Lanskorona, czyli tyle w temacie.

Wszyscy teraz tylko o wirusie.

Normalnie strach otworzyć konserwę. Strach zasnąć, bo we snach goni mnie potwór z koroną na głowie i krzyczy: Ja Cię dopadnę, ty wstrętna nauko zdalna!!!

Tak. Sny bywają naprawdę dziwne i bezsensowne. Scenariusze się kupy (za przeproszeniem) nie trzymają, a dialogi… No cóż, dialogi niedobre.

Dlatego ogłaszam, co następuje.

Drodzy czytelnicy! Niniejszym ogłaszam, że postanowiłam nie brać udziału w lanskoronie (copyright by nasze dzielne orwaciątka) i nie wykorzystywać biednego, małego wirusa (żeby nie powiedzieć – wiruska) do rozwoju swojej kariery blogerki poprzez wypowiadanie się wszem i wobec i wszędzie gdzie się da, a w szczególności na łamach tego oto bloga na temat wyższości edukacji domowej nad nauczaniem zdalnym.

Ogłaszam zatem, że nie będę pisać, podpierając się autorytetem i doświadczeniem (własnym oczywiście!), jak to nauczanie zdalne praktykowane aktualnie przez polskie (i nie tylko polskie, zapewne, o zgrozo!) szkoły nijak ma się do edukacji domowej.

(Tak serio mówiąc – to nie wiem, bo przecie NIE mam dzieci w nauczaniu zdalnym i sprawę znam jedynie ze słyszenia Instagrama i czytania Fejsbunia.)

Nie będę również wypisywać litanii sposobów na to, jak ogarnąć dzieci, które zamiast całe dnie spędzać w szkole i na zajęciach pozaszkolnych, siedzą w domu i nam przeszkadzają. W pracy, rzecz jasna, przeszkadzają. Nie będę również się wymądrzać, że znam sto sposobów na to, jak sprawić, by dzieci zajęły się czymś sensownym. Najlepiej odrabianiem zadań zadanych przez nauczyciela na Librusie bądź nie zadanych przez nikogo, ale niezbędnych… to chyba oczywiste, że niezbędnych! Nie będę Wam też ściemniać, że wiem, jak spędzać całą rodziną całe dnie w domu i nie kłócić się, nie przekrzykiwać, nie deptać sobie po piętach ani nie siedzieć sobie na głowie.

Nie będę tego robić z powodu prostego. Mianowicie: ja tego nie wiem!

Jestem mamą w edukacji domowej dziewiąty już rok, a mamą w ogóle – szesnasty i zaiste, powiadam wam – nie nabyłam jak dotąd umiejętności dających mi władzę nad własnymi dziećmi (!) na tyle dużą (ha!), żeby sprawić, by dzieci:

Siedziały w domu i nam nie przeszkadzały.

Co więcej – o ja mizerna! Nie wiem jak sprawić, by wychodziły pobiegać po dworze (albo po polu, jak chce mój Mąż) na dwie godziny dziennie.
To znaczy… wiem jak to sprawić, ale moje sposoby nie nadają się do upubliczniania na publicznym blogu czytanym przez ambitnych i wrażliwych rodziców.

Zajęły się czymś sensownym.

Konia z rzędem temu, kto wie, cóż to właściwie znaczy „zająć się czymś sensownym”.

Zajęły się odrabianiem zadań.

Skoro szkoła każe, to niech sobie egzekwuje, jak zdoła.

Nie kłóciły się, nie przekrzykiwały, nie deptały sobie po piętach ani nie siedziały – sobie i nam, rodzicom – na głowach.

I tutaj znów: Wiem, jak to sprawić, ale moje sposoby nie nadają się do upubli… i tak dalej.

No i tyle w temacie, jak mówi młodzież.

(Co prawda nasza domowa młodzież tak nie mówi, ale wydaje mi się, że na jutiubie słyszałam, że tak mówią młodzi, lol, omg).

Ale żebyście nie myśleli, drodzy czytelnicy, że jestem taką beznadziejną mamą i w dodatku w edukacji domowej, co już w ogóle mnie pogrąża totalnie na maksa i mega, jak mówi młodzież (ojtam ojtam), to Wam powiem co następuje:

Mamy w domu dużo książek i gier planszowych i klocków i pet shopów i kredek i kartek do rysowania i czytnik e-booków mamy i komputer, a nawet pięć.

Nie mamy telewizora ani radia (to znaczy radio mamy, ale nie słuchamy). Mamy dwa smartfony (mój i Męża).

Dzieci korzystają tylko z komputera stacjonarnego. Lapków naszych nie lubią, na szczęście, z wyjątkiem mojego starego dobrego Lenovo, na którym jest zainstalowane stare dobre „Heroes II” w którą to grę czasem grają, jak im pozwolę. Bo co.

Najstarszy całe dnie albo pisze książkę, albo rysuje i koduje swoją grę, albo uczy się (z kursów na Udemy) rysowania w 3ds Maxie albo kodowania w Unity… a więc ponieważ prawie cały dzień okupuje ten nieszczęsny stacjonarny komputer, to młodsi nie mają jak się do niego dopchać. Dlatego bawią się, rysują, czytają, budują z klocków i grają w planszówki (- Mamo, dziś zagraliśmy w „Ucztę dla Odyna”, w „Poprzez Wieki”, trzy razy w „Galaxy Truckera” i dwa razy w „Śpiące Królewny”! – te słowa padły przedwczoraj, naprawdę, a w „Ucztę dla Odyna” grałam razem z nimi).

Czasem robią zadania i ćwiczą na skrzypcach albo na drabince gimnastycznej. Robią coś w (i dla) domu (czyli dla siebie).

A jak się dopchają do stacjonarnego, to grają w Minecrafta albo w inne gry, których nie znam (ale Mąż zna). Grają co do zasady raz na tydzień, ale co do rzeczywistości, to częściej. NIECO częściej.

A wieczorami – oglądają Pingwiny, Kucyki i Avengersów. A ja z nimi.

I tyle w temacie.

Już pisałam, ale nie zaszkodzi przypomnieć, że z powodu narodowej kwarantanny (i naszego wiruska) postanowiłam przedłużyć promocję urodzinową (bo niedawno stuknęło „Kornelii O…” pięć długich lat). Teraz nie potrzebujecie kuponu, by uzyskać zniżkę na e-booka i workbooka o tym, jak być mamą w edukacji domowej i nie zwariować. Promocja trwa jeszcze tylko trzy dni, do piątku 27 marca 2020 roku, do północy! Zajrzyjcie do sklepiku!

Ech. A jednak lans. Lanskorona. No… to tyle w temacie.

8 komentarzy

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Pola wymagane zaznaczone są *