Pokora – cecha przydatna

Pokora – cecha przydatna

Im jestem starsza, tym bardziej odczuwam potrzebę uczenia się pokory.

Nie jest to łatwe. Może dlatego, że z wiekiem nabywam pewności siebie, a pokora służy do jej temperowania.

Jestem bardziej pewna siebie, ale i bardziej świadoma swoich wad. Co nie zmienia faktu, że wciąż mam tendencję do wypierania się ich, relatywizowania, stawania „ponad to” – co niektórzy ładnie nazywają „nabieraniem dystansu do siebie”.

Chociaż… czy dystans do siebie nie jest właśnie przejawem pokory?

Bardzo ładną definicję pokory znalazłam tutajPozwólcie, że zacytuję:

Człowiek pokorny to ten, który potrafi stanąć w prawdzie o sobie.

Według Słownika Języka Polskiego pokora to:

Stan psychiczny polegający na odczuwaniu własnej małości; niższości, brak zarozumiałości, pychy, brak buntu wobec przeciwności; potulność, uległość, uniżoność.

Brak buntu wobec przeciwności i potulność są chyba dla mnie najtrudniejsze.

I nie chodzi nawet o jakiś głośny bunt, tylko taki wewnętrzny, sprawiający że w środku się gotuję i mam ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie, albo chociaż gdzie nie ma ludzi wobec których muszę stawać w prawdzie o sobie.

A chciałabym tak spokojnie, z pokorą i godnością.

Znosić to, że dzieci mnie nie słuchają (i zamiast obrażać się „bez łaski, nie to nie”, nauczyć się mówić tak, żeby słuchały). Że nie smakuje im obiad (zamiast mówić „bez łaski, najwyżej będziecie głodni”, spróbować ugotować lepszy albo nauczyć ich gotować samodzielnie).  Że czasem wiedzą lepiej i więcej ode mnie (jak on śmiał powiedzieć „Mamo, to Ty tego nie wiesz/nie umiesz??!”).

Znosić to, że Mąż nie kłóci się ze mną wtedy, gdy właściwie powinien, a kłóci wtedy, gdy według mnie nie powinien…

Znosić to, że znajomi czy nieznajomi krytykują i zwracają uwagę (i kiedy na domiar złego bądź dobrego – wiem że mają rację), znieważają („Gdzie jedziesz, głupia babo!”). Że wygłaszają swoje poglądy i nie uznają moich racji. Że toczą spory polityczne, światopoglądowe i inne bez szacunku dla siebie nawzajem.

I wreszcie znosić samą siebie, gdy widzę, że moje próby pokonania jakiejś słabości nie powodzą się. Kiedy się spóźniam, nie dotrzymuję słowa, odwlekam ważne sprawy, mam niewyparzoną gębę, zarywam noce, a potem jestem złośliwa i wredna, ech… na spowiedź mi się zebrało.

Spokojnie, z pokorą i godnością. Znosić to wszystko, co sprawia, że czujemy się niekomfortowo sami ze sobą. I z innymi ludźmi. 

Nietórzy radzą, aby unikać ludzi, którzy sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Może tak a może nie.

Chyba zależy to od tego, na ile mamy chęć i odwagę stanąć w prawdzie sami przed sobą. I zależy od tego, na ile umiemy dostrzec i strzec granicę, poza którą ta prawda staje się nieprawdą albo prawdą odbitą w krzywym zwierciadle złych intencji.

I na tym ten wpis zakończę, pozostając w nadziei, że moja zabawa w filozofa nie zakończy się przykrym stanięciem w prawdzie wobec Czytelników…

Powiązane wpisy

  • Myślę że karzdy z nas powiniem przedefiniować pojęcia przez pryzmat samego siebie. W końcu definicje są ogólne a my jednostkowo indywidualni. Pokora jak i inne cechy określone przez słowo pisane nie są kardynalne tylko umowne, korzystajmy z nich wedle potrzeby dostosowywując do nas samych 😉

  • Krzysztofie – pewnie masz rację. Ale bez definicji byśmy się pogubli. No i przy tym przedefiniowywaniu pojęć trzeba uważać żeby nie popaść w relatywizm moralny. Pozdrawiam i dziękuję za komentarz 🙂

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.