Zalety szkoły?

Zalety szkoły?

Bycie mamą na cały etat w rodzinie nieszkolnej nie jest łatwe. Wie to każda mama w podobnej sytuacji.

W ogóle bycie mamą nie jest łatwe, podobnie jak bycie żoną, babcią, mężem, tatą, dziadkiem. Ech, nic nie jest łatwe. Często bywa wręcz straszliwie trudne.

Czasem mam ochotę trzasnąć drzwiami i nie wracać przez tydzień.

Czasem mam ochotę wysłać towarzystwo do szkoły, żeby doceniło, jaką labę im fundujemy. Bo fundujemy im swobodny rozwój zainteresowań, możliwość wysypiania się rano (i przesiadywania w nocy do późna, niestety…), dużo czasu na lekturę, zabawę, spacery i nudzenie się.

Jednak towarzystwo jest innego zdania. Towarzystwo domaga się więcej czasu na lekturę, zabawę, spacery i nudzenie się. Bo ma za dużo zajęć.

Bo szkoła muzyczna zabiera za dużo czasu. Dla przykładu – wczoraj Najstarszy policzył, że ma SZEŚĆ godzin zajęć w szkole muzycznej tygodniowo! Rozłożonych na cztery dni. Plus dojazdy. Do tego dwie lub trzy godziny zajęć sportowych tygodniowo. Dodatkowo raz czy dwa w razy w tygodniu zajęcia poranne typu wycieczka lub warsztaty. Do tego rodzice wymagają (ale niestety nie zawsze egzekwują, bo… uważają, że zabawa jednak ważniejsza.) tzw. MAPA, czyli Matematyki, Angielskiego, Polskiego i Akordeonu w ilości kilku ćwiczeń każdego dnia.

A wyobraźnia mamy pracuje. I przedstawia sobie, co też mogą mówić dzieci, które chodzą do szkoły. I jeszcze do szkoły muzycznej. I też mają zajęcia sportowe i inne dodatkowe. Ciekawe, czy te dzieci mają czas narzekać na brak czasu wolnego?

Miałam napisać o zaletach szkoły. Dla równowagi. Żeby nie było, że wychwalam tylko edukację domową.

Cóż zrobić? Mimo trudności, nadal uważam edukację domową za najlepsze rozwiązanie dla rodziny. Bo widzę, jak rodzina – mimo wspomnianych trudności – się wzmacnia, i jak dzieci w tej rodzinie fantastycznie dojrzewają, uczą się życia, współżycia z trudnymi charakterami rodzeństwa i rodziców, jak mają okazję widzieć nas, rodziców, w naszych niedoskonałościach i słabościach, co pozwala zaakceptować istnienie własnych słabości, widzą jak walczymy z tymi słabościami, i uczą się że można z nimi powalczyć.

Widzę też, jak dzieci w domu wciąż są głodne wiedzy, jak sobie wyrywają książki i dyskutują o pasjonujących ich zagadnieniach.

Fakt, za robieniem zadań pisemnych nie przepadają, ale czy zadania pisemne nie zostały wymyślone po to, żeby gromadę dzieci zgromadzonych w klasie szkolnej przyszpilić do ławek? Po to, żeby nauczyciel miał „dowód” na to, że „przerobił” jakiś „materiał edukacyjny”?

Ktoś powie, że zadania pisemne są konieczne, bo uczą… robienia zadań pisemnych na egzaminie, bo uczą w ogóle pisania, bo…

Miało być o zaletach szkoły. W internetowej dyskusji wymieniliście mi mnóstwo jej zalet:

Dostępność pracowni, bibliotek, zajęć sportowych i kółek zainteresowań, duży wybór kolegów i koleżanek, zajęć dodatkowych, wycieczek, wygoda rodziców, mogących bez przeszkód realizować swoje ambicje zawodowe.

Właściwie oprócz ostatniej zalety wszystkie inne nie są czymś, na co szkoła ma monopol.

Odwracając kwestię, możnaby powiedzieć o zaletach edukacji domowej – dostępność muzeów, parków, placów zabaw, pól, lasów, ogrodów, sąsiadów, rodziny, a także – bibliotek i domów kultury. Przy wykorzystaniu powyższych, o kolegów i koleżanki nie musimy się martwić.

Jeszcze jedną zaletą szkoły – z punktu widzenia rodziców oczywiście – wydaje się być nauka systematycznej pracy.

Codziennie trzeba odrobić czy nauczyć się zadanych lekcji. Codziennie trzeba też wstać rano i zdążyć na czas.

Tylko czy aby na pewno jest to zaleta? Ta „systematyczna praca” to praca narzucona odgónie, wykonywana często niemalże bezrefleksyjnie, a motywacją do niej są przeważnie oceny.

Z uporem maniaka będę powtarzać, że najlepsza motywacja to realne zainteresowanie i pasja.

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.