Wywiad z Beą Johnson czyli powrót do źródła

Wywiad z Beą Johnson czyli powrót do źródła

Wywiad z Beą to był impuls. Po konferencji zdałam sobie sprawę, że mam do niej (do Bei, nie do konferencji) strasznie dużo pytań.

– Kurczę, dlaczego mam taki spóźniony refleks? – pomyślałam. A potem:  – Hej, przecież jest Skype, mogę umówić się z nią na pogawędkę!

No i umówiłam się. Bea napisała, że znajdzie dla mnie pół godziny. Juhu!

Trochę głupio się przyznać, ale mimo że zajmuję się tematyką zero waste od półtora roku, i impulsem do rozpoczęcia eksperymentu była dla mnie właśnie Bea, nie znałam zbyt dobrze jej bloga.

Ponieważ Bea wypracowała i rozpropagowała codzienne praktyki życia bez śmiecenia, a ponadto opisała je na blogu, wydawałoby się, że nie ma nic prostszego niż poczytać i… naśladować.

Jednak, nie wiedzieć czemu, uznałam, że wystarczy mi znajomość zasad 5R i kilka przykładów, a resztę wypracuję sobie sama. Lepiej (?!) przecież uczyć się na własnych błędach, niż na cudzych, prawda?

Ale, ale. Kiedy umawiasz się z kimś na wywiad, powinieneś się do niego przygotować… Zabrałam się zatem za czytanie bloga Zero Waste Home i okazało się, że na niektóre z moich pytań do Bei znalazłam tam odpowiedź. Żeby jednak nie było za łatwo – nasunęły mi się nowe pytania. Ponadto, co było najfajniejsze – poczułam klimaty Bei, jej temperament.

Zaczęłam od najstarszych jej wpisów i z uśmiechem czytałam o jej „użeraniu się” z „gościem od serów” z supermarketu oraz o jej liście-petycji do tegoż supermarketu, na który to list zresztą nie otrzymała wówczas odpowiedzi. Zauważyłam, że jest zdeterminowaną i pewną siebie osobą, która naprawdę dobrze wie, czego chce. Jest asertywna, umie powiedzieć „nie” i wpływać na otoczenie nie bojąc się, co sobie ktoś pomyśli (w przeciwieństwie do mnie).

Ale do rzeczy, czyli wywiadu. Voila!

Bea, bardzo intryguje mnie, jak udało Ci się przekonać męża i synów do życia bez produkowania śmieci? Ja próbuję już od półtora roku i widzę, że jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy w doświadczeniu zero waste.

– Wiesz, dla nich styl życia zero waste nie jest czymś co pojawiło się nagle. To nie było tak, że z dnia na dzień powiedzieliśmy sobie: teraz będziemy żyć bez śmieci. Zero waste „przyszło” do nas stopniowo. Po prostu zmieniliśmy, uprościliśmy nasze życie. Nie musiałam przekonywać nikogo. Zaczęliśmy prowadzić prosty styl życia.

Jeśli chodzi o dzieci, poprosiliśmy je, żeby wybrały swoje ulubione zabawki, które chcą sobie zostawić.

Chłopcy szybko zdali sobie sprawę, że kiedy mają mniej zabawek, mają więcej czasu na zabawę tymi ulubionymi. Kiedy mamy całe stosy zabawek, to tracimy czas na ich sprzątanie, układanie, w dodatku to sprzątanie prowokuje kłótnie. Kłócimy się przy sprzątaniu ich… Kiedy chłopcy uprościli swoje otoczenie, szybko zauważyli, że kłótnie zniknęły, mniej czasu zabiera im sprzątanie, układanie, i mają więcej czasu na zabawę swoimi ulubionymi zabawkami.

Jeśli chodzi o męża, było to trudniejsze, bo był przywiązany do różnych swoich rzeczy, takich jak sprzęt sportowy, o którym mówiłam na konferencji.

Jednak on też szybko zdał sobie sprawę, że wszystko to zabiera dużo miejsca, i kiedy zrobi z tym porządek, może więcej czasu poświęcić na uprawianie ulubionych sportów. Efekt jest taki, że wyspecjalizował w jednej dyscyplinie, został trenerem młodzieżowej drużyny kolarstwa górskiego. Stało się to jego pasją, bo skoncentrował się na uprawianiu jednej dyscypliny, zamiast całego ich zestawu.

Tym co zmieniło punkt widzenia mojego męża było też to, że kiedy zdecydowaliśmy się dążyć do zmniejszenia ilości produkowanych śmieci, do życia zero waste, zaczęłam kupować produkty luzem i zastępować rzeczy jednorazowe wielorazowymi. Siłą rzeczy, przerzuciłam się na sklepy ze zdrową żywnością. Mąż powiedział mi wtedy – „Hej, tutaj jest drogo!” To prawda, tego typu sklepy mają reputację drogich.

Poprosiłam go więc żeby zrobił porównanie kosztów życia przed zero waste i aktualnie, i okazało się, że nasze wydatki zmniejszyły się o 40%! To go przekonało.

– Powiedziałaś na początku, że wasze początki życia bezśmieciowego to upraszczanie przestrzeni, zmniejszanie ilości posiadanych rzeczy. Czy uważasz, że może to być dobry pierwszy krok dla kogoś, kto zaczyna swoją przygodę z zero waste? Czy rzeczywiście od tego należy zacząć?

– Trudno powiedzieć. Dla nas to był początek, pierwszy krok. Dla kogoś innego ten pierwszy krok może być zupełnie inny. Ludzie interesują się zero waste z różnych pobudek. Są tacy, którzy chcą zaoszczędzić pieniądze. Zastąpić rzeczy jednorazowe wielorazowymi, co w dłuższej perspektywie wychodzi taniej. Chcą zdrowiej żyć, bo zauważają, że otaczające nas rzeczy, żywność, mają związek z chorobami takimi jak nowotwory, i tak dalej. Więc jeśli ich priorytetem jest eliminowanie toksycznych materiałów z życia, to, dajmy na to, zastępują wszystkie produkty chemii gospodarczej wodą i octem. Są też tacy, którzy zainteresowali się życiem bez śmieci z powodu sposobu w jaki im to zaprezentowano – zainsprowali się naszym stylem życia, bo interesował ich minimalizm. Jeśli więc ktoś interesuje się minimalizmem, jak najbardziej powinien zainteresować się zero waste.

Rzeczywiście, jeśli chodzi o nas, to właśnie minimalizm zaprowadził nas do zero waste.

Kiedy upraszczamy życie i otoczenie, łatwiej nam być zero waste. Im mniej rzeczy posiadamy, tym mniej mamy do przechowywania, układania, zastępowania nowymi, reperowania i tak dalej.

Jeśli więc ktoś chciałby do życia zero waste dojść przez minimalizowanie ilości posiadanych rzeczy, radziłabym mu zacząć od pomieszczenia, które wydaje mu się najłatwiejsze.

Myśmy się nie rzucili w minimalizm, nie rozpoczęliśmy życia minimalistycznego z dnia na dzień.

To zabrało trochę czasu, wymagało zastanowienia. Też zaczęłam od tego, co wydało mi się najłatwiejsze. Dla mnie była to kuchnia. Zdałam sobie sprawę, że mam całą masę rzeczy, których nie używam, albo używam bardzo rzadko. Miałam też gadżety wielofunkcyjne, które zastąpiły wiele innych. Zaczęłam więc od „minimalizowania” kuchni. Najtrudniej było z garderobą, bo ukończyłam kiedyś szkołę mody i miałam mnóstwo ciuchów, z których komponowałam rożne zestawy. Później zafascynowała mnie garderoba minimalistyczna, która jednocześnie jest wielofunkcyjna. Wciągnęło mnie komponowanie garderoby „w pigułce”, dopasowanej do moich potrzeb, a jednocześnie możliwie wielofuncyjnej.

– Kiedy czytałam Twojego bloga, zafrapowało mnie, że pisałaś czy piszesz listy do różnych instytucji, sklepów, producentów informując o tym, co Ci się nie podoba. Czy sądzisz, że warto to robić? W Polsce taka forma lobbingu też by zadziałała?

– Oczywiście. Jeśli nic nie mówimy, nic się nie zmienia. To my, konsumenci, powinniśmy być impulsem zmian. Kiedy zaczynamy żyć bez produkowania śmieci, kiedy nasz model konsumpcji się zmienia, nasza moc prowokowania zmian wyraża się przez głosowanie „zakupami”.

Styl życia zero waste to zmiana modelu konsumpcji. Czyli albo nie kupujemy w ogóle, albo kupujemy inaczej, czyli produkty luzem bądź rzeczy używane. Jeśli mamy jakieś zastrzeżenia do produktów czy usług z tej czy innej przyczyny, powinniśmy głośno wyrażać swoje obiekcje. Jeśli coś się nam nie podoba, a nic nie mówimy, nic się nie zmienia.

My, konsumenci, mamy obowiązek wyrażania głośno tego, co nam się nie podoba, proponowania alternatywnych rozwiązań. W ten sposób dajemy firmom szansę na ulepszanie swoich usług czy produktów.

Dla przykładu, w 2010 roku w naszym słoju ze śmieciami znalazła się plastikowa karta ubezpieczeniowa. Wykupiliśmy ubezpieczenie w największej firmie ubezpieczeniowej w USA, i zaczęli nam co pół roku przysyłać nowe plastikowe karty. Miałam dość tego, że muszę wyrzucać je do naszego słoika na śmieci, więc zaproponowałam im, żeby zmienili kartę plastikową na kartonową. Zrobili to.

Teraz, kiedy mam jakieś wystąpienia w USA, pytam publiczność, kto ma ubezpieczenie rzeczonej firmy. Zazwyczaj okoła połowa słuchaczy podnosi ręce, pytam więc czy mają kartonowe karty. Okazuje się, że tak. – Widzicie – mówię – jednak mamy wpływ na takie rzeczy. Skontaktowałam się z tą firmą, zaproponowałam alternatywę – zadziałało. Cóż. Taka mała karta –  nic wielkiego, prawda? Ale to są właśnie te małe krople, które drążą skałę.

– Ciekawi mnie bardzo,  jak udaje Wam się żyć w tak rygorystycznym, minimalistycznym „trybie” zero waste. Nam się to nie udaje. Wyglądacie na bardzo zdeterminowanych. Naprawdę nigdy nie łamiecie zasad?

– W rzeczywistości czasem jesteśmy zmuszeni do złamania jakiejś zasady. Podam przykład. Zasadniczo kupujemy rzeczy używane. Nawet nasze telefony czy komputery są kupione z drugiej ręki. Jednak firma mojego męża wyposażyła go w nowy telefon. Telefon jest własnością firmy, więc chcąc nie chcąc, w tym przypadku mąż musiał zaakceptować nowy egzemplarz.

Ja z kolei jakieś trzy lata temu zostałam zaproszona na konferencję do Brazylii. Miałam tam opowiedzieć o zero waste jako o przyszłościowym stylu życia. To było fantastyczna możliwość. W dniu wyjazdu mój komputer odmówił współpracy. Pobiegłam do naprawy, gdzie powiedziano mi, że nie tylko nie naprawią mi go szybko, ale nie naprawią go w ogóle, bo mam szczęście, że wytrzymał cztery lata, podczas gdy zazwyczaj padają po dwóch. Nie mogą dać mi gwarancji, że po naprawie będzie działał bez zarzutu podczas mojego wyjazdu. Nie mieli używanych na sprzedaż, a ponieważ się spieszyłam, musiałam kupić nowy.

Tak więc czasami po prostu nie mamy wyboru. Trudno, nie obejdę się bez komputera, kiedy przez to mogę stracić szansę zaprezentowania mojego stylu życia zero waste w Brazylii!

Musimy znaleźć więc równowagę. Zasady „5 R” są priorytetem, ale czasem jesteśmy zmuszeni do odstępstw.

Te odstępstwa to jest właśnie to, co znajduje się w naszym słoiku ze śmieciami.

– Wiesz, Bea, jeśli o mnie chodzi, to najtrudniej mi odmawiać drobiazgów typu cukierek czy batonik dla dziecka… zwłaszcza że jedzą to bardzo rzadko.

– Cóż… w momencie kiedy decydujemy się zacząć życie zero waste, ważne jest żeby nie próbować zastąpić wszystkiego, co dotąd kupowaliśmy w opakowaniach, na rzeczy bez opakowań, bo prawdopodobnie i tak nie znajdziemy np. snickersów sprzedawanych luzem. Zamiast tego starajmy się wykorzystać to, co jest dostępne w sprzedaży luzem.

Moje dzieci na przykład bardzo lubiły ciasteczka Oreo, które kupowałam oczywiście w opakowaniu. Kiedy zaczęłam przygodę z zero waste, szukałam Oreo sprzedawanych luzem – z wiadomym skutkiem. Zaczęłam zatem kupować inne ciasteczka, sprzedawane luzem, które okazały się być o wiele lepsze… i mogę Cię zapewnić, że moi synowie wcale nie tęsknią za ciasteczkami Oreo! Nie tęsknią, bo zaproponowałam im alternatywę, która im się spodobała.

Bardzo ważne w naszych początkach zero waste było zabieranie synów na zakupy do sklepów z produktami sprzedawanymi luzem, po to by sami zobaczyli, ile rzeczy można kupić bez opakowań i by mogli znaleźć coś dla siebie.

Kiedy więc szliśmy razem do takiego sklepu, mówiłam – Możesz sobie wybrać płatki śniadaniowe czy ciasteczka jakie tylko chcesz. W ten sposób chłopcy odkryli dla siebie produkty, z których są naprawdę zadowoleni. Nie czują się pozbawieni czegokolwiek. Mają swoje ulubione płatki, ulubione ciasteczka i tak dalej.

Co się tyczy tego co poza domem… Wiesz, kiedy idziemy do sklepu razem, to wiedzą doskonale, że jeśli poproszą o batonik, odmówię.

Sama idea zero waste nie sprawi, że będziemy umieli mówić „nie”. To od nas zależy, czy będziemy umieli dziecku odmówić i jednocześnie powiedzieć – proszę bardzo, możesz wybrać jaką tylko chcesz przekąskę, spróbować czego chcesz, ale w dziale „luzem”. W ten sposób dzieci odkrywają alternatywne smakołyki, które bardzo lubią.

Kiedy moi synowie idą do swoich kolegów i poczęstuje się ich np. batonikami czy chipsami, oczywiście nie odmówią. Zjedzą z zadowoleniem. Uszanują styl życia gospodarzy, tak jak my oczekujemy, że kiedy ci przyjdą do nas, będą szanować nas styl życia. Kiedy jesteśmy w odwiedzinach, cieszymy się i doceniamy to, że ktoś chce nas ugościć. Dostosowujemy się do stylu życia gospodarzy, jemy to co nam proponują. Co do cukierków, to zdarza się, że ktoś częstuje chłopców cukierkami. Dlatego mamy w domu pojemnik na opakowania po cukierkach i kiedy jest pełen, wysyłam zawartość do Terracycle. Dawniej robiłam to raz na rok, teraz raz na dwa lata.

– Jak myślisz, czy Twoi synowie będą nadal szli drogą zero waste, gdy będą dorośli?

Oczywiście przyszłości nie mogę przewidzieć. Spodziewam się, że chłopcy mogą zbuntować się przeciwko temu, co im zostało narzucone, bez względu na sposób, w jaki byli edukowani w tej materii. Bunt jest rzeczą normalną u nastolatków, stanowi nieodzowny element okresu dojrzewania. To co mnie pociesza, to świadomość, że jako matka dostarczyłam im, powiedzmy, narzędzi i wiedzy, które pozwolą im dokonać wyboru, jakikolwiek by nie był.

Zdaję sobie sprawę, że jakakolwiek by nie była nasze edukacja,  to „wyuczone lekcje” w nas zostają i w końcu i tak wracamy do podstaw.

Kiedy zaczęłam żyć w duchu zero waste, nagle przypomniałam sobie rzeczy, których uczono mnie w dzieciństwie. Odżyły we mnie umiejętności szycia i gotowania, których nauczyła mnie mama, a które, mam nadzieję, moi synowie także będą mieli, gdy dorosną.

Szesnastoletni Max już pracuje – udziela lekcji programowania dla dzieci. Zarabia, ma swoje pieniądze. Jakieś dwa miesiące temu wrócił do domu ze szklaną butelką lemoniady, jakby chciał mi pokazać – zobacz, jestem niezależny, mam swoje pieniądze, mogę kupić co chcę. Jeżeli to ma być bunt, to proszę bardzo, niech się buntuje (śmiech)! To nie koniec świata. Przynajmniej wybrał opakowanie, które nie jest z plastiku i które można oddać do recyklingu.

Dobry przykład jednak działa! Zauważyłam, że mimo iż nie zmuszam dzieci do przestrzegania zasad zero waste, widzę jak nasiąkają dobrymi praktykami.

Chciałabym jeszcze zapytać Cię o rzecz, która ciekawiła jedną z moich czytelniczek i była przedmiotem dyskusji. Mianowicie: czy macie zamontowany pod zlewem młynek na odpadki organiczne?

– Pod zlewem mamy szufladę w której znajdują się dwa pojemniki. Jeden służy na odpady, które są przeznaczone do recyklingu, a drugi, ten, który dawniej był naszym koszem na śmieci – teraz służy jako pojemnik na kompost. Kiedy rezygnujemy z wyrzucania śmieci, z produkowania śmieci, uświadamiamy sobie, że alternatywą jest recykling i kompost. Kiedy ktoś nas odwiedza i chce wyrzucić jakiś, dajmy na to, papierek, otwiera „kosz”, tzn. szufladę w której dawniej mieliśmy kosz, i patrzy, o, nie ma kosza! Musi więc wybrać pomiędzy pojemnikiem na recykling i kompost. Wrzuca więc papierek do pojemnika na recykling. Kiedy znów ktoś chce wyrzucić ogryzek, widząc że nie ma kosza, wrzuca go do pojemnika na kompost. Warto mieć duży pojemnik na kompost. Nasz pojemnik opróżniamy raz w tygodniu.

Istnieją firmy, które produkują bardzo małe, o wiele za małe, specjalne pojemniki do kompostowania, które uważam za idiotyczne. Takie rozwiązania nie zachęcają do tego, żeby kompostować więcej. Przeciwnie! Zachęcają do tego, żeby kompostować mniej, a co za tym idzie – wyrzucać więcej! Bo na przykład, kiedy obieram kukurydzę, mam z tego tak dużo odpadków, że myślę – rety, zajmą mi cały pojemnik na kompost! I wyrzucam do śmieci. Większy pojemnik nie wymaga też częstego opróżniania. My opróżniamy nasz raz na tydzień. Nic nie śmierdzi, bo tworzą się kolejne warstwy.

– A co z młynkiem? Wiesz, chodzi o takie coś, co rozdrabnia odpadki wpadające do zlewu.

– A, racja! Mamy taki w domu, ale go nie używamy, bo to kompletnie bez sensu. To jest coś, co nie istnieje, albo jest bardzo rzadko spotykane w Europie, natomiast jest bardzo popularne w Stanach. Dlatego jest też w naszym, amerykańskim przecież domu. Nie używamy tego, bo odpadki z młynka kończą i tak na wysypisku. Woda ze zmielonymi odpadkami organicznymi trafia do oczyszczalni ścieków, tam się to rozdziela i odpadki lądują na wysypisku. Niektórzy robią z tych odpadków energię. Jednak dla nas najprostszym rozwiązaniem jest pojemnik na kompost pod zlewem i nie widzimy potrzeby używania młynka na odpadki.

– Rozumiem. A co sądzisz o doszukiwaniu się w różnych rozwiązaniach zero waste ich nieekologiczności, jaką na przykład jest duży ślad węglowy. Mam na myśli rzeczy typu bambusowe szczoteczki do zębów, olej kokosowy i tym podobne.

– No właśnie. Ja osobiście nie używam oleju kokosowego. Po pierwsze, dlatego że nie jest dostępny luzem, po drugie dlatego, że kompletnie wyeliminowałam w naszym domu wszystko co pachnie. Nie używam nawet olejków eterycznych. Kiedy przestaliśmy używać produktów chemii gospodarczej i wielu kosmetyków, odkryliśmy że nasz zmysł powonienia stał się o wiele bardziej wrażliwy niż u większości osób. Jestem więc teraz o wiele bardziej wrażliwa na zapachy i olej kokosowy pachnie za silnie dla mnie, nie mogę go znieść.

Tak więc oleju nie używamy, natomiast kupujemy bambusowe szczoteczki do zębów. Oczywiście jestem świadoma jego wpływu, jednak zredukowaliśmy już i tak dużo, kupujemy tak mało rzeczy… więc nasz ślad węglowy jest i tak ekstremalnie niski.

Gdybyśmy kupowali szczoteczki plastikowe, inwestowalibyśmy nasze pieniądze w przyszłość wypełnioną plastikowymi szczoteczkami do zębów. Natomiast gdy kupujemy szczoteczki bambusowe, inwestujemy w przyszłość wypełnioną szczoteczkami z drewna.

Tak czy siak, żadna ze bambusowych szczoteczek jakie znam nie ma włosia naturalnego – wszystkie są syntetyczne, nawet jeśli producenci mówią że są bambusowe, to nieprawda. Włosie jest syntetyczne i dlatego po zużyciu szczoteczki musimy to włosie odrywać i wyrzucać do naszego słoja ze śmieciami. Nawet jesli mówi się Wam, że to włosie jest kompostowalne, to jest to nieprawda.

Kupując bambusowe szczoteczki do zębów zachęcam producentów szczoteczek do zębów, żeby produkowali szczoteczki trwalsze, w 100% kompostowalne – drewniane i z naturalnym włosiem.

– Zgadzam się z Tobą. Róbmy co możemy.

– Tutaj chodzi o inwestowanie pieniędzy w praktyki, które chcę wspierać. Kupując bambusowe szczoteczki, zachęcam w ten sposów lokalnych producentów szczoteczek do zębów do produkcji szczoteczek z drewna. W momencie gdy taka lokalna szczoteczka pojawi się na rynku, będę pierwszą, która ją kupi. Te szczoteczki, które aktualnie kupujemy, również te, które kupujecie w Polsce, są produkowane w Chinach (niezależnie od tego co Wam mówią ich sprzedawcy). Wiem, że jest jedna frma w Niemczech, która produkuje szczoteczki w Niemczech, ale i tak drewno do nich pochodzi z Chin.

– Chyba zacznę wysyłać listy do polskich firm produkujących szczoteczki do zębów…

– Tak! Tak trzeba robić.

– Bardzo Ci dziękuję, Beo, za wywiad.

– Proszę bardzo! Powodzenia!

Pół godziny upłynęło szybko i chociaż nie udało mi się zadać Bei wszystkich przygotowanych pytań, cieszę się z tej rozmowy. Uświadomiła mi, jak daleko odeszłam od pierwotnej idei zero waste. Co prawda (o czym czasami zapominam), przygoda z zero waste zaczęła się dla mnie jako eksperyment, próba sprawdzenia, czy słynny słoik śmieci to w ogóle realne. Szybko przekonałam się, że nierealne, przynajmniej dla nas. Jednak przygoda i eksperyment przerodziły się w nawyk i chociaż trudno w naszym przypadku mówić o stylu życia zero waste (do tego nam bardzo daleko), to jednak wciąż próbujemy produkować możliwie mało śmieci.

Dlaczego napisałam: „odeszłam od idei zero waste”? Dlatego, że poszłam w kierunku recyklingu i skończyło się to gromadzeniem różnych surowców wtórnych w mieszkaniu. Ciężka (a raczej zabierająca dużo miejsca) sprawa.

Styl życia Bei przypomina mi, że „zero” w nazwie „zero waste” to naprawdę zero. Zero śmieci przynoszonych do domu.

A jeśli macie ochotę posłuchać reportażu o zero waste, w którym wzięłam udział, zapraszam tutaj. Autorką reportażu zatytułowanego „Bez marnotrawstwa” jest Joanna Bogusławska z Polskiego Radia.

Powiązane wpisy

  • Przeczytałam z zaciekawieniem ten wywiad. Ciężka praca by wprowadzić zero waste, ale pewnie później jest z tego satysfakcja, jest?

    • Aneto, rzeczywiście jest to ciężka praca w sensie że trzeba być bardzo zorganizowanym i konsekwentnym. Ja nie jestem taka, więc u nas jest raz na górze raz na dnie 🙂 Z drugiej strony jak podejść na luzie, to pewne nawyki z czasem się utrwalają i dla przykładu – nawet jak raz na dwa-trzy wyjścia po zakupy weżmie się torby na chleb i puszki/słoiki na mięso/sery/ryby to też coś. Z torbami na warzywa i owoce problemu nie mam, bo zawsze jakąś noszę w torebce. Satysfakcja jest, pewnie!

  • Świetny wywiad. Po raz kolejny uświadamiam sobie jak daleka jestem, ja i moja rodzina, od Zero Waste, no coz, zmotywowałam sie 🙂

  • Joanna Baranowska

    Ale super, zapytałaś ją o młynek <3
    Moje zmłynkowane śmieci płyną do oczyszczalni, gdzie są przerabiane na energię (wiem, bo byłam w tej oczyszczalni). Więc mam czyste sumienie 😉

    • O, czyli tak jak mówiła Bea 🙂 Ale wszystko (w sensie odpadków org. tak młynkujecie?

      • Joanna Baranowska

        Nie wszystko, jeśli mogę coś wykorzystać do ugotowana zupy, to zamrażam, a potem gotuję zupę śmieciową. Odpadki z zupy raczej już wtedy młynkuję.

  • Bardzo fajny wywiad! I ciekawy reportaż 🙂 (jaki Ty masz miły głos!)

  • Dobre pytania, świetny wywiad, Kornelia! Dający kopa do działania- jak zwykle po lekturze Twojego bloga i rozmów z Bea 🙂

  • Dorota Czopyk

    Super wywiad! Wciągający. Szkoda, że tak szybko się skończył. Sama zapytałabym jeszcze o kilka rzeczy. A teraz zabieram się za słuchanie reportażu… Ha!

    • Dorota, też żałuję że nie podpytałam ją np o kompostowanie w mieście, czy zna jakieś triki, albo jak sobie radzi z logistyką zakupów, bądź co bądź trzech facetów ma w domu. A może obiady na mieście jadają? Nie wiem. Muszę jeszcze poczytać jej bloga.

  • Ruda

    No proszę, ja też ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że odpuściłam ze śmieciami. I znów poszłam do sklepu i boksowałam się z panią na stoisku z serami… A potem w cukierni… I wszystkie panie mówiły: przecież wszyscy biorą woreczki, co to za różnica. A ja im wkurzona odpowiadałam: „nie interesuje mnie, co robią inni. Odpowiadam za siebie, a nie za innych”. I mocno zirytowana wróciłam do domu. A idąc do domu czułam jak mnie sąsiedzi zatruwają paląc w piecach miał węglowy i śmieci. I myślałam sobie: nie interesuje mnie, co robią inni, odpowiadam za siebie. A następnego dnia poszłam do sklepu i zachciało mi się matjasów, ale nie miałam słoika ze sobą i wzięłam w plastikowym opakowaniu. I czułam się jak kobieca wersja Adasia Miauczyńskiego.

    • Ech, Ruda, jak ja Cię rozumiem… „Przecież tam przy pieczywie ma Pani takie woreczki, trzeba sobie wziąć…”
      Poza tym nie wiem jak Bea to robi, że zawsze ma te słoiki przy sobie czy jak? Ja też nie umiem robić tylko zaplanowanych zakupów. Po prostu zawsze jest tak że akurat jak załatwiam coś innego to przechodzę obok fajnego sklepu z garmażerką i przypominam sobie, że dawno nie jedliśmy dobrej kiełbasy. Albo że jak wybiorę się już z blaszanymi pudełkami to okazuje się że wzięłam ich za mało i coś ląduje w papierku (w najlepszym razie).
      W sumie miałam zaplanowane to pytanie do Bei na temat jej logistyki zakupowej, ale widząc/słysząc jaka z niej „żyleta”, uznałam że pytanie nie ma sensu. Dowiedziałabym się pewnie, że wraca po słoik do domu albo nic nie kupuje jak nie ma pojemników 🙂
      Ale spoko, nie musimy być jak Bea 🙂 Bądźmy jak Ruda i Kornelia 🙂 Lepszy rydz niż nic 🙂

  • Konstanty Aniołek

    Więcej takich reportaży w radiu proszę 🙂 Bardzo fajny wywiad, Bee mogę czytać i słuchać nawet po francusku nic nie rozumiejąc 🙂

  • Pingback: Metalowe słomki do napojów zamiast jednorazowych czyli zadanie 31 - Kornelia O...()

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.