Edukacja domowa a nauka zdalna by Kornelia Orwat

Edukacja domowa a nauka zdalna w czasach zarazy

A jednak #lanskorona.

We środę 20 maja wrzuciłam na bloga wpis o moich Poniedziałkowych Pogaduszkach na Facebooku (18 maja 2020),na których poruszyłam temat różnic pomiędzy edukacją domową a nauką zdalną, we czwartek siadłam do pisania artykułu na ten temat i… struchlałam!

Przecież prawie dokładnie dwa miesiące temu, gdy tylko zaczęło obowiązywać powszechne “zamknięcie” z powodu pandemii, napisałam tutaj, na tych łamach, żartobliwy felieton, w którym zarzekałam się, że kto jak kto, ale ja brać udziału w lanskoronie nie będę i na temat wyższości edukacji domowej nad nauką zdalną wypowiadać się nie będę! (Taaak, felieton nosi tytuł “Lanskorona, czyli tyle w temacie.”)

I co? I wypowiadam się! No jakże to tak?!

Ano tak, że mam nauczkę. A nie mówili mądrzy ludzie: Pamiętaj, nigdy nie mów nigdy? Mówili. A nie mówili inni mądrzy ludzie: Na tyle siebie znamy, na ile nas sprawdzono?

Mówili.

Więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przyznać rację mądrym ludziom, bo co jak co, ale siebie to ja rzeczywiście znam na tyle, żeby wiedzieć, że nigdy ze mną nie wiadomo. (Aaa! Zapomniałam żeby nigdy nie mówić nigdy!)

No i (nigdy) nie wiadomo, co życie przyniesie. Bo skąd może człowiek wiedzieć, że życie przyniesie mu czytelników, którzy będą dziwić się edukacji domowej, mylnie sądząc, że to, co teraz sami ze swoimi dziećmi mają w domu – a mają szkolną naukę zdalną – to jest właśnie edukacja domowa?

Tak więc sami widzicie – mam alibi. Moje ostatnie Pogaduszki oraz niniejszy tekst są uzasadnione. Natomiast faktem jest, że nie do końca w tych pogaduszkach chodziło mi o to, by usilnie zapewniać o wyższości edukacji domowej nad nauką zdalną. Chociaż pewnie tak to wyglądało. Chociaż pewnie właśnie to robiłam (mówiąc szczerze).

Bo… istotnie. Jestem zwolenniczką edukacji domowej i w ogóle edukacji alternatywnej, pozasystemowej. Ale jest jedno ale. Otóż często sygnalizuję i piszę, mówię, że co do zasady nie jestem przeciwniczką szkół i szkolnictwa. Zawsze pisałam (i mówiłam), że jeśli komuś jest w szkole dobrze i lubi szkołę, że jeśli docenia ten sposób edukacji i styl życia to w porządku, nie ma sprawy – wolność wyboru przede wszystkim. Poza tym ufam, że system szkolnictwa w końcu – prędzej czy później – z tych przyspawanych do podłogi ławek i czarnych tablic do pisania kredą (swoją drogą, jakie to uroczo oldskulowe i w gruncie rzeczy praktyczne i ekologiczne!) wyjdzie.

Dlatego chcę podkreślić: nikogo nie namawiam do edukacji domowej!

Owszem – chwalę sobie ten styl życia i edukacji, lubię go, uważam że jest świetnym sposobem na to, by wychować ludzi niezależnych i myślących krytycznie (pod warunkiem, że rodzice dzieci w ED myślą krytycznie, rzecz jasna, ale idzie tutaj też o brak presji ze strony grupy rówieśniczej na bycie “jak wszyscy”), ale jednocześnie bynajmniej nie namawiam do niego ludzi, którzy po prostu szkołę lubią, a edukację domową uważają za wymysły szaleńców.

Namawiam do niej ludzi, którzy z jakichś powodów mają ze szkołą “na pieńku”, którzy chcą spróbować czegoś innego, których styl życia mocno kłóci się z systemową edukacją szkolną (na przykład – rodziny podróżujące albo dzieci chodzące do popołudniowych szkół muzycznych, które są bardzo praco- i czasochłonne).

Co zaś do różnic między edukacją domową, a nauką zdalną.

Pisałam już, że to, co praktykują teraz szkoły i ich uczniowie, czyli tak zwana nauka zdalna, to nie jest to samo co edukacja domowa z prostego powodu: W normalnej edukacji domowej nie obowiązuje nakaz #zostańwdomu.

Natomiast – co też chcę podkreślić – nauka zdalna w ogóle, nie w czasach epidemii, to jest coś, co jak najbardziej może “podpadać” pod edukację domową. Bo jeśli ktoś przejdzie na tryb edukacji domowej (czyli uzyska pozwolenie na spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą) i w ten sposób zorganizuje sobie naukę, że będzie korzystał z lekcji online (z jakichkolwiek źródeł), to będzie korzystał z nauki zdalnej. Więc wszystko o czym mówię na moich ostatnich Pogaduszkach, dotyczy nauki zdalnej wpisanej w realizację obowiązku szkolnego w szkole, a nie poza szkołą.

Bo, co warto też tutaj powiedzieć, nasza szkoła, Szkoła Benedykta, która w normalnych czasach (nie zarazy) organizowała lekcje i warsztaty stacjonarne w ramach Klubów Edukacji Domowej w poszczególnych miastach, aktualnie te lekcje i warsztaty przeniosła do sfery online. I to też jest nauczanie zdalne. Tyle że w ramach edukacji domowej.

Jakie są zatem te różnice pomiędzy edukacją domową a nauką zdalną (szkolną) w czasach zarazy?

Przedstawię Wam tutaj w punktach to, o czym mówiłam na Pogaduszkach 18 maja. Niech to będzie coś w rodzaju streszczenia dla tych z Was, którzy wolą czytać niż oglądać i słuchać oraz uzupełnienia dla tych, co widzieli i słyszeli, a jeszcze chcą przeczytać (podziwiam!).

1. Edukacja domowa jest dobrowolna, a szkolna nauka zdalna – nie.

Na edukację domową decydujemy się świadomie, z własnej nieprzymuszonej woli. Szkolna nauka zdalna w czasach zarazy to tak zwana siła wyższa, po prostu nie mamy wyjścia (dosłownie!) i siedzimy w domu ucząc się przez komputer. W tym ujęciu nawet w edukacji domowej mamy teraz naukę zdalną. Dla przykładu – nasze dzieci mają lekcje skrzypiec przez Skype’a i treningi zapasów na Zoomie.

Co do szkolnej nauki zdalnej, doszły mnie słuchy, że niektórzy uczniowie skwapliwie skorzystali z okazji, że może im na przykład Internet nie działać albo komputer się zepsuć (no zdarza się, prawda?), i zaczęli tę naukę także traktować “dobrowolnie”.

2. W edukacji domowej to rodzice biorą na siebie odpowiedzialność za edukację dzieci.

To rodzice decydują jak i czego będą się ich dzieci uczyły – w ramach narzuconych przez obowiązek realizacji podstawy programowej i zdawania egzaminów. Jest to główny powód, dla którego decydujemy się na edukację domową. Nie chcemy, by ktoś decydował za nas. Chcemy być kowalami własnego losu – czytaj: wychowania i edukacji własnych dzieci.

Ale problem w tym, że nie możemy potem zrzucać winy na szkołę (Czego was w tych szkołach uczą! W szkole Cię nie mauczyli?!). Natomiast wszyscy mogą zrzucać winę na nas (Te wasze dzieci takie niewychowane! W dodatku pisać nie umieją!). Ta odpowiedzialność jest więc i błogosławieństwem, i ciężarem (jak każda odpowiedzialność zresztą). Pisałam o tym w artykułach o wadach i zaletach edukacji domowej. (Tu tu.)

W szkolnej nauce zdalnej odpowiedzialność wciąż leży po stronie szkoły, chociaż, trzeba przyznać, szala przechyla się tutaj coraz bardziej na stronę domu i rodziców, którzy muszą tę naukę dzieci jakoś “ogarniać”, no bo dostępność nauczycieli drastycznie się zmniejszyła, a z tego co wiem, niektórzy ochoczo przekazali pałeczkę rodzicom i ograniczają się do “zadawania lekcji”.

3. W edukacji domowej bywa tak, że jeden z rodziców rezygnuje z pracy zawodowej.

Bo gdy dzieci są małe (czyli – jeśli chodzi o edukację domową – nie są jeszcze nastolatkami), to jeden z rodziców musi być z nimi praktycznie cały czas. Oczywiście nie musi być to cały czas tylko mama czy tylko tata, a wręcz może to być ktoś zupełnie inny (outsourcing wchodzi jak najbardziej w grę), ale jednak najczęściej jest tak, że rodzice nieco ograniczają swoje zapędy do robienia karier, no bo… jakby to wytłumaczyć… nazwa edukacja domowa zobowiązuje.

W szkolnej nauce zdalnej, hm… obawiam się, że rodzice nie rezygnują z pracy zawodowej, lecz praca zawodowa rezygnuje z nich w tym sensie, że po prostu ich możliwości wykonywania tej pracy topnieją. I to zarówno w przypadku, gdy pracują zdalnie i mają w domu dzieci uczące się zdalnie, jak i w przypadku, gdy pracują poza domem, ale ze względu na opiekę nad dziećmi w wieku szkolnym do lat ośmiu nie chodzą do pracy, tylko korzystają z zasiłku opiekuńczego. Dobrze, że mają ten zasiłek. Rodzice dzieci w edukacji domowej nie dostają za swoją pracę żadnych pieniędzy. Chociaż przecież odciążają szkoły.
Ale zostawmy to. Wszak, jako się rzekło, bycie rodzicem w edukacji domowej jest dobrowolne.

4. W edukacji domowej mamy większą niezależność i wolność.

Nie mamy obowiązku śledzić lekcji on-line (jak pokazuje życie, w szkolnej nauce zdalnej też różnie bywa z wypełnianiem tego obowiązku i tak naprawdę nie da się temu zaradzić).
Nie mamy klasówek, kartkówek i sprawdzianów, tylko egzaminy raz do roku. Nie mamy ocen cząstkowych, tylko jedną ocenę z egzaminu.
Wakacje możemy mieć już w kwietniu, jeśli dzieci pozdają egzaminy wcześniej (a w młodszych klasach podstawówki jest to jak najbardziej możliwe i wcale nietrudne).
Możemy (oczywiście nie w czasie pandemii) wyjeżdżać na wakacje w czasie roku szkolnego, chociaż w praktyce to też nie takie oczywiste, bo dzieci z edukacji domowej często chodzą na różne zajęcia zorganizowane, treningi, do szkół muzycznych albo językowych, gdzie absencja również nie jest dobrze widziana bądź po prostu nieopłacalna.

W edukacji domowej, w przeciwieństwie od szkolnej nauki zdalnej, nie mamy wszystkiego podanego, zadanego na każdy dzień. Pracujemy własnym rytmem, we własnym tempie, korzystając z różnych materiałów, których nierzadko musimy sami szukać. (Oraz zgadywać, co autor pytania na teście egzaminacyjnym – szczególnie z przedmiotów humanistycznych – miał na myśli? Jaki jest klucz do rozwiązania tego testu? Bo co prawda domyślamy się, że ilość prawidłowych odpowiedzi jest równa jeden, ale zastanawiamy się – która to odpowiedź? Bo przychodzi nam do głowy co najmniej kilka.)

5. W edukacji domowej nie mamy przedmiotów takich jak plastyka, muzyka, prace ręczne i wychowanie fizyczne.

To znaczy, nie mamy z tych przedmiotów egzaminów. To znaczy, że w edukacji domowej sami decydujemy, w jaki sposób zapewnimy dzieciom edukację muzyczną, plastyczną i rozwój fizyczny. I na szczęście szkoła tego nie sprawdza, bo i nie ma jak. Technicznie byłoby to dość trudne.

Jednak gdyby ktoś niezwiązany z edukacją domową lub sceptycznie do niej nastawiony oburzałby się na to, że biedne dzieci w edukacji domowej pozbawione są dostępu do edukacji artystycznej i nie mają sportu, to muszę powiedzieć, że… możliwe, że bywa z tym różnie.
Chociaż z moich obserwacji wynika, że rodzice w edukacji domowej raczej skłonni są przesadzić w drugą stronę, niż zaniedbać te sfery rozwoju swoich dzieci. Bo my, rodzice w edukacji domowej, jesteśmy oczywiście ambitni (jak to powiedziałam na lajwie plus dodałam że to pewnie dlatego, że mieszkamy w stolicy, ahoj i łał i w ogóle pojechałam), ale też prawda jest taka, że jesteśmy pod obstrzałem. Pod ciśnieniem, żeby się wykazać, że my co prawda do szkół dzieci nie posyłamy, ale patologią nie jesteśmy i my wam jeszcze wszystkim pokażemy, o! O.

Trochę tak to wygląda. Chociaż oczywiście nie zawsze, bo nie lubię uogólnień, wbrew temu co może wnioskujecie z moich wpisów tutaj.

6. W edukacji domowej nie mamy nakazu #zostańwdomu.

Co oczywiście nie ma znaczenia teraz, kiedy wszyscy mamy ten nakaz, i wszyscy siedzimy w domu, i nie możemy spotykać się ze znajomymi ani chodzić na basen, ani do kina, ani nigdzie.
Ma to jednak znaczenie wtedy, kiedy zaczynamy porównywać edukację domową do szkolnej nauki zdalnej w czasach zarazy. Bo normalna, nie w czasach zarazy edukacja domowa jest w ogóle niepodobna do nauki zdalnej w czasach zarazy. Natomiast w czasach tej, no wiecie, zarazy – staje się trochę, ale tylko troszeczkę podobna. Podobna w tym, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku, czyli siedzimy w domu.

Na zakończenie zacytuję moją koleżankę po fachu, mamę z edukacji domowej.

Na moje pytanie na Instagramie o to, czym różni się edukacja domowa od nauki zdalnej, odpowiedziała:

Edukacja domowa to życie, nauka zdalna to szkoła.

Małgorzata Przedzinkowska @gocha_przecinek

Dziękuję wszystkim dziewczynom, które odpowiedziały na moje pytanie, i których odpowiedzi zainspirowały mnie do dodatkowych spostrzeżeń. Dziękuję @ed.montessori @katomama.pl @zaciszedomowe @anna.kurz @gocha_przecinek @nantoska!

Bardzo ciekawym spostrzeżeniem podzieliła się też podczas moich Poniedziałkowych Pogaduszek (tych z 18 maja) jedna z jego uczestniczek, której córka po siedmiu latach w edukacji domowej wróciła do szkoły i jest teraz w pierwszej liceum. Ta młoda adeptka szkolnej nauki zdalnej powiedziała, że…

Nauka zdalna łączy wady edukacji domowej i wady szkoły systemowej.

No i tutaj chyba leży pies (wiecie jaki), czyli problem z deprecjonowaniem edukacji domowej przez ludzi, którzy z niewiedzy utożsamiają ją z nauką zdalną.

Jeśli macie ochotę, zapraszam na moje następne Poniedziałkowe Pogaduszki 25 maja o godzinie 20.00. Na Facebooku, na mojej stronie.

Temat: Ile kosztuje edukacja domowa?

(Czy dacie wiarę, że według Google Analytics sporo osób trafia na mojego bloga dlatego, że wpisuje w wyszukiwarki tę właśnie frazę?! A zatem moimi następnymi pogaduszkami odpowiem na żywotne potrzeby całego społeczeństwa, że pozwolę sobie skorzystać z żywotnego cytatu z filmu “Miś” Stanisława Barei.*)

Zapraszam! Do zobaczenia!

*Przy okazji – bardzo polecam niesamowitą biografię Stanisława Barei autorstwa Macieja Replewicza pt.: “Król krzywego zwierciadła”. Losy tego genialnego a niedocenianego za życia twórcy naprawdę dają do myślenia.

2 komentarze

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Pola wymagane zaznaczone są *