Pięć dobrych nawyków – moja higiena zero waste

Pięć dobrych nawyków – moja higiena zero waste

Kiedy pisałam o zadaniach w wyzwaniu Rok Bez Marnotrawstwa, a potem poradnik “Jak być (choć trochę) zero waste i nie (dać się) zwariować”, myślałam, że zwariuję od tego zero waste! 

Miałam dość. Myślalam nawet, że już nie będę pisać o tym na blogu, tylko po prostu zacznę od nowa, powolutku, po cichutku dbać o to, by jak najwięcej dobrych praktyk wprowadzić w życie. Realne – nie wirtualne!

Ale gdy skończyłam wymyślać te nowe zadania, zauważyłam, że niektóre dobre praktyki przyjęły się “same”. 

Dziś będzie o moich zerołejstowych dobrych praktykach higienicznych. Tych, które przyjęły się “same”. Prawie “same”.

Oto moja higiena zero waste w pięciu punktach.

Są to rzeczy, które weszły mi w krew, są dla mnie proste, łatwe i przyjemne. Nooo… “przyjemne” to może za dużo powiedziane. Ujmę to zatem tak: te rzeczy nie dają mi poczucia niewygody.

  1. Mydło w kostce do mycia ciała (i włosów)
  2. Ocet lub sok z cytryny do płukania włosów
  3. Żółtka z olejem do mycia głowy
  4. Golarka wielorazowa
  5. Podpaski i wkładki higieniczne wielorazowe

Nie jest to oczywiście lista, która wyczerpuje u mnie temat higieny. Pozostałe rzeczy są u mnie po prostu albo mniej zero waste, albo nie ma ich wcale.

Ale o nich napiszę innym razem. Dzisiaj przedstawiam Wam pięć dobrych nawyków w dziedzinie higieny. Mojej, oczywiście.

1. Mydło w kostce do mycia ciała (i włosów).

O mydle pisałam już w zadaniu #3 wyzwania Rok Bez Marnotrawstwa.

W kontekście mycia włosów “mydliło się” też w zadaniu #19. Polecam ten artykuł, bo piszę w nim o zmaganiach z przejściem od szamponu do mydła.

Niewiele się od czasu tych artykułów zmieniło, oprócz tego że zrezygnowałam z “szarego” mydła marki Barwa, bo nie jest miłe w użyciu. Po pierwsze – słabo się mydli, a po drugie – nie pieni. A ja przecież lubię, jak mydło się pieni! No ba!

Aha, zmieniło się też to, że używałam różnych mydeł, nie tylko tego z Aleppo. Lubię poeksperymentować. Wypróbowałam mydło lniane “no name” (całkiem fajne), mydło marsylskie (rekomendacja wiadomo że niepotrzebna!), mydło różane i oliwkowe z Barwy (tak jak “szare” – też słabo się mydlą… ale przynajmniej są ładne i dobrze służą mojej skórze i włosom) i wiele innych, które spełniają kryteria opakowania zero waste oraz, na co zaczęłam zwracać uwagę od niedawna – nie zawierają oleju palmowego. A jeszcze lepiej – są wegańskie. I do tego nie kosztują fortunę.

Niełatwo takie znaleźć, ale zdradzę Wam, że polubiłam pewne tanie, białe mydełko marki Isana z Rossmana. Nie pamiętam jego nazwy, ale na pewno je sobie “wypatrzycie”.

2. Ocet lub sok z cytryny do płukania włosów.

O, o tym też przeczytacie we wspomnianym już zadaniu #3 wyzwania Rok Bez Marnotrawstwa. Nie będę się rozpisywała, bo to proste. Gwoli uściślenia/aktualizacji dodam tylko, że zleniłam się już całkiem, bo nawet nie chce mi się robić osobnej płukanki octowej do włosów. Wiecie co robię?

Biorę mój “psik psikacz” do mycia wszystkiego, czyli spryskiwacz z roztworem octu podrasowanym olejkiem zapachowym i psikam tym włosy po umyciu. Potem spłukuję je jeszcze wodą.

3. Żółtka z olejem do mycia głowy i włosów.

Oj, znów temat włosów! Na pięć moich dobrych praktyk higienicznych trzy dotyczą włosów! Ale jakby nie patrzeć, włosy mam już całkiem długie, więc trochę to usprawiedliwione.

A zatem z biegiem czasu, gdy włosy mi rosły, coraz trudniej było mi je myć mydłem. Wiecie, to namydlanie całej czupryny twardą kostką mydła trochę trwa i jest ciut (ale tylko ciut, ciut) niewygodne. Zaczęłam więc myśleć o czymś bardziej płynnym do mycia włosów. I przypomniałam sobie o żółtkach. Żółtka są świetne, chyba że ktoś się brzydzi. Na moje włosy potrzebuję co najmniej dwóch sztuk, do nich dodaję kapkę oleju lnianego (ale możecie dodać każdy inny), mieszam wszystko w miseczce i wylewam sobie tę jajecznicę na głowę.

Żeby było jasne. Nie pieni się. Co to to nie. (Choć przecież lubię jak się pieni! No ba!). Nie pachnie też różami ani oliwkami ani innymi …ami. Pachnie olejem lnianym. Ale ponieważ nie wyobrażam sobie powrotu do mycia głowy “zwykłym” szamponem (no… nie wiem dlaczego tak jest, ale te zerołejstowe patenty uzależniają), z przyjemnością tę jajecznicę rozsmarowuję na włosach i wmasowuję w głowę.

Po spłukaniu żółtek z włosów stosuję płukankę octową, jak w punkcie drugim.

Włosy po myciu żółtkami są inne niż po mydle. Czy ja wiem? Bardziej delikatne? Lekko natłuszczone?

Gdzieś przeczytałam, że największą szkodę robimy włosom myjąc je zbyt często, przez co pozbawiamy je naturalnej odżywki, jaką jest sebum. Czyli tłuszcz, który tak usilnie zmywamy po to, by potem włosy “nawilżać” najróżniejszymi wymyślnymi odżywkami. A włosy nie potrzebują “nawilżania” (nawilżać to je możemy wodą), tylko natłuszczania. Ale żeby natłuszczone wyglądały pięknie, przyda się szczotkowanie. Naturalną szczotką, oczywiście.

4. Golarka wielorazowa.

No nie! Toż to znowu o włosach! Tym razem jednak nie natłuszczamy ani nie myjemy, tylko usuwamy.

Zrazu myślałam, że zostanę wielbicielką pasty cukrowej do depilacji. Cóż. Nie powiedziałam jeszcze w tej sprawie ostatniego słowa, ale póki co, ta opcja jest dla mnie zbyt kosztowna. Ostatnie słowo powiem zaś wtedy, gdy spróbuję pastę cukrową wyprodukować domowym sposobem. Co podobno choć trudne, jest możliwe.

Tak więc zostałam zwolenniczką golarki wielorazowej. Zwykłej golarki na wymienne żyletki, zakupionej we wspomnianym Rossmanie (nie płacą mi za reklamę, ale nikt mi nie płaci, więc… żadna różnica). Straszył mnie tą golarką mąż, żebym uważała, bo się zatnę i wtedy jak nic wykrwawię się na amen… (No dobrze, może nie aż tak mnie straszył.)

Więc wahałam się długo, wahałam. Kupiłam tę golarkę, choć mężowska owszem, była już w łazience. Ale chciałam mieć własną. I dalej się wahałam. Obejrzałam ją z prawa i lewa, rozkręciłam coby zobaczyć jak działa (super działa! mechanizm prosty jak konstrukcja cepa, ups, przepraszam, golarki), i tym sposobem zanęcona, odważyłam się założyć żyletkę (Tak po prawdzie to nie pamiętam, może ta pierwsza żyleta już była założona?) i powoli, jak żółw ociężale, wypróbowałam na sobie to narzędzie zbrodni.

I co? I nic. Nie zacięłam się. To znaczy, owszem, zacięłam, ale gdzieś przy drugim czy trzecim użyciu golarki, kiedy już pierwsze emocje opadły i zrobiłam się nieco mniej ostrożna. Ale prawdę mówiąc, jednorazówkami też zdarzało mi się zaciąć (szczególnie łatwo o to przy kostkach nóg). A kiedy się zacięłam, szybciutko użyłam ałunu, tego od dezodorowania się, tak tak. Bo ałun dezynfekuje ranę i “zamyka” ją trochę. Mój dziadek zawsze miał kostkę ałunu na wypadek zacięć przy goleniu.

Zatem drogie Panie! I Panowie! Nie bójcie się wielorazowej, starodawnej golarki na żylety.

Bądźcie ostrożni, wymieniajcie odpowiednio często żyletkę i już. (Tutaj mam zagwozdkę – jak wyrzucać żyletki? Do puszek po groszku a potem hop na złom? A nie skaleczy się ktoś przeze mnie jak będzie toto wyjmował?)

Bardzo mi się w tej golarce podoba łatwość jej czyszczenia. Jednorazówki szybko się zapychają, a tutaj wystarczy rozkręcić głowicę i wszystko pięknie umyć.

Aha. Do golenia używam kremu do golenia, jeśli to Was interesuje. Zwykłego, męskiego, w metalowej tubce, za 3 złote bodajże. Aczkolwiek sądzę, że zwykłe mydło (w kostce, ma się rozumieć!) również odnajdzie się w roli kremu do golenia świetnie.

5. Podpaski i wkładki wielorazowe.

Tutaj będę może niepopularna i może nie do końca zero waste, bo chyba największą furorę w gronie zerołejsterek robi kubeczek menstruacyjny, do którego używania i ja Was, drogie czytelniczki, zachęcałam. Zachęcałam i próbowałam, dobre chęci miałam, ale nie zawsze dobre chęci wystarczają. W moim przypadku kubeczek się nie sprawdził. Z różnych powodów, o których nie chcę pisać.

Dlatego zaczęłam używać wielorazowych podpasek i powiem Wam, moje drogie – pokochałam te szmatki!

Może to i dziwne, a może dla niektórych i śmieszne, ale nie wyobrażam sobie powrotu do jednorazowych, papierowo-plastikowych. Jakby to Wam wytlumaczyć… Może tak: wyobraźcie sobie, że wprowadzono na rynek modne, ładne i pachnące jednorazowe majtki. Z folii i papieru, albo tylko z jednego czy tylko z drugiego. Nosiłybyście toto na co dzień?

Przyznaję, nieco kłopotliwe jest pranie tych podpasek. Ale da się to ogarnąć przy odrobinie wprawy. Solidne płukanie w zimnej wodzie, namaczanie lub od razu namydlanie i pranie szarym mydłem. Ewentualne przechowanie do wieczora w dyskretnej misce lub wiaderku. Wieczorem przepierka-dopierka w pralce razem z ręcznikiem czy czymkolwiek innym w zbliżonych kolorach (Nie bójcie się! Są już wstępnie przeprane, prawda?).

Suszenie podpasek też jest całkiem spoko, bo są one ładne i kolorowe. (A dzieci, w tym dwóch chłopaków, wiedzą przecież co to menstruacja.) Ja lubię je suszyć w suszarce elektrycznej, bo robią się wtedy mięciutkie i puchate, ale takie rzeczy to tylko w zimie. Latem suszymy pranie na słońcu.

Przyzwyczaiłam się do tego prania. A jeśli ktoś sądzi, że zużywanie wody do prania podpasek to marnotrawstwo, niech sprawdzi, ile wody zużywa się do produkcji podpasek jednorazowych.

Jeszcze małe à propos mentruacji w ogóle.

Jestem zwolenniczką kobiecego radzenia sobie z niewygodami w tych dniach. Kobiecego, czyli miękkiego. Zadbajmy o odpoczynek, komfort, zwolnijmy tempo, nie róbmy niczego na siłę i nie udawajmy że nic się nie dzieje. Dzieje się.

Nie starajmy się być twarde wtedy, kiedy czas na miękkość. Poddajmy się swojej słabości, bo w słabości też drzemie siła.

O. Tym oto filozoficzno-grafomańskim akcentem kończę. Pa!

Powiązane wpisy

3 komentarze

  1. Ale fajnie, że masz swoje ulubione i przyzwyczajone punkty zerowastowe 🙂
    Jeśli chdozi o mnie, to nogi depiluję (depilator ma już z 10 lat i myślę, że wiele jeszcze lat może ze mną pobyć), a spod pachy to sobie wygolę zawsze jednorazówką, którą używam wielorazowo, póki daje radę. Myślę więc, że nie jest z tym źle.
    Włosy myję zwykłym szamponem. Jakiekolwiek zmiany zwykle bardzo szybko skutkują łupieżem, którego nie lubię. Więc jestem wierna szamponowi i tyle. Włosy i tak mam liche i słabe… Niestety. Ale pogłębia to mój strach przed eksperymentami.
    Za to od kiedy znów kupuję chleb (w biedronce, bo najbliżej i najwygodniej), to biorę tę torebkę papierowo-foliową od chleba po zakupie wkładam z powrotem do plecaka. I używam tak długo, póki nie popęka. Chyba, że akurat zapomnę, to biorę nową i odkładam do szuflady, żeby móc ją potem wykorzystać. Zawsze jestem dumna z siebie, ile to już torebek na pieczywo dzięki temu zaoszczędziłam 🙂

    1. Miło Cię “widzieć”, Tino! Dziękuję za odzew i za to że dzielisz się swoimi doświadczeniami. I super że myślisz o zero waste. A jakbyś jeszcze tę torebkę papierową z Biedronki zastąpiła swoją szmacianą to bym była z Ciebie baaardzo dumna! 🙂 🙂

      1. Aż tak zerowaste to jednak nie jestem.
        Za to jestem nieustannie wkurzona za ludzi, którzy śmieci nie sortują i wrzucają do pojemników na śmieci sortowane. Co można zrobić, jak w brązowym wciąż widzę butelki, plastik i zwykłe “mieszane” śmieci?

Skomentuj

Używamy plików cookies (ciasteczek), które wykorzystywane są do analizy ruchu na stronie oraz do zapewnienia jej prawidłowego działania.