niepowodzenia w kwestii zero waste

Mała stabilizacja czy kolejne niepowodzenia w kwestii zero waste?

Przepraszam Drogich Czytelników za długą nieobecność. Święto Narodowe było dla nas okazją do wyjazdu, a dla mnie odpoczynku od komputera.

Przyznam się Wam, że jesienna aura i krótkie dni wprawiają mnie w nastrój leniwy i senny.

Dlatego baaaaardzo nie chce mi się chodzić na bazarek, pamiętać o odmawianiu brania foliowych torebek, o zabieraniu puszek, słoików, własnych siatek na zakupy.

Nie chce mi się szyć szmacianych toreb, zmywaków i serwetek, piec ciast, robić twarożek i zsiadłe mleko, wyszukiwać sklepy z produktami na wagę, odmawiać dzieciom jogurtów i serków zapakowanych w plastik, a tym bardziej omijać łukiem inne produkty zapakowane w plastik (co ONI widzą w tych plastikowych opakowaniach? Taniość? Wygoda? Uroda?).

Co gorsza, nie chce mi się też pisać długaśnych, rzetelnych i czasochłonnych artykułów na blogi.

Przyznam się Wam ponadto, że w trakcie naszej podróży popełniliśmy wizytę w straszliwym, obrzydliwie śmieciowym fast foodzie, uwielbianym przez nasze dzieci (tłuste, słone i kaloryczne jedzenie to to, co tygrysy w wieku nastolatkowym i przednastolatkowym lubią najbardziej).

Jednak trening zerośmieciowy zrobił swoje i widok tych wszystkich pudełek, pudełeczek, torebeczek, serwetek i kubeczków jednorazowych przyprawił mnie niemalże o palpitację serca. Szczytem marnotrawstwa są chyba pudełka od zestawów dla dzieci. Pół biedy, jeśli są kupowane na wynos. Ale w większości przypadków służą właściwie tylko do transportu jedzenia od kasy do stolika. Potem śliczne i całkiem niezużyte trafiają do kosza.

Po naszym posiłku (pięciu głodomorów) pozostał spory stosik papierowo-tekturowy, który (ponieważ w lokalu nie mieli koszy do segregacji śmieci) zabrałam z przeznaczeniem na makulaturę lub (nowiutkie pudełka) prace plastyczne. Myślę, że nasza Gwiazda zrobi z nich jakieś żabki lub coś w tym stylu. Będę miała co pokazać na blogu.

Ponieważ nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, postanowiłam i nieomieszkałam obiecać rodzince, że będzie (że była?) to nasza ostatnia wizyta w tym zacnym lokalu. Wiem, nigdy nie mów nigdy.

Czy to wina jesieni czy mojego lenistwa, faktem jest, że po hurrraoptymistycznym starcie eksperymentu zerośmieciowego znalazłam się w punkcie, w którym trochę mi się odechciewa.

Tracę nadzieję (złudzenia), że się da. Tak bez śmieci. Karmić, ubierać, myć, uczyć, żyć. Z rodziną i w rodzinie. Bo gdybym była sama, to co innego.

Zresztą, czy moje małe zmiany mają jakieś znaczenie w skali całego świata? Czym jest ta jedna czy dwie torebki foliowe, których niezabranie wywalczę jak lwica („- Ja pani zapakuję. – Nie, dziękuję. – Ależ proszę, niech pani weźmie tę torebkę. – NIE! DZIĘKUJĘ! miły uśmiech, kurtyna), wobec powodzi wszechobecnych plastików.

Tak czy siak, nie poddam się i powalczę. Ze swoim lenistwem też.

Ale bez przesady, poleniuchować czasem trzeba, prawda?

P.s. Zapraszam do odgadywania, co przedstawia zdjęcie!

2 komentarze

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany na stronie. Wymagane pola zaznaczone są *