esencjalizm, epidemia i edukacja domowa by Kornelia Orwat

Esencjalizm, epidemia i edukacja domowa.

Co ma esencjalizm do epidemii i edukacji domowej?

„Esencjalista” Grega McKeowna za mną chodzi. Bo zapisałam sobie kilka cytatów, które jak ulał pasują. I do czasów epidemii, i do edukacji domowej. Dlatego jeszcze parę słów o tym. Szczerze mówiąc, dużo słów o tym.

Nie dalej jak dwa tygodnie temu podśmiewałam się z #lanskorony, a tu okazuje się, że zjawisko miało miejsce już na wiele lat przed epidemią. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że autor książki „Esencjalista”, o której pisałam Wam tydzień temu, zadał na jej łamach pytania, jakie zadaje sobie teraz prawie cały świat (hmm… powinien je sobie zadawać)?

Pytania esencjalisty.

Pytania te w sposób tak oczywisty kojarzą się z obecną sytuacją, z kwarantanną, z przymusowym zwolnieniem tempa życia i gospodarki, że czytając je aż przecierałam oczy ze zdumienia.

I tak. Możecie mnie sobie posądzać o doszukiwanie się nie-wiadomo-czego w starej i może już nawet trochę niemodnej (?) książce, ale fakt jest faktem, że… Że pasuje. Do obecnej sytuacji. Zobaczcie:

Co by się stało, gdyby społeczeństwo przestało namawiać nas do ciągłego kupowania rzeczy, pozwalając nam złapać oddech i pomyśleć? Co by się stało, gdyby społeczeństwo zachęcało nas do rezygnacji ze stylu życia trafnie opisywanego jako wykonywanie znienawidzonej pracy w celu kupienia niepotrzebnych rzeczy za nie swoje pieniądze w celu zaimponowania ludziom, których nie lubimy?
Co by się stało, gdyby przestano nam wmawiać, jak ważne jest posiadanie większej liczby przedmiotów, a w zamian zaczęto przekonywać, że warto mieć mniej?
Co by się stało, gdybyśmy przestali traktować obciążenie pracą jako wyznacznik statusu? Gdybyśmy zamiast tego mogli się szczycić tym, jak dużo czasu poświęciliśmy na słuchanie, rozmyślanie, medytowanie i pielęgnowanie więzi z najważniejszymi osobami w naszym życiu?

Greg Mc Keown, „Esencjalista”

I tak, i owszem – pytania te były (jak widać) zadawane przed „koroną”, przed epidemią. Ale były zadawane przez ludzi żywo zainteresowanych ideą slow life, minimalizmu, prostoty, esencjalizmu (jak widać). Były też zapewne przez niektórych wykpiwane, jako pytania, pomysły-wymysły środowisk, którym się „w głowach poprzewracało”, które „mają za dobrze”, „za dużo”, „mają przesyt”, „wymyślają” i tak dalej. No powiedzcie sami: czy tak nie było?

A przecież idee prostoty i spokojnego, skromnego życia nie są niczym nowym, nie są żadnym snobistycznym „wynalazkiem”, tylko są doświadczeniem i realnym życiem, które było udziałem naszych rodziców i dziadków. Tylko że oni tego nie nazywali slow life, esencjalizm, minimalizm, prostota. Oni to nazywali „bieda”.

Na ironię losu zakrawa fakt, że ci „niektórzy”, ci, którzy wykpiwali te nowe-stare trendy (nowe z nazwy, stare w istocie), to ludzie, którym się w głowach z dostatku bynajmniej nie poprzewracało. Którzy po prostu w pogoni za związaniem końca z końcem na „wymyślanie” slołlajfów i minimalizmów czasu nie mają. Którzy na pojmowany w nowoczesny sposób minimalizm pozwolić sobie nie mogą. Ale jednocześnie, sami o tym nie wiedząc, minimalistami po trosze są.

Ale też minimalistą nie jest człowiek, dla którego „związanie końca z końcem” oznacza spłatę kredytu na dom, samochód i zagraniczne wakacje.

I o tym właśnie mówi powyższy cytat.*

A jak się ma do tego edukacja domowa?

Cała sytuacja związana epidemią, zamknięciem szkół i przeniesieniem życia (a co za tym idzie – edukacji i pracy) w domowe pielesze sprawia, że wielu ludzi zadaje sobie teraz pytania o… Jakby to ująć? Ogólnie rzecz biorąc, o kształt edukacji. O to, na czym ona polega. O to, komu ją powierzyliśmy, wysyłając nasze dzieci do szkół. O to, czego te szkoły uczą. Oraz tego, jak uczą.

Bo kiedy zaczęło się nauczanie zdalne, szkoła zaczęła przenikać do domów. Szkoła już nie jest miejscem, do którego dzieci się „wysyła” i „ma z głowy”. Szkoła nie jest czymś, co „zadaje lekcje” do odrobienia w domu. Szkoła stała się domem, albo odwrotnie.

I choć nie cofam tego, co napisałam w felietonie o lanskoronie, czyli przyznaję i trzymam się stanowiska, że co ja tam wiem o nauce zdalnej, którą wdrożyły szkoły (no bo przecież my z niej nie korzystamy), to jednak jakieś tam informacje i opinie poprzez prasę, internet i znajomych do mnie trafiają. I te informacje i opinie sprawiają, że odważę się powiedzieć tutaj wszem i wobec, co następuje. Szkoła – często gęsto – rozczarowuje. Rodzice, mając teraz okazję „podglądać” szkołę, widzą rzeczy, których chyba woleliby nie oglądać.

I nie mam tu tylko na myśli sławnych – niesławnych lekcji z telewizji (w dodatku okazuje się, że to ewidentnie wina TVP, a nie nauczycielek, że wyszło jak wyszło). Mam na myśli to, że w ostatecznym rozrachunku nie chodzi w tym wszystkim o to, by dzieci coś umiały, ale by „w papierach” się zgadzało. By „program był zrealizowany”.

I jest to wina systemu, nie nauczycieli. O czym jeszcze za chwilę.

Ale dlatego jest też pospolite ruszenie edukacji domowej. Jest lanskorona. Bo środowiska, które siedzą w edukacji pozaszkolnej, alternatywnej, zwąchały wzrost popularności tejże właśnie edukacji. Dobrze zwąchały. I chwała im za to! Naprawdę! Teraz mamy szansę – my, zwolennicy alternatywnej edukacji – dostać swoje pięć minut. Mamy szansę wyjść z podziemia, przestać być postrzegani jako wariaci i ludzie, którzy robią krzywdę swoim dzieciom, odseparowując je od jakże wspierającego i rozwijającego środowiska rówieśników i nauczycieli w szkole.

Bo chociaż kwarantanna nie jest łatwym doświadczeniem dla rodzin, które na co dzień spędzają większość czasu poza domem, to jest też doświadczeniem pouczającym. I jest szansą.

Szansą na dostrzeżenie (po, oczywiście, wdrożeniu planu pt.: „Jak być razem w domu przez cały dzień i się nie pozabijać?”, który to plan każda w miarę inteligentna rozgarnięta rodzina jest w stanie przy niejakim wysiłku wdrożyć, i niekoniecznie musi to być plan pt.: „Jak się nie pozabijać o dostęp do komputera?”), że czas w domu, bez codziennego kontaktu z rówieśnikami wpływa na nasze latorośle całkiem dobrze.

Szansą na dostrzeżenie absurdów powszechnej, obowiązkowej i zinstytucjonalizowanej edukacji oraz na zastanowienie się nad innym pytaniem z „Esencjalisty”:

Co by się stało, gdyby szkoły zrezygnowały z wbijania uczniom do głów błahostek i zamiast tego zaczęły realizować przedsięwzięcia o dużym znaczeniu dla całej społeczności? Gdyby wszyscy uczniowie mieli czas pomyśleć o tym, jakie działania mogą mieć największy wpływ na ich przyszłość, tak aby po ukończeniu szkoły średniej nie zaczynali po prostu wyścigu donikąd?

Greg McKeown, „Esencjalista”

I powiem Wam, że nawet Adam Kay, autor książki „Będzie bolało”, o której wspomniałam ostatnio, choć ironizuje na temat edukacji domowej**, sam przyznaje, że zawód lekarza wybrał pochopnie. Pisze, że skłoniła go do tej decyzji niedojrzałość w połączeniu z nieświadomością, na co się pisze, a także… wadliwy system edukacji. System, który nie daje czasu na przemyślenie sprawy. Który nie daje przestrzeni na to przemyślenie, tylko popycha, namawia, mami i kusi mglistą wizją „prestiżowego zawodu”. System, który jest skonstruowany tak, że trzeba szybciej i więcej. Który z rywalizacji uczynił cnotę.

Nie chcę przez to powiedzieć, że szkoły są złe.

Nie chcę powiedzieć, że wszyscy nauczyciele są źli. Chcę, by wybrzmiało z tego tekstu co następuje:

  1. Cenię nauczycieli. Cenię ich za to, że dobrze wykonują swoją pracę (o ile ją dobrze wykonują!), że dają z siebie wszystko (o ile dają!), że lubią tę pracę (o ile ją lubią!).
  2. Cenię szkoły. Cenię je za to, że starają się wycisnąć z ograniczeń systemowych tak dużo, jak się da (o ile się starają!). Cenię je za to, że zapewniają opiekę i wykształcenie (i posiłki!) dzieciom, które na dobrą edukację domową i alternatywną nie miałyby nigdy szans. Cenię je za to, że zapewniają to wszystko dzieciom, które miałyby szansę na tę dobrą edukację domową czy alternatywną, gdyby ich rodzice mogli sobie na to pozwolić ze względu na pracę. Pracę, która pozwala związać koniec z końcem, a nie kredyt z kredytem.
  3. Cenię nawet to, że mamy egzaminy w edukacji domowej (choć pewnie fajniej byłoby ich nie mieć), gdyż uważam, że są pouczające przez samo to, że są. Bo mobilizują do zrobienia czegoś, czego się robić nie chce (a w życiu, nawet najlepiej zaplanowanym, zawsze się takie rzeczy znajdą). Bo pokazują, że na świecie jest wiele absurdów (tak jak w programach szkolnych czy podręcznikach). Pokazują, że ucząc się do egzaminu czegoś, co nas nie interesuje, odkrywamy, że… interesuje! Pokazują też, że podręczniki nie są wcale takie złe. (Bo tak! Mój Mąż ostatnio spędził sporo czasu studiując podręcznik do historii dla pierwszej klasy liceum i co jakiś czas pomrukiwał z aprobatą. A musicie wiedzieć, że mój Mąż nie pomrukuje z aprobatą ZBYT często.) Pokazują, że jest coś takiego jak szkoła i egzaminy i że są one częścią świata, w jakim żyjemy i nie możemy udawać, że jest inaczej. Innymi słowy, egzaminy są elementem osławionej SOCJALIZACJI. Innymi słowy, egzaminy uczą POKORY.
  4. Złe nie są szkoły, źli nie są nauczyciele. Zły jest system oparty na złych założeniach (jak choćby to, że wszystkie dzieci potrzebują umieć i wiedzieć to samo). Ale nawet ten system ma swoje dobre strony (patrz punkt 2.). Bo nie ma ideałów. To znaczy – ideały są, ale pozostają w sferze… idei.

Lanskorona, lanskorona… i co dalej?

No właśnie. Lanskorona, jak ją nazwałam, jest dobra. Dobre jest to, że środowiska edukacji alternatywnej pokazują, pomagają rodzinom na co dzień „szkolnym” radzić sobie ze szkołą w domu, z przymusową edukacją domową (chociaż, jak już ustaliliśmy, często nie jest ona PRAWDZIWĄ edukacją domową). Dobre jest to, że rodziny na co dzień „szkolne”, zainteresowały się edukacją domową.

Natomiast moje (nasze) gdybanie, czy edukacja domowa i alternatywna stanie się bardziej popularna i zyska więcej zwolenników, to jednak wróżenie z fusów. Bo z pewnością zwolenników nam przybędzie, ale… jak to w życiu – przybędzie nam też wrogów. Bo jedni powiedzą, że TO JEST SUPER I MY TEŻ TAK CHCEMY, a inni – ŻE TO WARIACTWO, JAK ONI TAK MOGĄ I NIGDY W ŻYCIU.

I to będzie normalne. I tak też będzie dobrze. Bo wiecie co? Wiecie dlaczego jesteśmy zwolennikami edukacji domowej? Dlatego, że jesteśmy zwolennikami różnorodności i wolności (w tym wolności wyboru formy edukacji i stylu życia). Oraz zdrowego rozsądku.

*Chodzi mi o to, żeby odróżniać potrzeby realne od wydumanych. Nie chodzi mi o to, by w ogóle nie konsumować albo drastycznie ograniczać konsumpcję. W świecie takim jaki teraz jest byłoby to ekonomiczne samobójstwo.

**Opisuje odlotową pacjentkę, która miała świetny plan na swój idealny poród, plan rozpisany na pięknych, kolorowych, laminowanych kartach, uwzględniający słuchanie odpowiedniej muzyki, wąchanie kadzidełek i tak dalej, a podczas akcji porodowej wrzeszczy na męża, żeby wyłączył to „piep…ne plumkanie”. Adam Kay ironizuje na temat przyszłości jej nowonarodzonego potomka, który zapewne będzie miał zapewnioną „edukację domową”.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Pola wymagane zaznaczone są *