Odśmiecownia, do biegu, gotowi, start!

Odśmiecownia, do biegu, gotowi, start!

Podobno trzeba się dobrze zastanowić, zanim się coś zrobi. Podobno też lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż żałować, że się nie zrobiło.

Tak więc, długo się nie zastanawiając, otwieram drugiego bloga. (dopisek z 7 lipca 2016 – tak, dawniej miałam dwa blogi, ale wolę mieć wszystko w jednym)

Witajcie w „Odśmiecowni”!

O czym będę pisać? O odśmiecaniu, czyli zmiejszaniu „produkcji” śmieci. Gdzie? W naszym domu i życiu.

Na wielkie korporacje przemysłowe nie mam wpływu, więc sprawdzę co mogę zrobić tu, gdzie go mam.

Przeczytałam ostatnio artykuł o idei, czy jak kto woli – ruchu społecznym – „Zero Waste”, czyli mówiąc po polsku – „Zero Śmieci”.

Artykuł był o Bei Johnson, autorce bloga

Zero Waste Home

Bea praktykuje życie „zero śmieci” od kilku dobrych lat wraz z mężem i dwoma synami. Chwali się, że w 2014 roku wygenerowali zaledwie słoik śmieci.*

Pod artykułem pojawiło się sporo komentarzy negatywnych, często ironicznych, że niby znudzona gospodyni domowa z Kalifornii dziwaczy, a u nas to codzienność emerytów.

A ja pomyślałam o tych kubłach śmieci, które wyrzucamy.

I o tych przepełnionych kontenerach na osiedlu, nad którymi nieraz zastanawiałam się, czy rzeczywiście segregacja coś daje, gdzie oni to wywiozą, co z tym zrobią?

I przypomniałam sobie nasz kwietniowy weekend małżeński w Tomicach pod Warszawą. Cały dzień wędrowaliśmy lasem aż do Konstancina. Prawie całą drogę oglądaliśmy sterty śmieci porozrzucanych tu i tam. Naprawdę, jak żyję (a żyję już dość długo i dużo widziałam) – nigdy takiego syfu – nie waham się użyć tego słowa – nie widziałam!

Potem przypomniałam sobie długometrażową wersję „Simpsonów”…

Potem przypomniałam sobie moją Mamę, która reklamówek jednorazówek używa jako worków na śmieci (u nas się to nie sprawdziło, produkujemy ich, tzn. śmieci za dużo…), która myje naczynia w zlewie, używając miski do zbierania wody. U której nigdy żadne jedzenie się nie marnuje i która wciąż robi przetwory.

I Babcię, która całe życie używała do higieny tylko mydła i wody.

I Ciocię, która, tak jak Mama i Babcia, wciąż robi przetwory, kompostuje co się da i używa ponownie wszystkich opakowań o ile się da.

I moją Teściową, która też robi prawdopodobnie większość z tych wyżej wymienionych rzeczy.

I pomyślałam o sobie, robiącej zakupy w dyskoncie i przywożącej wraz z jedzeniem tony plastiku. Brr! Mięso na tacce i w folii, pomidory w plastikowej rynience i w folii, jabłka w worku foliowym, jogurty i śmietana w plastikowych kubeczkach, mleko w kartoniku lub plastikowej butelce, kasza w foliowym worku, musli – takoż, kukurydza w puszce… uff…nie mówiąc o ulubionych czekoladkach miętowych pakowanych każda w osobny papierek, a potem razem w pudełko…

Do tego higiena – na przykład krem w słoiczku zapakowanym w pudełeczko z ulotką w środku. Na szczęście już dawno przestałam wierzyć w cudowne kremy oddzielne do oczu, szyi, twarzy, dekoltu czy nóg, więc przynajmniej nie multiplikuję opakowań.

Uświadomiłam sobie, ile papieru, folii, resztek jedzenia bezmyślnie wyrzucamy.

Co prawda próbowałam kiedyś coś z tym robić. Zbierałam plastikowe rynienki po pomidorach i pieczarkach – przydały się jako pojemniczki na klocki lego, ale ileż można tego mieć? Próbowałam oddawać papier na makulaturę, a słoiki zbierać żeby… no właśnie, co? Trochę przetworów robiłam, trochę słoików szło do rodziny. Z makulaturą pojawił się problem, gdy najbliższy punkt został zamknięty, a znajomy „dziadek śmietnikowy” zapytany czy zbiera makulaturę odparł, że mu się nie opłaca. Poddałam się więc.

Ale teraz mnie naszło. Naszło na dziwactwo. Zachciało mi się spróbować, czy da się w wielkim mieście żyć, nie produkując śmieci. A przynajmniej produkując ich mniej niż dotychczas.

Żeby się zmobilizować i zorganizować, a może przy okazji zmobilizować kogoś jeszcze, zakładam bloga, na którym będę zapisywać swoje zmagania z przemysłem opakowaniowym i z przyzwyczajeniami.

Jednocześnie zastrzegam sobie prawo do słomianego zapału, więc proszę się nie gniewać, jeśli odechce mi się walczyć bądź pisać o tym. A co!

* Spotkanie z Beą Johnson odbyło się w Warszawie 4 grudnia 2016 roku. Byłam tam i wino (kawę) piłam!

__________

Jeśli chcecie być na bieżąco informowani o nowych wpisach, zachęcam Was do polubienia mojej strony na Facebooku lub do obserwowania mnie na Instagramie, na Google+, Twitterze czy LinkedIn.

Możecie też czytać mojego bloga w serwisie Bloglovin’, z którego sama chętnie korzystam, bo wszystkie ulubione blogi mam za jednym kliknięciem.

Zachęcam Was też do zapisania się na „Listy od Kornelii O…” – to jest już bardziej osobista forma kontaktu ze mną. Okienko do zapisów znajdziecie na dole strony.

Będzie mi też bardzo miło, jeśli napiszecie do mnie, bądź w odpowiedzi na moje listy, bądź tak po prostu. Mój adres to kontakt@korneliaorwat.pl.

Bądźmy w kontakcie!

Powiązane wpisy

Używamy plików cookies (ciasteczek) - dzieki nim strona działa lepiej.