Poznajcie Little Greenfinity – rozmowa z Virginie Little. O tym jak połączyła pasję z pracą i co z tego wynikło.

Poznajcie Little Greenfinity – rozmowa z Virginie Little. O tym jak połączyła pasję z pracą i co z tego wynikło.

To ona. To ona jest sprawczynią tego szumu, jaki zrobił się w Polsce wokół tematyki zero waste.

To znaczy, mówiąc uczciwie, wszyscy jesteśmy sprawcami tego szumu – wszyscy, którzy jak krople drążące skałę piszą, pokazują, opowiadają, szkolą innych albo – zwyczajnie – dają dobry przykład. Jednak ośmielę się zaryzykować tezę, że to po zorganizowanej przez nią konferencji z Beą Johnson ruszyła lawina.

Mowa o Virginie. Virginie Little, Francuzka mieszkająca od wielu lat w Polsce, założycielka firmy Little Greenfinity. Little Greenfinity zajmuje się doradztwem z zakresu zrównoważonego rozwoju, zero waste i edukacji.

W minioną sobotę, 18 sierpnia w Gdyni odbyły się drugie Targi Zero Waste organizowane właśnie przez Little Greenfinity razem z Fundacją alter eko. Rozmawiałam z Virginie na dwa tygodnie przed Targami.

***

K. O.: Virginie, jak zaczęła się Twoja przygoda z zero waste?

V. L.: Zawsze mieliśmy z mężem rozsądne podejście do środowiska. Nie byliśmy jakoś bardzo ekologiczni, ale zawsze zwracaliśmy uwagę, żeby na przykład nie marnować jedzenia. Po prostu bycie przyjaznym dla środowiska było dla nas rzeczą naturalną.

I po latach, krok po kroku poczuliśmy, że idziemy jednak dalej. Zaczęliśmy żyć bardziej ekologicznie, a kiedy kilka lat temu usłyszałam o zero waste i o Bei Johnson, bliskie stało się nam podejście zero waste. Takie rzeczy jak robienie zakupów z z torbami wielorazowymi to była dla nas zawsze rzecz naturalna i oczywista, ale mogę powiedzieć, że pierwszym ważnym krokiem w kierunku zero waste był dla nas zakup kompostownika do naszego domu, a właściwie mieszkania, bo mieszkamy w bloku. Było to bardzo istotne, bo jemy dużo warzyw i owoców, więc nasze resztki z kuchni to głównie odpadki organiczne.

Drugim krokiem była rezygnacja z plastiku, z opakowań. W opakowaniach kupujemy tylko te rzeczy, których nie da się kupić inaczej, i z czego nie moglibyśmy zrezygnować, czyli na przykład mleko (nasze dzieci są jeszcze małe) czy masło. Kiedy tylko możemy, rezygnujemy z opakowań albo kupujemy w opakowaniach, które nadają się do recyklingu – w pierwszej kolejności z metalu lub ze szkła, byle nie plastikowe. (Wbrew temu, co sądzi wiele osób, większość plastiku w Polsce nie jest poddawana recyklingowi.)

Ta rezygnacja z opakowań plus kompostownik, to były dla nas naprawdę dwa duże kroki do przodu w kwestii redukowania odpadów.

K. O.: A co było pierwsze? Firma Little Greenfinity czy zainteresowanie tematyką zero waste?

V. L.: Wcześniej zawsze pracowałam w komunikacji. Prowadziłam w Polsce magazyn o Polsce, po francusku. Byłam też dziennikarką, pracowałam przy projektach z dziedziny komunikacji. W pewnym momencie znalazłam się w przełomowym punkcie mojej kariery i szukałam sposobu, który pozwoliłby mi połączyć komunikację z moimi zainteresowaniami – ochroną środowiska i zero waste. Jestem osobą, której praca musi łączyć się z pasją. Chciałam robić coś, co pomoże naszej planecie.

Stąd pomysł, aby stworzyć firmę doradczą do spraw zrównoważonego rozwoju, której “rdzeniem” będzie idea zero waste. I faktycznie moje doświadczenie w komunikacji bardzo się przydaje, bo tłumaczenie obywatelom, miastom i firmom dlaczego musimy oszczędzać zasoby naturalne i ograniczać ilość generowanych odpadów oraz jak to robić w praktyce, wymaga umiejętności dyplomatycznych i pedagogicznych.

Zaczęłam od konferencji z Beą Johnson prawie dwa lata temu. To był test, gdyż nie byłam pewna czy mój pomysł na biznes się sprawdzi. A ponieważ konferencja udała się znakomicie, stwierdziłam że zaryzykuję.

Moim celem nie jest zarabianie dużych pieniędzy. Moim celem jest robienie biznesu, który ma sens i który pomoże światu. Wszystkie nasze działania w Little Grenfinity, które są związane ze środowiskiem, są związane z zero waste. Ale Little Greenfinity jest firmą doradczą do spraw zrównoważonego rozwoju. Interesuje nas więc nie tylko środowisko, ale też ekonomia i społeczeństwo, bo to są te trzy filary zrównoważonego rozwoju.

Nawiązując jeszcze do poprzedniego pytania. Zanim jeszcze zainteresowaliśmy się zero waste, kiedy nasze dzieci były małe (a nasza córka ma teraz 9 lat), używaliśmy pieluch wielorazowych. Nie było nam łatwo, bo wtedy w Polsce trzeba było się tych porządnych wielorazowych pieluch naszukać. W dodatku kiedy 6 lat temu urodził się nasz syn, okazało się, że firma, której pieluszki kupowaliśmy dla naszej córki, już nie istnieje.

K. O.: Można powiedzieć, że Wasze dzieci już od pieluszek żyją ideą zero waste.

V. L.: Nasze dzieci są bardzo zaangażowane. Tłumaczą kolegom w szkole, akceptują nasze rozwiązania. A to nie zawsze jest dla dzieci łatwe.
Nie kupujemy słodyczy pakowanych, ale znajdujemy inne rozwiązania, na przykład na lody idziemy do lodziarni, zamiast kupować lody w opakowaniu. Generalnie staramy się ograniczać cukier, ale nie jesteśmy w tym ekstremalni. Po prostu preferujemy zdrowy styl odżywiania się.

Mój mąż też jest bardzo zaangażowany, czasem nawet w niektórych dziedzinach jest o krok przede mną, i to bardzo dobrze, bo uzupełniamy się i szybciej robimy postępy. Cieszę się z tego, bo wiem, że w wielu przypadkach druga “połówka” nie jest zainteresowana zero waste. Ba, zdarzają się walki i przepychanki. Tak więc cieszę się, że my z moim mężem rozumiemy się w tej kwestii.

K. O.: A nie macie chwil słabości, kiedy nie chce Wam się już szukać tych rzeczy bez opakowań? Nie ukrywam, że ja sobie (i rodzinie) czasem odpuszczam.

V. L.: Na szczęście nie mamy takich chwil słabości. Jesteśmy przekonani, że zero waste to dobra droga. Często ludzie mówią nam, że to nie ma sensu, bo i tak jesteśmy tylko kroplą w oceanie. Ale dla nas zero waste to zdrowy styl życia. Jesteśmy przekonani, że tak jest dla nas zdrowiej, a przy tym choć jesteśmy tylko kroplą w oceanie, to przecież każda kropla jest ważna.

Ponadto inspirujemy innych ludzi. Nasi przyjaciele mówią nam: “A! Zrobiłam to i to, bo byliście dla nas przykładem.” To nas motywuje. Nie, nie mamy żadnych frustracji. Łatwo nam jest zrezygnować z produktów, jeśli kupno ich jest niezgodne z naszymi zasadami. Frustracja pojawia się w kontekście gospodarki odpadami tam gdzie mieszkamy, w Warszawie, albo kiedy widzę tyle odpadów na ulicy. Denerwuje mnie to i szukam rozwiązań dla tych problemów.

K. O.: Mnie frustruje jeszcze to, że nie ma dobrego systemu odbioru odpadów do recyklingu. Czy w swojej działalności biznesowej bierzesz pod uwagę działania lobbingowe, żeby wpływać na zmiany w gospodarce odpadami?

V. L.: Organizujemy różne akcje. Jesienią tego roku organizujemy konferencję na temat społecznych przedsiębiorców. Współpracujemy z firmami, którym doradzamy, jak mogą zredukować swój negatywny wpływ na środowisko. Mamy program dla biur, w którym pokazujemy, jak w biurze wdrożyć zasady zero waste i poprawić wpływ na środowisko. Mamy też program dla sklepów. Do tej pory kierowaliśmy się do hipermarketów, bo przewija się przez nie naprawdę bardzo dużo ludzi i są to firmy, które mają ogromny wpływ zarówno społeczny jak i na środowisko. Ale małym sklepom oczywiście również pomagamy.

Aktualnie współpracujemy z Auchan, któremu pomagamy adaptować swoje procedury tak, żeby klienci zero waste mogli robić u niech zakupy. Zrealizowaliśmy z Auchan akcję pilotażową w ich największym supermarkecie w Polsce, który znajduje się w Warszawie na Woli. Mają tam ogromny dział typu bazarek, na którym można robić zakupy do swoich pojemników i gdzie pracuje osoba specjalnie przeszkolona do pomocy klientom zero waste.

Dla nas to jest prosta rzecz, takie zakupy do własnych pojemników, ale musimy zdawać sobie sprawę, że dla sieci hipermarketów jest bardzo duże przedsięwzięcie. Trzeba przeszkolić pracowników – nie tylko osoby, które pracują w dziale bazarek, ale też kasjerów, ochroniarzy… Dodatkowa kwestia to higiena. Hipermarkety bardzo boją się Sanepidu, co zresztą ma sens, oczywiście, bo higiena jest bardzo ważna.

Pomogliśmy więc to wszystko zaplanować, zorganizować, uregulować, ponadto ułożyliśmy regulamin zakupów zero waste. Efekt jest taki, że w Auchan na Woli klienci mogą robić zakupy w duchu zero waste, a w dodatku wszyscy pracownicy, a jest to około 300 osób, zostali przeszkoleni, aby wiedzieli nie tylko, że istnieją klienci, którzy robią zakupy bez opakowań, ale też dlaczego to robią. Więc idea zero waste idzie w świat.

K. O.: Setki osób jednocześnie uczą się o zero waste!

V. L.: Tak, oczywiście! To był dla nich bardzo ważny projekt i chcą go kontynuować, zmieniać kolejne sklepy. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Auchan jest ogromną firma, która zatrudnia 22 tysiące ludzi w całej Polsce. Mają ponad 100 sklepów, więc mimo dobrych chęci nie idzie to tak szybko jak byśmy chcieli. Jest dużo spraw do załatwienia.

K. O.: Byłoby świetnie, gdyby hipermarkety zorganizowały jeszcze punkty skupu makulatury i innych surowców wtórnych przy swoich sklepach.

V. L.: Jest już coś takiego. Może nie w każdym sklepie, ale Auchan ma punkty segregacji odpadów – można przynosić baterie, żarówki, papier, metal.

K. O.: No tak, tylko że tam oddaje się je za darmo, a nie sprzedaje… ale biorąc pod uwagę niskie ceny skupu surowców, nie jest to chyba takie istotne. Istotne jest, czy oni rzeczywiście przekazują je do recyklingu.

V. L.: Tak, zdecydowanie tak. Pod tym względem mają bardzo dobre praktyki. Pytałaś o lobbing. Owszem, współpracujemy z miastami jeśli chodzi o różne aspekty zrównoważonych miast. Chodzi o transport miejski, gospodarkę odpadami, ogólnie mówiąc, o tworzenie tak zwanych szczęśliwych miast, które są rzeczywiście “szczęśliwe”, nie tylko z nazwy.

K. O.: Chodzi o coś takiego jak ruch Cittaslow?

V. L.: Jak najbardziej. Tak więc rzeczywiście lobbujemy, i ważne miejsce tutaj zajmuje temat gospodarki odpadami, bo jesteśmy przekonani, że odpady to ogromne wyzwanie, ogromny problem dla miast i że trzeba naprawdę uświadomić ludziom i firmom jak lepiej działać w tej materii.

K. O.: A co sądzisz o Systemie EKO AB? Jestem całym sercem za tym rozwiązaniem, ale słyszałam opinie, jakoby nie było to opłacalne.

V. L.: Prawdopodobnie rzeczywiście nie jest. To wielka szkoda. Ale problem w tym, że zrównoważony świat to świat gdzie wszystko ma swój sens, także ekonomiczny! Nie możemy oczekiwać od firm, od ludzi, od miast, że będą przyjazne środowisku tylko właśnie dla środowiska. Dobrze byłoby oczywiście, żeby zrozumieli, że dbanie o środowisko leży w naszym wspólnym interesie, ale jednak musimy pamiętać, że kwestie ekonomiczne też są dla wszystkich istotne.

Trzeba przy tym podkreślić, że trudno jest oceniać koszty rozwiązań przyjaznych środowisku porównując je z dzisiejszymi rozwiązaniami – czy właściwie brakiem rozwiązań. A to dlatego, że dziś nie liczymy kosztów zanieczyszczenia środowiska i zanieczyszczenia powietrza (z powodu którego co roku w Polsce umiera 45.000 Polaków, a 7 milionów ludzi na świecie). Nie liczymy też kosztów nadeksploatacji zasobów naturalnych, bo będą przecież drożeć, w miarę jak ich ubywa. W końcu całkiem ich zabraknie.

K. O.: To bardzo słuszna uwaga! Decydenci, samorządowcy powinni brać pod uwagę szeroką, długofalową perspektywę ekonomiczną. Nie tylko doraźne “tu i teraz nam się nie opłaca”.

Przy okazji powiem Ci, że pomysły samorządów bywają kuriozalne. W mieście, w którym mieszka moja Mama wprowadza się segregację odpadów i w związku z tym nakazano mieszkańcom kupować worki na śmieci w trzech kolorach. Do tej pory moja Mama nie kupowała żadnych worków na śmieci, bo mieszka sama i nie miała takiej potrzeby. Czy takie pomysły to nie absurd?

V. L.: Wątpliwości Twojej Mamy są oczywiście słuszne. Trzeba mieć takie podejście, taki pomysł na edukację mieszkańców i zorganizowanie segregacji, żeby było to łatwe. Jeśli coś będzie zbyt skomplikowane, to ludzie nie zrobią nic.

Edukacja i uświadamianie obywateli, firm i miast to jest właśnie nasz trzeci filar działalności. Dlatego organizujemy duże wydarzenia typu konferencje albo targi zero waste, oraz mniejsze, takie jak warsztaty, spotkania, głównie na temat zero waste.

Pretekstem do rozmawiania o zero waste mogą być różne rzeczy. Ja na przykład bardzo lubię gotować i zauważyłam, że gotowanie jest dobrym pretekstem do tego, aby zacząć rozmawiać o zero waste z ludźmi, którzy niekoniecznie interesują się tą tematyką. Jedzenie łączy przecież nas wszystkich.

Stąd wziął się też pomysł na warsztaty dla dzieci. Zaczęłam pisać scenariusze warsztatów dla dzieci pod kątem zero waste, i w zeszłym roku jesienią, kiedy szukałam półkolonii dla moich dzieci, pomyślałam że skoro mam już tyle warsztatów dla dzieci, to mogłabym organizować półkolonie tematyczne, edukujące o zero waste, o aktywnym i zdrowym stylu życia, a przy tym promujące otwartość na świat, na ludzką różnorodność, co też jest dla mnie bardzo ważne.

Tak zaczęliśmy organizować półkolonie w duchu zero waste. Mamy już za sobą półkolonie zimowe, a ponieważ program spodobał się i dzieciom, i rodzicom, stwierdziliśmy, że zrobimy też półkolonie letnie. Zaczęliśmy 25 czerwca.

K. O.: Gdzie odbywają się te półkolonie?

V. L.: Na warszawskim Mokotowie. Mamy tylko tę jedną lokalizację, ale proponujemy coś w rodzaju franczyzy osobom, które miałyby ochotę założyć taki biznes bądź na kilka tygodni latem, bądź bardziej regularnie w ciągu roku. Mogą to być też pojedyncze warsztaty. Oferujemy scenariusze zajęć, księgę wartości, wytyczne na wszystkie elementy naszego programu – w tym catering. Catering jest bardzo ważnym elementem. Na naszych półkoloniach mamy menu pół-wegetariańskie, czyli z mięsem raz w tygodniu, albo wegetariańskie. Oczywiście dopasowujemy je do alergii czy zwyczajów kulturowych dzieci.

K. O.: Dodatkowo Wasz catering musi spełniać wszystkie wymogi zero waste, prawda?

V. L.: Tak, koniecznie! Współpracujemy z dwiema firmami, które dostarczają nam jedzenie w ogromnych metalowych skrzyniach i bez jednorazowych naczyń. Oferują też zbilansowane, kreatywne, zdrowe menu.

K. O.: Co tydzień macie nowy turnus, nowe dzieci?

V. L.: Różnie bywa. Można przyjść tylko na jeden dzień, ale to trochę szkoda, bo wtedy otrzymuje się bardzo małą porcję wiedzy o zero waste. Idealnie gdy dzieci uczestniczą w programie przez cały tydzień.

Zawsze w poniedziałek mamy warsztat o odpadach – to jedyny warsztat, który powtarzamy co tydzień. Pokazujemy dzieciom przykładowy worek śmieci (wszystko jest oczywiście czyste) i rozmawiamy o odpadach. Pokazujemy co jest w worku, tłumaczymy dlaczego odpady są problematyczne i co będziemy robić przez ten tydzień, aby zmniejszyć ich ilość. I faktycznie: “produkujemy” bardzo, bardzo mało odpadów.

K. O.: Opowiesz trochę o innych zajęciach?

V. L.: Mamy warsztat o kompostowaniu, sadzimy rośliny z nawozem z naszego kompostownika, robimy też zajęcia plastyczne, podczas których rozmawiamy o tym, dlaczego tak ważne jest, by jeść lokalne, sezonowe owoce i warzywa. Chodzimy na zakupy ze swoimi słoikami i torbami, które sami robimy.

K. O.: Chodzicie na bazarek?

V. L.: Tak, na bazar na Olkuskiej, gdzie jest firma Planetarianie, która sprzedaje ekologiczne produkty na wagę. Kupujemy produkty i razem z dziećmi przygotowujemy śniadanie i podwieczorek. Na podwieczorek najczęściej jemy owoce, ale też kanapki. Przy śniadaniach z kolei chcemy pokazać dzieciom, że czasami może być na słodko, a czasami na słono.

K. O.: Mówiłaś, że torby szyjecie sami?

V. L.: Nie szyjemy, tylko robimy ze starego T-shirta. Mamy łatwy sposób, więc każde dziecko sobie z tym radzi.

K. O.: Robicie torby, razem gotujecie, chodzicie na zakupy – to tak jak w domu!

V. L.: Robimy też detergenty, na przykład płyn do mycia naczyń i rąk z naturalnych składników. Chcemy pokazać, jak można zrezygnować z detergentów w plastikowych opakowaniach. Chodzimy do parku czy na plac zabaw, bo to bardzo ważne dla dzieci, żeby bawiły się na świeżym powietrzu, o ile można tak powiedzieć o Warszawie.

K. O.: To prawda, powietrze nie jest zbyt czyste, ale za to mamy dużo parków.

V. L.: Wycieczki są różne. Gdy idziemy do parku, to zawsze do innego, bo na Mokotowie jest rzeczywiście dużo parków. Chodzimy do ogródków jordanowskich, na Pola Mokotowskie, do Łazienek Królewskich albo do innych, bliższych parków. Raz w tygodniu mamy wycieczkę edukacyjną, na przykład do pszczelarza miejskiego, do ogrodu botanicznego albo do lasu…

K. O.: Powiedziałaś: “do pszczelarza”?!

V. L.: Tak, do pszczelarza. Na Mokotowie jest firma Pszczelarium pana Kamila Baja, który jest pszczelarzem miejskim i zresztą nie tyko miejskim. Instaluje w Warszawie ule na dachach hoteli, centrum handlowych i biurowców, oraz prowadzi warsztaty dla dzieci.

Co jeszcze robimy? Gotujemy, bo dzieci dobrze jedzą, kiedy wiedzą skąd pochodzi jedzenie a najlepiej, kiedy same je przygotują. I faktycznie. Z satysfakcją obserwujemy to na naszych półkoloniach. Jak dziecko samo ugotuje, to naprawdę rzadko odmawia jedzenia.

K. O.: To prawda, tak jest.

V. L.: Jestem przekonana, że edukacja kulinarna jest bardzo ważna. Żeby dzieci wiedziały, co jest dobre dla zdrowia. Niestety, i we Francji i w innych krajach zachodnich coraz powszechniejsze jest “śmieciowe” jedzenie. Nadwaga stała się dużym problemem nawet wśród najmłodszych.

K. O.: W Polsce też już to widać.

V. L.: W Polsce mieszkam od siedemnastu lat i zauważyłam tę zmianę. Kiedy tu przyjechałam, bardzo rzadko spotykałam osobę otyłą, a teraz w szkole widuję dzieci z nadwagą, więc to jest już poważna sprawa.

To jest też nasz cel – żeby pokazać zdrowy styl życia, edukować dzieci, pokazać, że nie tylko pyszne jedzenie jest przyjemne, ale też i uprawianie sportu. Sport rozwija nas wszechstronnie, nie tylko fizycznie, ale i intelektualnie i psychicznie.

No więc program naszych półkolonii opiera się na trzech “filarach”: zdrowym stylu życia, ekologii (z naciskiem na zero waste) oraz otwartości na świat.

Rozmawiamy z dziećmi o różnych krajach i kulturach, organizujemy spotkania z gośćmi z zagranicy, układamy razem puzzle – mapy. Mamy warsztaty recyklingowe, na których oprócz wielorazowych toreb robimy dekoracje do ogródków i do domu, a także sadzimy rośliny, które dzieci zabierają potem do domu. Ponieważ na półkoloniach kompostujemy nasze odpadki, wykorzystujemy okazję i robimy warsztat o kompostowaniu. Pokazujemy dzieciom, jaki związek ma kompostowanie z pielęgnacją roślin.

Wszystkie nasze wartości przekazujemy dzieciom nie tylko robiąc warsztaty, ale też podczas zwykłych, codziennych aktywności.
Przykładamy dużą wagę do tego, by nie marnować jedzenia. Gdy podajemy posiłek, a dziecko nie chce jeść, to tłumaczymy, że musi spróbować, by być w stanie powiedzieć że nie lubi. Dajemy trochę na spróbowanie i jeśli nie lubi, to w porządku, nie musi jeść więcej.

Generalnie nakładamy dzieciom małe porcje, bo wychodzimy z założenia, że zawsze mogą sobie dobrać dokładkę. Natomiast to co mają już na talerzu, powinno być zjedzone.

K. O.: Ja też tego pilnuję. Muszę tylko pamiętać, żeby nie nakładać dzieciom za dużo.

V. L.: Tak właśnie mówimy rodzicom na warsztatach kulinarnych i półkoloniach. Prosimy, żeby uczyli dzieci nie marnowania jedzenia, ale też żeby nakładali na talerze tyle, ile są one w stanie zjeść. No i kwestie deseru. Czasem jest tak, że dziecko nie zje do końca obiadu, a dostaje deser. A przecież jeśli ma w brzuszku miejsce na lody, to ma też miejsce żeby skończyć zupę.

K. O.: Oj tak!

V. L.: Wrócę jeszcze do tego, że kładziemy na naszych półkoloniach nacisk na otwartość na świat. To jest ciekawe dla dzieci, kiedy mogą poznać inne kultury, języki, rozmawiać z różnymi ludźmi. Dlatego też nasze półkolonie są dwujęzyczne. Latem to polski i angielski, a w ciągu roku mieliśmy nawet tylko francuski, gdyż robiliśmy półkolonie dla dzieci ze szkoły francuskiej. Ale ogólna zasada jest taka, że zawsze jest dwujęzycznie.

Ponieważ oprócz dzieci anglojęzycznych mamy dzieci, które uczą się angielskiego w szkole, to wszystko tłumaczymy na polski i upewniamy się, że dzieci wszystko rozumieją.

K. O.: Na zakończenie naszej rozmowy proszę Cię, Virginie, powiedz: jak widzisz przyszłość zero waste w Polsce?

V. L.: Widzę bardzo pozytywnie! Gdy startowałam z firmą Little Greenfinity półtora roku temu, był to naprawdę trudny temat. Często nawet w Warszawie trzeba było tłumaczyć, co to jest zero waste.

Kiedy w zeszłym roku razem z Fundacją alter eko organizowaliśmy pierwsze targi zero waste, miałam rozmowę z jednym z partnerów. Otóż poradzono nam, żebyśmy nie używali sformułowania “zero waste” w nazwie targów, bo to kojarzy się jakoś ekstremalnie. Wtedy była to uzasadniona wątpliwość, ale w tym roku już jest inaczej. Sformułowanie “zero waste” zrobiło się modne, i to dobrze. Czasem jednak walczę z tym, że niektóre frmy używają go bezzasadnie. Owszem, to świetnie, że na przykład nie marnują jedzenia, ale jedzenie to tylko jeden z aspektów zero waste!

Szczególnie dobrze widać zainteresowanie ideą zero waste na grupie Zero Waste Polska na Facebooku, gdzie codziennie po kilkadziesiąt osób prosi o dołączenie do grupy. Ponieważ bardzo mocno wierzę w efekt motyla, pokładam w tym ogromne nadzieje.

Każdy, kto interesuje się ideą zero waste i zmienia swoje zwyczaje, inspiruje innych. To znakomicie. Dzięki temu mamy większe szanse coś zdziałać, bo tak naprawdę odpady komunalne to bardzo mała część wszystkich odpadów. Ale przecież wszystkie poważne ruchy i rewolucje zaczynały się “od dołu”.

Tak więc to do nas należy pierwszy ruch. Od czegoś trzeba zacząć, aby zmienić świat, aby firmy zmieniły swoje procedury produkcji, aby miasta wdrażały swoje zasady zero waste gospodarki odpadami.

K. O.: Masz rację. Też słyszę opinie, że niepotrzebnie się staram, bo i tak najwięcej odpadów generuje przemysł. Jednak na zmiany w przemyśle głosujemy “nogami” i choć ten nasz wpływ jest mały, to z czasem będzie coraz większy.

V. L.: Ależ firmy są zarządzane przez ludzi! To nie są komputery bez serca, to są ludzie ze swoimi zainteresowaniami. Jeśli ludzie, których przekonamy teraz do idei zero waste zostaną kiedyś dyrektorami, to będą promować zero waste w swoich firmach. A nawet jeśli będą robić to z pobudek marketingowych, to już coś. Moim zdaniem motywacja nie jest taka ważna. Ważne, że firma zaczyna coś robić. Oby były to działania prawdziwe, a nie pozorowane.

K. O.: Faktycznie, wydaje się że w przemyśle chodzi tylko o pieniądze. Ale jeśli działania dążące do zwiększenia zysków przekładają się na działania korzystne dla środowiska, to tym lepiej. Niektórzy mówią mi, że jestem utopistką. Nie. Jestem optymistką. Wierzymy w to, że damy radę zrobić coś, co zmieni świat na lepsze.

V. L.: Tak, właśnie tak jest!

K. O.: Virginie, dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

V. L.: Dziękuję.

***

Pod tym linkiem znajdziecie więcej informacji na temat półkolonii zero waste:  KIDS For One Planet.  Zapraszam w imieniu Virginie!

Powiązane wpisy

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.