Mam dość. Nawet najlepsza matka ma czasem dość. A co dopiero ta nienajlepsza!

Mam dość. Nawet najlepsza matka ma czasem dość. A co dopiero ta nienajlepsza!

Mam dość.

Edukacji domowej. Tego chaosu. I wysiłku, który trzeba wkładać w jego ujarzmianie.

W utrzymanie jako takiego dziennego rytmu, rutyny. Wciąż trzeba czuwać, pilnować, trzymać rękę na pulsie. Już, już, myślisz że działa, a tu wystarczy jeden dzień lekkiej niedyspozycji mojej czy dzieci, a wszystko znów się rozsypuje. Gnuśnieje. Rozłazi. Bawi się – to w sumie dobrze – wciąż powtarzam, że dzieci mają się bawić. Ale…

…mam dość. Sprzątania po dzieciach. Gotowania czegoś, co i tak przynajmniej jednemu z domowników nie będzie smakować.

Albo będzie mu żal tego, kogo pozbawiono drobiowej wątróbki. Czyli drobiu. Żal mu, a właściwie jej, tego drobiu, rozumiecie. Więc nie je. A potem rzuca się na czekoladę. Albo chleb, jak nie ma czekolady. Mam tego dość. Samym chlebem żyć się nie da. Całe szczęście, że istnieją jeszcze ziemniaki i jabłka.

Parówki, owszem, mogą być. Nie żal jej tego czegoś co zostało pozbawione czegoś tam, jakiejść części ciała. No bo w sumie nie wiadomo czego i kto został pozbawiony, jeśli chodzi o parówki.

No więc mam dość. Wszystkiego. Tej pogody, kiedy jest wciąż szaro.

Tego bycia karbowym, który wciąż przypomina: zrób biologię, historię, angielski, poćwicz na akordeonie, skrzypcach, zrób zmywarkę, wynieś śmieci, zdejmij pranie, odłóż te książki na miejsce, powieś plecak na wieszaku, postaw buty na półkę, podnieś ten ręcznik z podłogi i rozwieś go na kaloryferze, zgaś światło jak wychodzisz z pokoju, wyrzuć brudne ubranie do pralki, a nie w nogi łóżka, zrób śniadanie, chodź na śniadanie, nakryj do stołu, sprzątnij ze stołu, weź talerz do tej kanapki, jedz przy stole, a nie w sypialni, idź na dwór pobiegać, nie krusz tymi płatkami… Aaaa!

A jeszcze do tego, do tego wszystkiego – one. Egzaminy.

Zostaw, w ogóle się tym nie przejmuj, nie zajmuj. Niech się sami przekonają, że jak się nie nauczą, to nie zdadzą egzaminów.

Tak mówi Mąż. Łatwo mu mówić, on oczami nie świeci. Ale ma rację. Bo choćbym sobie gardło zdarła, to ich nie nauczę, o ile sami nie zechcą się nauczyć. A właściwie… nauczę, ale przypłacę zdrowiem i naszymi dobrymi relacjami.

Więc chyba lepiej, żeby przekonali się na własnej skórze, co to znaczy słabo umieć na egzaminie.

Co to znaczy dukać, być wyciąganym za uszy. Jeśli takie doświadczenie sprawi, że następnym razem zorganizują się i nauczą, to bingo! Jeśli nie… to też bingo, bo to znaczy, że nie ulegli presji dostawania samych piątek lub uczenia się tylko dlatego, że “tak trzeba”. Wolę, żeby uczyli się dla siebie. Dlatego, że coś ich ciekawi.

Zresztą, i to muszę uczciwie przyznać – dzięki egzaminom zaciekawiają się rzeczami, którymi się dotąd nie interesowali.

I to jest fajne. I to pokazuje, jak ważna jest inspiracja płynąca od rodziców. Bo kiedy sama ekscytuję się wyprawą św. Wojciecha na Prusy (nie na darmo czytało się Cherezińską, nie na darmo!), to i opowiem o niej dziecku w sposób ekscytujący. Ale też nie wiem, czy miałabym okazję mu o tym opowiedzieć, gdyby nie fakt, że odpytuję go do egzaminu.

No widzicie! Mam dość, a jednak mam tę moc. Moc wraca do mnie, gdy nadchodzi słoneczny dzień. Gdy pójdę pobiegać w parku. Gdy pójdę do kina. Gdy wypłaczę się Meżowi w ten, no… guzik (czy tam rękaw) od koszuli. Gdy wypiszę z siebie te żale na blogu. Takie tam babskie żale…

Mam dość. Ale mam tę moc. Czego i Wam życzę, kochane Mamy w ED.

Powiązane wpisy

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.