Co to jest esencjalizm by Kornelia Orwat

Co to jest esencjalizm, czyli skup się, kobieto!

Ostatnio przeczytałam książkę… a nawet dwie.

I zaczęłam trzecią. W jeden weekend. Oto zalety odłączenia się od Internetu i od mediów społecznościowych (o radiu i telewizji nie wspominam, bo ich nie używamy w ogóle). Przyznaję, że całkiem od internetu się nie odłączyłam. Ze dwa razy zajrzałam, co tam Panie w epidemii słychać, no i czytałam wspomniane książki na Legimi*, więc przez Internet. Ale ani guziczka „Instagram”, ani „Facebook”, ani nawet „Gmail” na smartfonie moja ręka przez weekend nie tknęła.

To się podobno nazywa „dieta informacyjna”** i powiem Wam, że niesłychanie jest mi to potrzebne, szczególnie że mam brzydki nawyk (a fuj, a fe, a niegrzecznie!) zaglądania na wspomniane internety przed spaniem i po przebudzeniu. Po weekendowej przerwie po prostu tak mnie już do tego nie ciągnie. Przestawiam się na tryb: książka zamiast papki. Albo, trzymając się nomenklatury dietetycznej – slow food zamiast fast foodu.

Żebyście mnie dobrze zrozumieli: I jedno i drugie jest dla ludzi.

Tylko że… i w jednym, i drugim trzeba zachować umiar. Zachować też zdrowy rozsądek i trzeźwą ocenę: Co mi (mojej głowie, psychice i duszy) służy, a co nie. Oraz: Co mnie rozwija, a co wręcz przeciwnie. Oraz: Co mnie denerwuje, a co uspokaja.

Wracając do książek, które przeczytałam w weekend.

Jedna z nich to „Esencjalista” Grega McKeowna. Przybierałam się do niego już od dawna. I choć niedawno czytałam „Jedną rzecz”, która w gruncie rzeczy również traktuje o esencjalizmie, to jednak „Esencjalista” bardzo, bardzo dużo dał mi do myślenia.

Bo jestem osobą, którą Greg McKeown nazywa „nieesencjalistą”, a ja nazwałabym „esencjalistą in progress„. Bo i owszem, z natury jestem osobą, która chciałaby i dzieci w edukacji domowej wychowywać, i dobrą żoną być, i dwa blogi prowadzić, i na nich zarabiać, i rozwoju osobistego (lektur, rękodzieła) nie zaniedbywać, a przy tym czasem się z przyjaciółką spotkać, do kina czy na koncert czy na chór wyjść (te parę ostatnich rzeczy opatrzonych zwrotem a przy tym chwilowo samoistnie odpadło), i jeszcze koniecznie się wyspać i pospacerować i na rower wyskoczyć. No więc ponieważ z natury taką „wszystko-chcącą” ale „i-tak-nie-wszystko-robiącą” jestem, muszę się z esencjalizmem bliżej zapoznać. I zapoznaję.

I zadaję sobie te pytania niewygodne raz po raz:

Co jest najważniejsze? Co jest moim nadrzędnym celem? Co chcę osiągnąć? Skąd będę wiedziała, że to osiągnęłam? Innymi słowy, czy mój cel jest wyraźnie i konkretnie sformułowany, a co za tym idzie – czy jego zrealizowanie da się łatwo zweryfikować?

I te pytania w gruncie rzeczy dotyczyć powinny nie tylko całego mojego życia w ogólności, czyli: Co jest dla mnie w życiu najważniejsze? (Bo na domiar złego tutaj wpadamy w pułapkę, gdyż prawie każdy z nas odpowiada, że rodzina, a życie pokazuje, że… praca. Albo jakoś tak.)

Pytania te powinny dotyczyć także poszczególnych obszarów mojego życia: Co jest dla mnie najważniejsze w życiu rodzinnym? Co w edukacji domowej? Co w pracy? Co w kontekście rozwoju osobistego? Co w kontekście zdrowia?

I ja to rozumiem tak, że w każdym z tych obszarów mam zdecydować, na czym się w danym momencie (Tak! W DANYM momencie!) skupię, a co bezlitośnie wyeliminuję. Wybrać jakąś jedną rzecz, a resztę odrzucić. Jedną na dany miesiąc, tydzień, dzień, godzinę. I przyznam, że sprawia mi to ogromną trudność. Bo to niby łatwe. Ot, załóżmy z dużą dozą prawdopodobieństwa, że moim celem nadrzędnym jest wychowanie dzieci na dobrych i szczęśliwych ludzi (pomińmy już, czy ten cel da się łatwo zweryfikować…). Co oznacza, że w moim życiu skupiam się na wychowaniu dzieci na dobrych i szczęśliwych ludzi.

Ale jak to teraz przełożyć na cele pomniejsze, pośrednie? Na cele roczne, miesięczne, tygodniowe i codzienne?

Jak to pogodzić z tym, że aby wychować dzieci na… no, nieważne już, czy szczęśliwych i dobrych, tylko by w ogóle wychować, potrzebne są pieniądze, środki do życia, a więc praca zawodowa? Że potrzebni są rodzice w formie? W dobrej formie psychicznej i fizycznej, czyli zdrowi i zadowoleni z życia? Przecież muszę coś odrzucić, z czegoś zrezygnować? Z CZEGO?

Wreszcie, wokół tego nadrzędnego celu buduje się więc cała skomplikowana struktura celów pośrednich, potrzebnych do realizacji celu nadrzędnego. Teraz już pozostaje mi tylko poukładać to ładnie według ważności i pilności, ustalić co i kiedy i jak, i już. Co wybrać (co jest najważniejsze)? Co odrzucić (co jest nieważne)?

Ha! No właśnie. I to jest moment, w którym wymiękam. To jest moment, w którym mówię sobie: Stop. kobieto. Odetchnij. Raaaz, dwaaa, trzyyy. Zastanów się, co masz do zrobienia na dziś. I na najbliższy tydzień. I miesiąc. Zapisz to sobie wyraźnie w zeszycie. A teraz wybierz, co zrobisz dzisiaj. Potem wybierz, co zrobisz TERAZ. I rób to. Po jednej rzeczy naraz. I skup się.

I już.

Tylko że… nie wiem. Czy na tym właśnie polega esencjalizm?

*Legimi polecam z tego choćby powodu, że mając w nim abonament, można przeczytać fragment książki i ją odłożyć, gdy się nie spodoba, a można i przeczytać całą i mieć z tego frajdę, ale jednocześnie pewność, że gdyby się ją kupiło w wersji papierowej, to by się tego pożałowało. Tak było z drugą przeczytaną przeze mnie w ten weekend książką: „Będzie bolało” Adama Kaya momentami naprawdę boli, ale nie z powodu opisów zabiegów medycznych, ale z powodu odarcia – w dodatku w sposób nieelegancki – z tabu spraw, które powinny tym tabu pozostać. Innymi słowy – nie chciałabym, żeby ta książka wpadła w ręce moich dzieci ani nastolatków.

**Dieta informacyjna to coś, co zalecają znani mi specjaliści od efektywności. I esencjaliści (Stephen Covey też do nich należał), i minimaliści pokroju Leo Babauty, i fantaści tacy jak Tim Ferris, i praktycy tacy jak Pani Swojego Czasu. Zdrowy rozsądek też ją zaleca.

6 komentarzy

Skomentuj

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Pola wymagane zaznaczone są *