sposób tak oczywisty, w jaki piękne bywają zachody słońca. By pokazywać, że owszem, lubimy to, ale lubimy tak, jak lubi się krewetki, co to pyszne są, ale trzeba się nadłubać żeby się najeść.

No ale czasem trafi się czytelnik, który przeczyta jeden wpis i zostawi pod nim komentarz sugerujący, że na tym jednym właśnie poprzestał i prosi, by mu wyjaśnić, o co w tej edukacji domowej chodzi, no bo przecież jak tak można i w ogóle. Prosi, by mu wyjaśnić coś, co wyjaśniałam przez pięć lat, w ponad dwustu pracowicie wysmarowanych tekstach i tekścikach. Ech, wzdycham więc (żeby było jasne – najpierw lecę zażyć bromu i napić się melisy) i próbuję zrozumieć, co jest nie tak.

Opcja pierwsza, druga i trzecia.

Opcja pierwsza: Napisałam się, napracowałam, dwieście wpisów wyprodukowałam, a ludzie czytają i dalej nie wiedzą o co z tą edukacją domową chodzi. Czyli: do kitu to moje pisanie. Niezrozumiałe wygłupy i dywagacje, a za mało konkretów i kawy na ławę.

Opcja druga: Napisałam się i tak dalej, a ludzie nie czytają. I dlatego wciąż nie wiedzą, co z tą edukacją domową (no ale to już nie moja wina).

Opcja trzecia: Napisałam się i tak dalej, ludzie czytają i nawet rozumieją, ale jak przychodzi co do czego, to… nie rozumieją. No i tutaj trudno szukać winnego, bo…

Bo tak naprawdę to ja im się wcale nie dziwię (chociaż muszę zażyć tego bromu i melisy, no nie ma lekko), gdyż pamiętam jak dziś, że kiedy pierwszy raz w życiu przeczytałam o edukacji domowej w gazecie, która nazywa się “Najwyższy czas”, no więc jak przeczytałam tam felieton o tym, że niektóre rodziny uczą dzieci w domu zamiast posyłać je do szkoły, to jako żywo przed oczyma stanęła mi taka chuda i wyprostowana mama z długopiso-wskaźniko-linijką w dłoni (do poprawiania, pokazywania na tablicy i do lania po łapach) przechadzająca się dookoła stołu, przy którym siedzą jej dzieci pilnie pochylone nad podręcznikami. (Nie wiem, czy można być pilnie pochylonym, ale pewnie wtedy myślałam że można.)

Ja im się nie dziwię, że oni nie rozumieją, bo trudno zrozumieć edukację domową komuś, kto jej nigdy nie spróbował (a tylko o niej czytał).

I jeśli ktoś myśli, że spróbował edukacji domowej, podczas gdy spróbował nauki zdalnej w czasach zarazy, to ja przepraszam. No ja przepraszam, ale to jest tak, jakby ktoś wsiadł i pojeździł sobie takim samochodzikiem na placu zabaw, takim, wiecie, co to ma cztery koła na sprężynach i kierownicę. No więc wsiadł, pojeździł, a potem mówi, że on nie wie, no naprawdę, nie rozumie, co to za przyjemność i pożytek jeździć samochodem. Potrzęsiesz się, pobrumbrumasz, pokręcisz kierownicą, a i tak stoisz w miejscu.*

W takim razie ja przepraszam, ja chcę przeprosić moją czytelniczkę, panią Ewę, która zadała mi w komentarzu (pod artykułem o tym, co jest piękne w edukacji domowej część druga) tak dużo pytań o edukację domową, ale pani Ewa po prostu myli edukację domową z nauką zdalną w czasach zarazy!

I ja bynajmniej się na panią Ewę nie gniewam (chociaż musiałam zażyć bromu i melisy), ani nie wyśmiewam (taki mam tu na blogu styl, że czasem wygląda jakobym się naśmiewała, hahaha, ale to nic groźnego, buahahaha). Ja się tylko trochę zaczęłam martwić, że takich osób jak pani Ewa jest pośród nas, edukatorów domowych, więcej, niż nam się wydaje! Ja zaczęłam tak trochę podejrzewać, że oto ci wszyscy mili ludzie, którzy się do mnie uśmiechają na klatce schodowej (tak tylko żartuję – nikt się do mnie na klatce schodowej nie uśmiecha – drodzy moi, ja przecież w stolicy mieszkam!), albo którzy tak przypadkiem w sklepie spożywczym zagadną (- O! to wasze dzieci są w edukacji domowej! Jak to miło, to dobrze, wie pani, ja taki program w telewizji śniadaniowej oglądałam i tam mówili o edukacji domowej, dobrze mówili!), no więc ja zaczęłam podejrzewać, że ci wszyscy mili ludzie tak naprawdę myślą sobie o nas to właśnie:

Witam pani Kornelio,
w ostatnim tygodniu, w związku z przedłużającą się epidemią i nauką zdalną, zaczęłam obawiać się o rozwój emocjonalny moich pozbawionych szkoły dzieci. Dzieci w zwykłych placówkach – pierwsza klasa podstawówki i technikum informatyczne. Zastanawiam się jak wpłynie na nich ta przymusowa sześciomiesięczna izolacja od szkoły. Dzieci towarzyskie, tęsknią bardzo. Szczególnie w przypadku młodszej pewnie poczyni to jakieś zmiany w psychice, nie wierzę, żeby odbiło się to bez echa. I w takim czasie znajduję Pani blog o edukacji domowej. Zastanawiam się, co jest nie tak w moim myśleniu, skoro ED jest taka dobra. Pierwszy raz chyba trafiłam na bloga tak skoncentrowanego na ED. Zawsze zastanawiam się, co kieruje twórcami takich blogów i dochodzę do wniosku, że zachęcanie ludzi do podjęcia takiej edukacji. Wydaje mi się też, że ED jest ściśle związana z naciskiem na wychowanie chrześcijańskie i staraniem się, aby dzieci nie spotykały się z zachowaniami odbiegającymi od nauki Kościoła. Jako rodzic i raczej przeciwnik ED (no może poza przypadkami losowymi) chciałabym zapytać – niezłośliwie – o pewne pobudki kierujące rodzicami wybierającymi taki sposób życia.
1. W jaki sposób dzieci spotykają się z rówieśnikami (nie mam na myśli rodzeństwa)? Moje towarzyskie dziecko miałoby problem ze spotkaniami z dziećmi poza szkołą. Każdy ma swoje sprawy i znajomych. Mieszkam na dużym osiedlu i nie wiem, czy pozwoliłabym mojemu dziecku bawić się z kimś, kto nie chodzi do żadnej szkoły. Inni też pewnie patrzyliby podejrzliwie na takie dziecko.
2. Jakie są zadania mamy w ED? Wszyscy tacy rodzice podkreślają, że dzieci uczą się same. Czy w tym czasie mama ma wolne?
3. Czy dzieci mają codzienną porcję sportu? Moja ośmiolatka codziennie w szkole pływa lub gra w zabawy z piłką na sali gimnastycznej, które uwielbia.
4. Czy dzieci są przygotowywane do prac zespołowych? U nas pierwszoklasistom sprawia problem wykonanie budowli z tektury w grupach pięcioosobowych. Nie dlatego, że jest to trudne, tylko dlatego, że ciężko dojść do porozumienia z pięcioma osobami spoza rodziny. Czy ED tego uczy?
5. Czy uczeń technikum informatycznego miałby możliwość codziennej dyskusji o sprawach komputerowych? Wiem, że są fora tematyczne, ale to nie to samo. Możliwość wymiany szybkiej opinii jest bardzo ważna w dzisiejszych czasach.
6. Czy dziewczynka wychowywana na ED ma jakieś zadania zawodowe w swoim dorosłym życiu oprócz tworzenia rodziny? Nie chcę się czepiać, ale mnóstwo osób w moim otoczeniu potrafi tworzyć szczęśliwe rodziny, a nie uczyli się w ED. Ten argument Pani jest dość dziwny.
7. W jaki sposób starsze nastolatki poznają swoje sympatie?
8. Z jaką ilością dorosłych dzieci mają codzienny kontakt, oprócz rodziców?
9. Czy rodzice z edukacji domowej naprawdę myślą, że inni rodzice nie mają czasu na wycieczki, czytanie książek, wizytę w CNK, kinie i innych takich? Wszyscy moi znajomi mają, nie wiem o co chodzi. Mamy też czas w tygodniu na chodzenie po kałużach i spotykamy wiele innych dzieci, które to robią.
10. Czy dzieci wychowywane w „bezpiecznych warunkach rodzinnych” będą umiały walczyć w dorosłym życiu?
11. Czym będzie się zajmować mama, której dzieci wyjdą z ED?
12. Dzieci wychowywane w rodzinach, gdzie oboje rodziców pracuje, uczą się przez obserwację rodziców – codzienną pracę, posiłki, spędzanie wolnego czasu. Czego uczy się nastolatka od matki uczącej ją w systemie ED? Przecież nastolatka uczy się sama. Więc obserwuje matkę nic nie robiącą cały dzień? Chyba, że matka pracuje a dzieci samopas w domu. Nie rozumiem tego.
Takie pytania nasuwają mi się w tej trudnej epidemiologicznie sytuacji.
Pozdrawiam,
Ewa

Teraz pewnie lepiej rozumiecie, dlaczego musiałam zażyć bromu i melisy, i dlaczego pochyliłam się nad opcjami pierwszą, drugą i trzecią. I z powodu tych opcji właśnie, oraz z powodu moich podejrzeń co do tego, że nasi krewni i znajomi tak naprawdę tylko udają, że nas lubią i nie uważają za szurniętych i w dodatku leniów**, postanowiłam choć pokrótce odpowiedzieć na pytania pani Ewy.

No to jedziemy. Obalamy mity.

1. Na początek powiem, że dzieci z edukacji domowej spotykają się z rówieśnikami tak samo jak dzieci ze szkoły. Tak zupełnie niezłośliwie powiem. Przychodzą, mówią cześć, to w co się bawimy (w co gramy) i już. Są spotkane. W sumie to bez znaczenia – z rówieśnikami czy nierówieśnikami. A tak już całkiem naprawdę niezłośliwie odpowiem, że mamy to szczęście mieszkać na osiedlu (chociaż w stolicy), na którym rodzice dzieci ze szkół pozwalają im bawić się z naszymi dziećmi. I bawią się zupełnie normalnie, jak to dzieci. Bawią się też na placach zabaw i w swoich domach. Spotykają inne dzieci (i nie tylko dzieci) na zajęciach poza domem. Oczywiście nie teraz, w czasach zarazy, bo teraz nie mogą.
Trzeba też zaznaczyć, że rodzin z dziećmi w edukacji domowej jest w Polsce bardzo dużo (w 2017 roku 14000 dzieci w Polsce uczyło się tym trybem). Istnieją kooperatywy edukacyjne, szkoły demokratyczne oraz kluby edukacji domowej. Naprawdę jest się z kim spotykać, jeśli tylko się chce (ale nie wszyscy chcą i tak też jest dobrze!)

2. Zadania mamy w edukacji domowej są takie same jak zadania każdej mamy. Dodatkowo, jak nazwa wskazuje, mama w edukacji domowej odpowiedzialna jest za edukację domową, która odbywa się w domu i poza domem, więc pełni role następujące (analogiczne do tych w szkole): sprzątaczka, woźna, kucharka, kierowca, zaopatrzeniowiec, kaowiec, pielęgniarka, psycholog, wychowawca, dyrektor i nierzadko (a jednak!) nauczyciel przedmiotów wszelakich. Pamiętać przy tym należy, że mama w edukacji domowej jest najczęściej mamą wielodzietną i oprócz dzieci w wieku szkolnym posiada dzieci w wieku przedszkolnym i niemowlęcym i pytanie, czym się taka mama zajmuje na co dzień wydaje mi się nie na miejscu, zwłaszcza w ustach kobiety (która powinna rozumieć inne kobiety jak mało kto).
Co do tego, że dzieci uczą się same. Niektóre tak, a niektóre nie. Czasem tak, czasem nie. To zależy. Poza tym, nawet jak uczą się same, to uczą się w domu, gdzie nie ma stołówki szkolnej (zazwyczaj) ani nawet dzwonków na lekcje, co oznacza, że mama w edukacji domowej, oprócz roli zaopatrzeniowca i kucharki i innych ról, wymienionych wcześniej, czasami pełnić też musi rolę… dzwonka.

3. Co do sportu to sprawa jest prosta. Mają. Chodzą na zapasy, balet, basen, konie, karate, rower, rolki, plac zabaw. Nooo… generalnie, sport można uprawiać wszędzie, nie tylko w szkole (wydaje się dziwne, prawda?). Szczerze mówiąc, to piłkę do skakania mamy nawet w domu (i drabinkę gimnastyczną, i trapez), chociaż mieszkamy na 74 m2 i sali gimnastycznej nam nie pozwolili wybudować na osiedlu.

4. To pytanie trochę mnie konfunduje, bo nie wiem, do czego może się w życiu przydać umiejętność budowania budowli z tektury w grupach pięcioosobowych, ale jeśli chodzi o dochodzenie do porozumienia z osobami spoza rodziny, to odpowiadam: Tak, edukacja domowa tego uczy. Gdyż moim skromnym zdaniem porozumiewanie się z osobami z rodziny nie różni się niczym od porozumiewania się z osobami spoza rodziny. No bo czym niby miałoby się różnić?!

5. Tutaj pytanie wykracza poza moje kompetencje, gdyż nie mam w domu ucznia technikum informatycznego (w przypadku techników i szkoł zawodowych edukacja domowa odpada), ale to raczej oczywiste, że “możliwość wymiany szybkiej opinii” nigdy jeszcze nie była tak łatwa jak w dzisiejszych czasach! I to nawet z osobami z innych krajów, nie tylko spoza rodziny!

6. Na temat “zadań zawodowych dziewczynki w dorosłym życiu, po edukacji domowej” nie umiem się jednoznacznie wypowiedzieć, gdyż proszę sobie wyobrazić, że ktoś zadałby pytanie o “zadania zawodowe dziewczynki w dorosłym życiu, po szkole”. No nie da się odpowiedzieć. Ile dziewczynek tyle zadań zawodowych. Tutaj tylko zaznaczę, że nie jesteśmy Amiszami i mamy w domu książki oraz Internet a nawet gry planszowe i komputerowe (takie dla chłopaków!), choć mamy też oczywiście szydełka i włóczki a nawet maszynę do szycia (natomiast nie mamy grzybka do cerowania ani tamborka do haftowania, jeśli o to chodzi).
Druga część pytania odnosi się zapewne do moich zachwytów nad tym, że edukacja domowa pomaga nauczyć się życia w rodzinie oraz budowania relacji rodzinnych lepiej niż szkoła. Co jest chyba oczywiste, gdyż szkoła tego zrobić po prostu fizycznie nie ma jak. Ale to nie znaczy, że ludzie chodzący do szkół nie umieją budować relacji i żyć w rodzinie. To nie jest podział “albo – albo”. Wszystko zależy od tego, w jakiej rodzinie się wychowujemy. Moje zachwyty odnoszą się tylko do tego, że w edukacji domowej mamy na to więcej czasu i możliwości. (Inna sprawa, że o poziomie umiejętności budowania szczęśliwych rodzin w społeczeństwie możnaby długo dyskutować, opierając się na danych dotyczących rosnącej liczbie rozwodów czy depresji i samobójstw nastolatków.)

7. Nie wiem, ale domyślam się, że podobnie jak inne starsze nastolatki. I nie zawsze w szkole. Wspomnę tylko, że instytucja szkoły w obecnej formie istnieje nie dłużej jak jakieś 100 lat, natomiast ludzkość jako gatunek o wiele, wiele, wiele dłużej.

8. Proszę pozwolić, że odpowiem pytaniem na pytanie: A jakie to ma znaczenie? (I jeszcze: A jak to policzyć?! Średnią? Medianę? A jeśli tak to z jakiego okresu dane brać pod uwagę?)

9. Rodzice w edukacji domowej naprawdę myślą, że inni rodzice (znaczy ci “szkolni”) nie mają na to czasu. A na pewno mają tego czasu mniej. Choćby dlatego, że ich dzieci spędzają codziennie po pięć – siedem godzin dziennie w szkole. A potem jeszcze nierzadko na zajęciach typu szkoła muzyczna, karate, angielski, odrabianie lekcji. I rodzice w edukacji domowej myślą tak dlatego, że sami nierzadko byli kiedyś rodzicami dzieci “szkolnych” i mają porównanie.

10. Hm. To pytanie jest niesamowite, bo zakłada, że w dorosłym życiu trzeba walczyć. Ale ja bym poszła dalej. Ja uważam, że w dzieciństwie też trzeba walczyć. A towarzystwo do walki znajdzie się zawsze (podpowiadam, że brat czy siostra świetnie się do tego nadają, a już rodzice – to wymarzeni partnerzy do boksowania). Pytanie tylko… czy o to nam w życiu chodzi? Żeby walczyć? Czy chcemy wychowywać dzieci do walki? A może lepiej do współpracy?

11. Och! Wszystkim! Jeśli o mnie chodzi, to wszystkim tym, na co teraz nie ma czasu, czyli pisaniem i czytaniem ksiażek, oglądaniem filmów, szyciem odlotowych toreb z materiałów z odzysku, oraz pracą zawodową, bo wbrew temu, co sądzi pani Ewa, mamy w edukacji domowej też pracują zawodowo. Chyba że mają jeszcze małe dzieci, wymagające opieki 24/24, ale i wtedy często robią coś “po godzinach” (piszą książki, blogują, vlogują, tłumaczą, ilustrują, uczą, projektują domy, niebanalne place zabaw, wynajmują mieszkania, koncertują, hodują kury i kozy, redagują czasopisma, liczą coś dla banków, prowadzą warsztaty, sprzedają Thermomixy… możliwości i opcji jest cała masa, i wszystko co wymieniłam, robią mamy, które znam osobiście).

12. Pani Ewa pisze: “Dzieci wychowywane w rodzinach, gdzie oboje rodziców pracuje, uczą się przez obserwację rodziców – codzienną pracę, posiłki, spędzanie wolnego czasu” – tak właśnie uczą się dzieci w edukacji domowej. Tak samo! Podstawowym błędem jest założenie, że rodzice w edukacji domowej nie pracują. A niby z czego żyją?
I tak jak napisałam wcześniej – mamy w edukacji domowej często rzeczywiście nie pracują zawodowo na etacie (zwłaszcza gdy mają małe dzieci, albo więcej niż dwoje dzieci, co w edukacji domowej jest standardem), natomiast często pracują “po godzinach”, a jeśli nawet nie – to z pewnością mają co robić w domu. No chyba że mają sztab służących i opiekunek do dzieci. No to wtedy luz. Leżą i pachną.
Więc sytuacja, gdzie “nastolatka uczy się sama i obserwuje matkę nic nie robiącą cały dzień” jest bardzo mało prawdopodobna. A w ogóle to ja się pytam: Da się nic nie robić przez cały dzień?! Tak po prostu usiąść i nic nie robić?! No ja nie wiem. Ja nie rozumiem pytania, proszę pani.

No i jak tu nie lubić swoich czytelników?

Nawet jeśli po ich konentarzach musimy zażywać bromu i melisy, to jednak możemy też napisać długaśny artykuł, co samo w sobie jest całkiem fajne. W dodatku takich pytań naszpikowanych mitami to ja bym w życiu sama nie wymyśliła!

Pozdrawiam Was wszystkich!

*Jeśli jesteś moim stałym czytelnikiem i dziwisz się, skąd mi się na te metafory zebrało, to już wyjaśniam: Otóż czytam właśnie Janiny Bąk “Statystycznie rzecz biorąc”, i tam – statystycznie rzecz biorąc – to jest gdzieś tak 50% metafor i 50% twardych danych, i ogólnie jest fantastycznie. Naprawdę polecam! Tyle że efekt uboczny tej lektury niestety widać. Po niniejszym tekście.

**Chcę tylko zauważyć, że gdyby nie lenie, to nie mielibyśmy pralki, zmywarki i pilota do TV.

34 komentarze

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Pola wymagane zaznaczone są *