Miasto: lubię, nie lubię, lubię, nie lubię…

Miasto: lubię, nie lubię, lubię, nie lubię…

Uff, nie lubię dużego miasta… W dużym mieście czuję się jak baran w stadzie (hmm… właściwie, to co ja wiem o baranach?).

Miasto.

Czerwone – stój, zielone – idź.

Korek – stój. Choćby Cię akurat naszła potrzeba niewymowna, musisz stać.

Przesiadasz się z samochodu na tramwaj czy autobus – czekaj, aż nadjedzie albo i nie – a może rozkład pozmieniali, bo akurat dziś maraton?

Nadjedzie coś nareszcie – biegnj co sił, bo nie poczeka.

Uda się wsiąść – uff, jedziesz! Daj Boże, że to nie godziny szczytu, bo inaczej wisisz „na wieszaku” ściśnięty jak śledź.

Wszędzie huk, szum, tłum, „zapachy” miasta…

Barany, śledzie… często czuję się w naszym mieście jak ubezwłasnowolniona, jak trybik w wielkiej maszynie, poruszający się w sposob zaprogramowany i zorganizowany, wyznaczony rozkładem jazdy, przejść dla pieszych, przystanków i skrzyżowań.

A jednak lubię duże miasto – bo mogę się skryć na zielonym Grochowie, a kiedy potrzeba – mam wszystko w zasięgu ręki, oj, przepraszam – samochodu, tramwaju, autobusu…

Lubię, nie lubię, lubię, nie lubię, lubię, nie lubię… i coż z tego?

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.