Czy zero waste jest domeną kobiet?

Czy zero waste jest domeną kobiet?

Dzisiaj będzie o tym, jak się różnimy.

My, kobiety, od was – mężczyzn. To znaczy… wiadomo, że się różnimy tak w ogóle, wystarczy spojrzeć w lustro albo porównać zawartość damskiej i męskiej torebki… Ekhm.

Ale ja dziś o tym, jak różnimy się, jeśli chodzi o podejście do idei zero waste.

Do napisania tych rozważań zainspirowały mnie dwa zdarzenia.

Pierwsze to spotkanie autorskie Kasi Wągrowskiej przy okazji promocji jej książki „Życie zero waste” (jest już drugie wydanie!), na którym pojawiło się pytanie, dlaczego ideą zero waste interesują się głównie kobiety. Drugie to komentarz czytelnika, mężczyzny, który zadał mi pytanie, czy zero waste dotyczy tylko kobiet? Bo takie odnosi wrażenie, gdy czyta mojego bloga (inne blogi?).

Faktycznie, na spotkaniu z Kasią były prawie same kobiety (trafił się chyba jeden „rodzynek”), zaś mój blog adresowany jest głównie do kobet, bo sama jestem kobietą, więc sprawy kobiet są mi najbliższe.

Ale wiecie co? To wszystko nie jest takie oczywiste, bo wiem, że mojego bloga czytują też mężczyźni, co im się chwali, bo oznacza, że interesują się i edukacją domową, i zero waste-em, i sprawami kobiet być może też. O ile nie czytują mojego bloga tylko dla uciechy. Jak to powiedział Mąż – żeby się pośmiać. Haha! Bardzo śmieszne!

Wracajac do spotkania z Kasią. Pytanie o to, czy zero waste jest domeną kobiet, stało się przez chwilę tematem małej dyskusji. Wnioski były takie, że musimy – my – kobiety – wychować sobie tych mężczyzn, czyli synów (bo nikt przy zdrowych zmysłach chyba nie wierzy, że może wychować mężów?), żeby nie „interesowali się” zero waste, tylko nim po prostu żyli.

A czy zero waste faktycznie jest domeną kobiet?

Kto to może wiedzieć tak naprawdę?

To jest tak jak z wiedzą o tym, czy bardziej zero waste jest używać do mycia włosów mydła z Aleppo czy jajek.

Bo to pierwsze jest po pierwsze z Aleppo, czyli z daleka, a jeśli nawet nie jest z Aleppo, to i tak jest z daleka, bo nie słyszałam żeby w Polsce ktoś je produkował. A po drugie, sprzedaje się je co prawda w kartonikach, a nawet „na golasa”, a nie w folii, ale przecież jakieś opakowanie zbiorcze musi mieć. I nie wiadomo z czego ono, to opakowanie, jest?

Jeśli zaś chodzi o jajka, to po pierwsze, kto to widział, żeby tak na bogato! Jajecznicę na łepetynę wylewać! No rozpusta i marnotrawstwo po prostu! A po drugie – nie wiadomo, czym te kury były karmione? Z czego ta karma i skąd przywożona (no chyba że to szczęśliwe kury i skubią ziarenka na polu, ale wtedy tym bardziej rozpusta te ich jaja na głowę kłaść)? Do tego jaja też przywożone, nie wiadomo z jak daleka (mam nadzieję że nie z Chin), i też w opakowaniach, najczęściej tekturowych, ale zbiorczo na pewno w folie i styropian pakowanych. Chyba że prosto od chłopa.

Widzicie. Cieżko dokładnie i z całą pewnością rozstrzygnąć co jest, a co nie jest zero waste i co jest bardziej, a co mniej. Musielibyśmy każdą sytuację rozpatrywać osobno, badać każdy najdrobniejszy aspekt i historię każdego produktu. Co często jest niemożliwe, bo przecież ani producenci, ani sprzedawcy nie mówią nam prawdy. To znaczy, mówią ją, lecz nie zawsze, albo nie całą. Tak. Taka ze mnie pesymistka i niewierny Tomasz.

Tak samo z mężczyznami i ich zainteresowaniem ideą zero waste.

Mimo że zerołejstowa blogosfera i Instagram są zdominowane przez kobiety, to niekoniecznie dlatego, że mężczyźni się tą tematyką nie interesują. Podejrzewam, że oni się po prostu AŻ TAK z tym NIE OBNOSZĄ. Nie robią z tego misji życiowej. Nie próbują wszystkich nawracać, wychowywać, uczyć. Robią swoje po cichutku.

Albo nie robią. Buntują się, opierają naszym kobiecym delikatnym sugestiom, żeby może spróbowali umyć ząbki tym ślicznym, pachnącym i tak miło maślącym się po umywalce olejem kokosowym, a jeśli nie ufają jego właściwościom myjącym, to niech tylko sobie troszkę posypią tę naolejoną szczoteczkę sodą oczyszczoną i już. Szorujemy zęby, raz dwa trzy!

Widzicie, mężczyźni tak mają.

Nie będą zbawiać świata, jeśli nie są w 100% pewni, że to ma sens, oraz że to jest dobre i słuszne dla nich. A często nie są pewni. Potrzebują twardych danych. Mocnych argumentów.

Mężczyźni są mniej od nas, kobiet, skłonni do rezygnacji ze swoich przyzwyczajeń czy wygód dla mglistej wizji „kropli drążącej skałę”. Owszem, wiedzą, co to jest efekt motyla i wiedzą, że plastik jest be, ale przecież można go poddać recyklingowi, a poza tym, ja sam świata nie zbawię.

Oczywiście uogólniam. Nie wszyscy mężczyźni są tacy. Niektóre kobiety takie zaś są. Ale śmiem twierdzić, że kobiety mają z natury (a może z wychowania?) większą skłonność do poświęceń (macie dzieci?) i większą skłonność do pouczania innych (macie teściową?), czy do zbawiania świata.

Poza tym, mężczyźni interesują się ideą zero waste inaczej. Oni nie idą w lajfstajl, w kubeczki, siateczki, słoiczki, robienie domowych kosmetyków i jogurtów. Oni szukają rozwiązań systemowych. Idą w politykę, zarządy, zebrania, narady, badania naukowe, albo bardziej niszowo – rzucają korpo, jadą w Bieszczady i budują dom z mchu i paproci.

Kobiety skupiają się na szczegółach, mężczyźni na ogółach. Kobiety dawno dawno temu zbierały korzonki, grzyby i chrust, a mężczyźni – polowali na mamuty albo (co bardziej prawdopodobne) żaby. Tudzież leżeli i myśleli, co by tu jeszcze zrobić, żeby mieć i się nie narobić.

Wcale się nie nabijam. Dzięki temu mamy postęp i pralki! I komputery!

O. I co o tym sądzicie?

Kornelia Orwat

To ja. Kornelia zwana Werką, żona Męża, mama dwóch nastolatków i jednej córeczki. Od ośmiu lat tkwię w szaleństwie zwanym edukacją domową, a od czterech - eksperymentuję w swojej domowej Odśmiecowni z rozwiązaniami zero waste. Pasjami dłubię na blogu i na szydełku. Czasami śpiewam w chórze.

Polecam

2 komentarze

  1. Racja w sumie. Mój chłopak też ten zero waste inaczej rozumie. Torbe na zakupy zastąpił „takim ładnym kartonem z biedr biednym i niepotrzebnym”. Worki bawełniane na sypkie produkty nie naleza do ulubionych bo „w kartonie wszystko się mieści”. Poszukiwanie sklepow z pieczarkami na wagę postrzegał jak grę pełna przygód a własne pasty na chleb wiadomo że lepsze są. Prezent zawsze można zapakować w torebkę które już była wykorzystana zawinąć sznurkiem i dopisać że to prezent „zerołejst” dla beki. w ogóle mało u niego lajfstajlu ile codziennej praktycznej gospodarnosci i niekonsumpcjonistycznego życia 🙂 . A to dobre cechy charakteru u mężczyzny podobno 😉

    1. O, podoba mi się Twój chłopak. To znaczy nie w tym sensie… Fajne ma podejście, praktyczne i bez zadęcia.

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.