Dwa pierwsze, proste kroki do życia zero waste. Kranówka i torby.

Dwa pierwsze, proste kroki do życia zero waste. Kranówka i torby.

Czas na kolejną edycję wyzwania Rok Bez Marnotrawstwa. Zaczynamy od podstaw, od najoczywistszych oczywistości, od rzeczy najłatwiejszych.

Zawsze, gdy ktoś mnie pyta, jak zabrać się za zero waste, odpowiadam: nie kombinuj, nie wywracaj życia do góry nogami. Po prostu zrezygnuj z foliowych toreb na zakupy i z wody butelkowanej. Celowo mówię: wody, bo wodę mamy w kranie i to „za darmo”. A co do innych napojów, to przecież jestem człowiekiem i rozumiem, że od czasu do czasu ktoś potrzebuje toniku do drinków (poza tym, na razie mówimy o PROSTYCH, pierwszych krokach zero waste, zresztą – na dole, w podsumowaniu będzie jeszcze parę słów na ten temat), więc…

No dobrze. Zrób sobie tego drinka i czytaj dalej. Oto zatem dwa pierwsze zadania zero waste:

  1. Pij kranówkę (link)
  2. Używaj szmacianych lub innych wielorazowych toreb na zakupy (link)

Tak. Są to te same zadania co dwa lata temu (jeśli jeszcze nie czytałeś, to proszę, przeczytaj podlinkowane artykuły!). Są to zadania, które stanowią bazę. Podstawę. Mogą być nawet jedynymi, które zrobisz. To nie szkodzi. To zawsze COŚ.

Bo te dwa zadania, dwa kroki są i proste, i dość łatwe, a przy tym MILOWE. Bo chodzi o rzeczy (a co za tym idzie – śmieci*) bardzo powszechne, produkowane, kupowane i zużywane w ogromnych ilościach.

A ponieważ dość wyczerpująco opisałam temat obu tych zadań w poprzedniej edycji wyzwania, dziś skupię się na tym, co przyniosło doświadczenie i twarde zderzenie z rzeczywistością, czyli:

Logistyka i organizacja!

Najpierw parę słów o kranówce.

Picie kranówki w domu w zasadzie nie wiąże się z żadnymi kwestiami logistycznymi. Bierzemy kubek lub dzbanek, odkręcamy kran i już.

Kranówka nastręcza niejakich problemów w przypadku, gdy mamy gości.

Goście zazwyczaj (w przeciwieństwie do domowników) nie są przyzwyczajeni, żeby nalewać im wodę prosto z kranu. Żeby im mówić: „Jak chcesz wody, to nalej sobie z kranu”.

W takich sytuacjach staram się, by na stole zawsze stał dzbanek z wodą i cytryną, bo to wygląda elegancko i świeżo. Ale nie każdy lubi wodę z cytryną. I nie każdy lubi widzieć, że się tę wodę nalewa prosto z kranu, a w przypadku otwartej na salon kuchni trudno tego nie zauważyć. Więc… coż. Jestem zdania, że czasem trzeba iść na ustępstwa i kupić tę wodę w butelkach. Jeśli chcemy gościom dogodzić. Możemy też przekonać ich, że NASZA kranówka jest super pyszna i zdrowa!

(Tutaj przyznam się, że naszych gości nie rozpieszczam, czyli przekonuję, że NASZA… itd. Ale czasem tego po fakcie żałuję. Że nie rozpieszczałam.)

Inną logistyczną zagwozdką jest dla mnie wciąż (po ponad dwóch latach praktyki!) kwestia zabierania wody na wyjścia z domu, na rower i treningi.

Jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami czterech stalowych bidonów z plastikowymi nakrętkami oraz dwóch bidonów plastikowych. I nie lubię ani jednych, ani drugich! Plastikowych nie lubię dlatego, że plastikowe. A stalowych – za to, że… nie lubię ich myć! Dzieci sądzą, że bidonów po wodzie myć nie trzeba, więc muszę tego pilnować, coby sobie glonów bidonowych nie wyhodowali (czy glony nie mają czasem witamin?).

I niezależnie od tego, czy wrzucam te bidony do zmywarki, czy myję ręcznie szczotką, czy ryżem (wrzucamy do środka garść surowego ryżu i potrząsamy mocno bidonem) – zawsze mam wrażenie, że są niedomyte.

Innymi słowy – nigdy nie ufam, że są dobrze wymyte albo wypłukane. Co innego butelki szklane. Tutaj wszystko widać wyraźnie. Ale szklane są z kolei niepraktyczne, bo ciężkie i tłukące.

Dlatego jestem coraz większą zwolenniczką termosów.

Nie tłuką się, nie są tak ciężkie (chyba?) jak szkło, a przy tym łatwiej je umyć, bo mają szeroką szyjkę. Dodatkowo są właściwie niezniszczalne i uniwersalne, bo mogą służyć i latem, i zimą.

Natomiast niejaki problem (znów) pojawia się przy naszych wyprawach rowerowych. Zdaniem mojego Męża plastikowe bidony sprawdzają się tu najlepiej i tylko taka zatwardziała ich przeciwniczka jak ja jest gotowa dźwigać na rowerze bidony metalowe lub termosy.

Nie chcę już tutaj wspominać (ale wspomnę) o tym, jak to te wszystkie bidony lubią się gubić. A plastikowe, w przeciwieństwie do stalowych, przynajmniej nie rujnują kieszeni… Ech. Choć prawdę mówiąc, przez ostatnie dwa lata zgubiliśmy tylko jeden bidon stalowy, a chyba ze trzy plastikowe!

Termosy jakoś się nie gubią. Czary czy co?

Co więc Wam radzę?

Próbujcie, testujcie i znajdźcie dla siebie optymalne (lub prawie optymalne) rozwiązanie. Albo nie próbujcie – bo wiąże się to z kosztami kupna tego i owego – tylko bądźcie minimalistami/ascetami i zadowólcie się tym co znajdziecie w domu. Czyli szklanymi butelkami z odzysku (można je zapakować w skarpetę, żeby ochronić przed stłuczeniem) albo uniwersalnym termosem. Pamiętajcie tylko, że termos lubi łapać zapachy, więc na pewno ten od kawy nie nada się do herbaty i wody.

Powinnam wspomnieć tutaj o kubkach termicznych. Też nadają się do noszenia wody, bo dlaczego nie? I to jest fajna alternatywa dla termosu, o ile znajdziemy kubek, który nie jest przekombinowany i nie przecieka. Bo z mojego doświadczenia wynika, że wcale o taki niełatwo. Albo się psują, bo są przekombinowane (jakieś sprężynki, śrubki, uszczelki, dziubki, guziczki i inne automatyczne dzindziboły które lubią się psuć), albo nie są przekombinowane i się nie psują, ale za to przeciekają.

A co z torbami? O jaką logistykę tutaj chodzi?

Ooo! Tutaj chodzi o logistyczną ekwilibrystykę na wysokim poziomie!

Bo nie chodzi tylko o to, żeby robić zakupy do swoich toreb.

Chodzi o to, żeby:

  • tych toreb nie zapominać;
  • wiedzieć, gdzie leżą te już używane, a gdzie nowe, uprane;
  • umieć odróżnić, w której ostatnio przynieśliśmy ziemniaki, w której jabłka, a w której chleb;
  • mieć zawsze w torebce czy plecaku torbę-anużkę;
  • mieć kilka dużych anużek w samochodzie;
  • zawsze zabierać te odpowiednie torby na odpowiednie zakupy, co oznacza planowanie i jeszcze raz planowanie (a u nas jest częściej spontan niż planowanie, więc…);

I jeszcze żeby wszystko to wiedział i umiał każdy członek naszej rodziny. O.

No bo u nas na przykład wygląda to tak.

Mamy w przedpokoju szafkę, do której wkładam uprane torby. Mamy też w przedpokoju wieszak, na którym wisi torba podręczna, kiedy dzieci po coś wyskakują na szybko. A w tej torbie czasem inna, jedna lub dwie. Na wszelki wypadek.

W kuchni mamy zaś kosz wiklinowy, do którego wrzucam torby już kiedyś użyte do warzyw i owoców. Co jakiś czas wrzucam te torby do prania. Zapiaszczone ziemniaki trzymam w torbie, w której zostały kupione, albo przesypuję do wiklinowego koszyka, zaś torbę wrzucam od razu do prania.

Ponadto w szafie wnękowej w przedpokoju trzymam duże, mocne torby wielorazowe z tworzywa. Te torby zasadniczo zabieram na duże zakupy „samochodowe”, ale też i w samochodzie staram się kilka tych dużych anużek zawsze mieć.

Uff. Niezły bałagan, prawda?

Nic dziwnego, że mój Mąż się w tym gubi. Za to muszę przyznać, że dzieci nawet dość dobrze sobie radzą i mają obczajone, gdzie czego szukać. Ale one mają więcej możliwości trenowania, bo są w edukacji domowej! A Mąż… w pracy biurowej.

Osobno trzymam torby na pieczywo. Czyste worki na chleb leżą w szafce kuchennej razem ze ściereczkami. Wśród tych worków są poszewki na poduszki, które awansowały do roli toreb na pieczywo. Używane aktualnie worki leżą po prostu w chlebaku, czyli zabytkowej wazie. Nie piorę ich po każdym użyciu, tylko wytrzepuję okruchy do zlewu (Ach, cóż za marnotrawstwo, wykrzyknie pewnie niejeden z Was!) i zabieram na zakupy.

Jeszcze inną sprawą są anużki… których zawsze zapominam! A przecież nawet zrobiłam dla Was plakat!

zabierz nas ze sobą na zakupy

Chyba go sobie w końcu wydrukuję.

Czasem zapominam też mieć duże anużki w samochodzie. Wtedy radzę sobie tak, że pakuję zakupy do kartonów, których zazwyczaj w supermarketach nie brak. Wypatruję takich pustych lub prawie pustych i biorę (oczywiście bez zawartości). Nikt nigdy nie posądził mnie o kradzież.

I już. Dwa pierwsze kroki do życia zero, a właściwie less waste prawie za Wami! A może przed Wami?

Tak czy inaczej, dobrze sobie przypomnieć. Wiecie co? Zanim zabrałam się za pisanie tego artykułu, zastanawiałam się: „Rety! Co ja mam napisać? Przecież już o tym pisałam! Nic nowego nie wymyślę!”

A okazuje się, że zawsze jest co napisać. Doświadczenie, moi mili. Doświadczenie i lata pracy, że tak nieskromnie powiem. Hmm.

Na zakończenie kilka punktów podsumowania.

Bo dużo było w tym tekście gadania, a chciałabym wyłuskać najważniejsze rzeczy. I podkreślić kwestie oszczędności, na których obiecałam się w tej edycji wyzwania Rok Bez Marnotrawstwa skupić.

1. Pijemy kranówkę.

Bo tania, bo nie generujemy stosów plastikowych butelek do recyklingu, bo nie marnujemy energii i paliwa na wożenie, i nie wspieramy tego całego „przemysłu” wodno-butelkowego.

W kontekście kranówki chcę jeszcze podkreślić pewien nieoczywisty fakt. Otóż często ze zdziwieniem stwierdzam, że picie na co dzień zwykłej wody (nieważne, kranówki czy nie) nie jest wcale takie powszechne. Ludzie (i dzieci!) piją soki, napoje, oranżady, sprajty i różne inne wynalazki, a nie wodę.

Czuję, że to temat na zgoła osobny artykuł (bo to kwestia i zdrowia, i naszych pieniędzy, i generowanych śmieci). Powiem tylko tyle. Uczmy siebie i dzieci pić wodę. Po prostu. Nasze jakoś tak „nie-wiem-jak-i-kiedy” nauczyły się i nawet im zazdroszczę, bo ja za samą wodą nie przepadam. Musi być choćby z cytrynką. Albo listkiem mięty.

2. Uczymy się zabierać ze sobą wodę, gdy wychodzimy z domu.

Najlepiej w termosie albo innym wielorazowym naczyniu. Termos jest dobry także z tego powodu (oprócz innych, o których wyżej), że ma pokrywkę-kubek, którym można nabrać sobie wody z kranu w różnych publicznych poidełkach, których jest na szczęście coraz więcej.

Nie dajmy się zaskoczyć pragnieniu. Bądźmy przygotowani, żebyśmy nie musieli kupować na łapu capu butelkowanej wody. Ileż to razy kupowałam półlitrową butelkę wody za cztery złote! W miejscach takich jak ZOO czy muzea czy kina woda potrafi być nieprzyzwoicie droga.

3. Kompletujemy zestaw bawełnianych toreb i firankowych siateczek.

W wersji „dla singla” (dawno nie byłam singlem, więc mogę się mylić) potrzebujemy dwóch toreb na pieczywo i dwóch toreb na owoce i warzywa. Do tego dodałabym ze trzy siateczkowe-firankowe.

Z mojego doświadczenia wynika, że lepiej sprawdzają się firankowe torebki z „uszami” zamiast z tasiemką. Po prostu „uszy” łatwiej się zawiązuje. I mogą służyć jako… „uszy”.

Potrzebujemy też jednej lekkiej, składanej anużki do torebki czy plecaka i, ewentualnie – jednej mega dużej torby na mega duże zakupy. W roli mega dużej świetnie sprawdza się torba-wózek. Zwłaszcza jeśli nie mamy i nie potrzebujemy mieć samochodu.

4. Organizujemy system przechowywania i prania tych toreb. 

Jak najprostszy. Nie bierzcie przykładu ze mnie.

5. Pamiętamy o noszeniu ze sobą anużki i o planowaniu zakupów. 

Kiedy robimy zakupy niezaplanowane, wtedy zazwyczaj nie mamy ze sobą zestawu toreb i siatek. Niedobrze.

Ale na szczęście mamy anużkę! Więc głowa do góry, spontaniczne bratnie dusze!

Zakupy niezaplanowane mają też to do siebie, że często robimy je „na głodnego”, a to prosta droga do kupowania za dużo i za niezdrowo.

6. Wszystko co napisałam o torbach i siatkach, dotyczy zakupów produktów typu warzywa, owoce, pieczywo.

O tym, jak kupować inne produkty pakowane w foliówki (chodzi tu głównie o produkty tak zwane „mokre”) będziemy mówić w kolejnych zadaniach. Bo to już trochę wyższa szkoła jazdy.

Uff! Wystarczy na dziś. 

A właściwie na dwa tygodnie. Bo następna porcja zadań będzie za dwa tygodnie. Jeśli nie chcecie jej przegapić, zapiszcie się na powiadomienia o nowych artykułach – zapraszam, formularz zapisu znajdziecie poniżej!

No i proszę Was bardzo – prześlijcie link do tego artykułu krewnym i znajomym królika. Tym, którzy się choć trochę tematem interesują. A może i tym, którzy… wręcz przeciwnie? A czemu nie?

Życzę Wam powodzenia! I nie zapomnijcie o uśmiechu, dystansie do siebie i tego, co robicie.

*Na potrzeby tego wyzwania będę używać potocznego określenia: śmieci, bez specjalistycznego, uwzględniającego recykling rozróżnienia na śmieci i odpady.

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

13 komentarzy

  1. Witaj Kornelio, tak, woda z kranu i wielorazowe torby to dzięki Tobie. W moim domu już stało się to normą. Dziękuję Ci bardzo, bardzo 🙂 Pozdrawiam serdecznie, Wiola

    1. Cześć Wiolu! Miło Cię tu widzieć 🙂 Dziękuję za dobre słowa i pozdrawiam serdecznie! Mam nadzieję że kolejne zadania będą też dla Was przydatne.

    2. Kranówka może być OK ale jeżeli rury w domu mają ponad 30 lat to może picie prosto z kranu niekiniecznie?

    3. Kranowka, o ile nie ma żadnych alarmów sanepidu, POWINNA nadawać się do picia. Inaczej byłyby jakieś zatrucia masowe itp. Jednak rozumiem Twoje wątpliwości i chyba jedyny sposób na rozstrzygnięcie czy w wodzie nie ma nic szkodliwego to sprawdzić samemu, zamawiając inspekcję sanepidu.
      Z drugiej strony trzeba zadać sobie pytanie czy bardziej ufam producentowi wody butelkowanej czy rurom. Nie mówiąc o tym że plastik w który jest pakowana woda nie jest dla niej obojętny. A przy tym… termin ważności wody w butelce. One mają po kilka lat ważności! Kilka lat sobie w tej butelce stoi i nadaje się do picia?

  2. Witaj,
    ostatnio trafiłam na Twojego bloga i bardzo spodobało mi się połączenie tzn. zero waste i edukacja domowa. Pierwszy temat staramy się praktykować w domu, a drugi jest dla mnie fascynujący, choć sami nie jesteśmy jeszcze na etapie szkoły. Odnośnie wody to u nas sprawdzają się dwie rzeczy. Pijemy wodę przefiltrowaną i najczęściej jeszcze przegotowaną. Natomiast aby cieszyć się od czasu do czasu „ciekawszym” smakiem wody to korzystamy z usług jednego z dostawców wody, który ma w swojej ofercie wodę w szklanych butelkach zwrotnych. W naszej miejscowości jest raz na dwa tygodnie, więc w zależności od potrzeb może nam dowieźć skrzynkę raz na jakiś czas, a starą z pustymi butelkami szklanymi zabiera.
    Pozdrawiam

    1. O, to też jakaś opcja. Latem woda gazowana np się przydaje. Co to za dostawca?

  3. Kornelio, mam bardzo konkretne pytanie. Kupuję pieczywo w supermarkecie. Chcę kupić chleb ciemny, jakiś tradycyjny i kilka bułek. Jak to donieść do kasy i jak wyłożyć? Raczej nie położę tego pieczywa luzem na taśmie. Włożyć wszystko do jednej anużki? Czy różne rodzaje pieczywa do osobnych toreb? I co na to kasjerka? Nie będzie zdziwiona? Właściwie powinno być jej wszystko jedno pod warunkiem, że ma dostęp wzrokowy, do tego co zapakowałam. Muszę przyznać, że mimo tylu okazji do podglądania cudzych zakupów, nie spotkałam się nigdy z sytuacją, w której ktoś położyłby na taśmie pieczywo w swoim np. lnianym worku. Dałaś mi do myślenia tym wpisem 🙂

    1. Cześć Magdo! Konkretne pytanie to podstawa 🙂
      To kupowanie pieczywa to nie jest wcale taka bułka z masłem, że tak powiem, ale da się. Ja zazwyczaj pakuję wszystkie rodzaje pieczywa do jednego dużego worka i przy kasie ten worek rozchylam i pokazuję, mówię co tam jest.
      Chyba nigdy nie spotkałam się z protestem czy pretensjami kasjerów.
      Czasem ciężko wszystko pokazać, bo np. jak wrzucę sześć bułek to muszę je przy kasie policzyć, pokazać ile ich mam. Ale robię to. Pokazuję, liczę. Nawet jak są różne, to sa się. Tylko worek musi być wtedy duży, żeby dało się rozchylić i pokazać.
      W sumie najwygodniej mieć kilka toreb, niekoniecznie przezroczystych (chociaż można sobie takie uszyć z firanki) – do każdego rodzaju pieczywa osobną. A jak nie jest tego dużo, to da się w jednej. Na spokojnie – pokazać, powiedzieć co jest.
      Przy tych wszystkich zakupach zero waste trzeba dużo spokoju i opanowania. Mnie tego brak, więc jest to dla mnie duże wyzwanie, ale uczę się. Czasem odpuszczam/zapominam toreb/ i biorę w papierowe sklepowe torebki, to też nie koniec świata 🙂
      Powodzenia Magdo!

  4. My zamawiamy wodę od firmy Panwoda. Tylko wydaje mi się, że oni działają lokalnie tzn. Wrocław i okolice. Wygodne jest to, że nie muszę mieć jakiejś stałej umowy. Jak jest potrzeba to zamawiam przez internet przed dniem, w którym dowożą wodę do naszej miejscowości. Płacę gotówką kurierowi i już 🙂 Tylko za pierwszym razem zapłaciłam też kaucję za butelki, a teraz tylko wymieniamy jak jest potrzeba.
    Odnośnie kupowania pieczywa to ja zazwyczaj pakuje do jednej torby bawełnianej, nawet jak kupuję np. dwa różne chleby i mówię przy kasie co jest w torbie i kasjerka może zajrzeć. W sumie z pieczywem to było mi najprościej przejść na wielorazowe. Nie zdarzyło mi się aby ktoś źle zareagował albo wyraził zdziwienie. Ale najlepiej mi jak sama mogę zapakować, bo jak podaję sprzedawczyni torby prosząc, aby spakowała prosto do torby bez foliówki to i tak mi się zdarzało, że dostałam worek foliowy, bo pani bała się, że mi się wybrudzi ;))

    1. Aga, dzięki za wyjaśnienie! Dobrze Wam że macie takie lokalne firmy jak Panwoda, może inni pójdą w ich ślady i więcej tego powstanie?
      Co do chleba to wszystko prawda 🙂 mam to samo 🙂
      Pozdrawiam!

  5. Cześć!
    Raz na jakiś czas czyścimy termosy stalowe zalewając je wrzątkiem i wsypując tam trochę kwasku cytrynowego. Myślę, że podobnie można zrobić z bidonami.
    Pozdrawiam ciepło!

    1. O, to niezły pomysł i sposób mycia „dla leniwych” 🙂 Myślę że zamiast kwasku cytrynowego dałabym ocet, bo kwasku nie kupuję, ale to na to samo wyjdzie. Dziękuję!

  6. […] Dopisek z 21 lutego 2019 roku: Druga edycja wyzwania Rok Bez Marnotrawstwa wystartowała dwoma zadaniami: Kranówka i torby. […]

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.