Pierwsze koty za płoty – pierwsze zakupy zero waste

Pierwsze koty za płoty – pierwsze zakupy zero waste

Zaczęłam właściwie wczoraj.

Na zakupy owocowo-warzywne zabrałam zestaw toreb papierowych (z drogerii i innych sklepów, które zamiast plastikowych reklamówek dają papierowe – mam trochę uzbieranych i dotąd nie bardzo miałam na nie pomysł) i szmacianych.

Byłoby świetnie, gdybym… nie zapomniała o nich, podchodząc do ulicznego stoiska z owocami i warzywami. Tak się zaangażowałam w wybieranie owoców, że dopiero gdy ujrzałam czereśnie lądujące w plastikowym woreczku, przypomniałam sobie o mojej torbie na ramieniu z zapasem papierowych opakowań na owoce. Trudno, tym razem się nie udało.

Dziś też byłam sprytna i zabrałam na zakupy dużą torbę na kółkach zawierającą: łubiankę po truskawkach, pojemniczek tekturowy po malinach i papierowe torebki z uchwytami (te same co wczoraj).

Z twardym postanowieniem nie brania żadnych plastikowych torebeczek podeszłam do ulicznego stoiska. No cóż. Chociaż kupiłam pojemniczek malin, sprzedawczyni nie chciała odebrać od mnie mojego pustego, po wczorajszych malinkach. Bez łaski, wykorzystam go do czegoś innego.

Truskawki. Zażyczyłam sobie kilogram i zanim zdążyłam powiedzieć, że chcę zapakować do mojej papierowej torebki, pani zaczęła przesypywać je do foliówki. Już miałam się poddać, ale wiedziona desperacją w ostatniej chwili wykrztusiłam, że „poproszę jednak dwa kilogramy, w łubiance”. Uff, udało się, jeden woreczek mniej. No i na koniec porażka.

Czereśnie. Poprosiłam o kilogram, ale znów zanim zdążyłam wygrzebać papierową torebkę z przepastnej torby na kółkach, czereśnie już „kisiły się” w plastiku.

Ludzie czekający na autobus na pobliskim przystanku mieli okazję oglądać roztrzepaną kobietę otoczoną ośmiolatkiem na hulajnodze i czterolatką na rowerku czterokołowym, dzierżącą w jednej ręce dwie łubianki, zaś w drugiej – torbę na kółkach (prawie pustą, bo zawierająca jedynie papierowe torebki).

Jedna z łubianek zawierała truskawki, druga – moja przyniesiona – pojemniczek malin i przesypane z foliówki czereśnie (miałam zamiar zapytać sprzedawczynię czy nie chce foliówki z powrotem, ale bałam się, że ludzie, którzy i tak – jak mi się wydawało – zaczynali dziwnie na mnie patrzeć, kiedy przesypywałam czereśnie – zaczną się pukać w głowę, a poza tym robiła się za mną kolejka).

Na szczęście uprosiłam Rodzynka, żeby wziął od mnie torbę na kółkach (Po co ja ją brałam? Łubianki się do niej nie mieszczą!), więc dzielny chłopak jedną ręką kierował hulajnogą, a w drugiej ciągnął wózek. Gwiazda nic nie ciągnęła, bo walczyła z rowerkiem na krawężnikach.

Za to Mąż po powrocie z pracy zapytał, dlaczego nie kupiłam żadnych warzyw. Wytłumaczyłam mu, że warzyw na tym stoisku nie mieli, ale biedaczek nie bardzo rozumiał, dlaczego nie chciało mi się podejść pięćset metrów dalej, do stoisk z warzywami…

Nauki płynące z powyższych doświadczeń:

  1. Przygotować zawczasu sprzedawcę do naszego dziwactwa i powiedzieć najpierw JAK chcemy zapakować towar, a dopiero potem CO chcemy by nam zapakowano.
  2. Torebki do pakowania mieć pod ręką.
  3. Na zakupy chodzić na targ, a nie na ruchliwą ulicę pod dyskontem.
  4. Brać na zakupy albo koszyczki (najwyżej dwa, rzecz jasna), albo torbę na kółkach i mniejsze torebki.
  5. Brać dzieci z rowerkami i hulajnogami, ale pod warunkiem, że te ostatnie przydadzą się do transportu zakupów.

Jeśli chcecie przeczytać dalszy ciąg moich zakupowych „kotów za płotów”, zajrzyjcie tutaj.

Powiązane wpisy

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.